poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wesołych Świąt Everybody :)

Miałem już nie zamieszczać nowych postów w tym roku, ale zawsze jak tu zaglądam i na liście linków widzę jak u koleżanek i kolegów blogerów prawie codziennie coś nowego się pojawia, to mi się trochę głupio robi, że ja tak tygodniami wszystko odłogiem zostawiam. A więc postanowiłem cynicznie wykorzystać Wesołe Święta, czyli Święta Bożego Narodzenia, do zamieszczenia posta okolicznościowego, dzięki któremu podbije sobie statystyki i utwierdzę się w przekonaniu, że jednak tego bloga jakoś tam prowadzę.

Najpierw, aby wprowadzić was w świąteczną atmosferą słodka Mariah razem z The Roots i Jimmy'em Fallonem zaśpiewają All I Want For Christmas Is You.


...

No dobra, już wystarczy tej świątecznej atmosfery.


(Christmas Orgy - The Midnight Show, link)

Jeszcze fragment klasycznego świątecznego filmu (Steve Martin podobno widział ten film 27 razy), chociaż nie tak klasycznego, ani świątecznego jak Die Hard, czy Jingle All the Way.


I ponieważ zbliża się koniec roku, popijmy to wszystko piosenką The Mountain Goats.


A tak poza tym, to wiecie... Wesołych Świąt :)

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Sound and Vision 17.12.12 (That's right, The Mascara Snake, fast 'n bulbous! Tight also)

Dzisiaj jest rocznica śmierci Dona Van Vlieta. Captain Beefheart i jego Magiczna Kapela swego czasu namieszali trochę w półświatku muzycznym, i aby go wspomnieć proponuję mały dokumencik.

The Artist Formerly Known As Captain Beefheart - nakręcony w 1993 r., wyemitowany na BBC2 w 97.


W filmie pojawiają się też dwaj inni "wielcy nieobecni" - John Peel (jako Morgan Freeman, znaczy się narrator) i Frank Zappa. Pojawi się też Matt Groening, to ten pan od The Simpsons i Futuramy.

sobota, 15 grudnia 2012

They were flying mother nature's silver seed to a new home in the sun - recenzja "Cloud Atlas"

Cloud Atlas (2012) reż. Tom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski, pol. tyt. Atlas chmur, IMDb
Jeśli ktoś nie lubi moich długich recenzji, bo są długie i pisze w nich o różnych bzdurach, które was nie interesują, to być może ta wam się spodoba, bo będzie raczej krótka (przynajmniej taką mam nadzieję). Mam dwa powody, dla których postanowiłem rozegrać to na szybko. Po pierwsze, dopiero co widziałem ten film w kinie i po takim jednym, świeżym obejrzeniu rzadko kiedy czuję się na tyle kompetentnie by się rozpisywać i ferować opinie. A po drugie, film mi się nie podobał, ale nie chce go za bardzo zjechać, a jestem przekonany, że im dłużej będę pisał, tym trudniej będzie mi się powstrzymać.

Cloud Atlas jest adaptacją powieści Davida Michella, której nie czytałem i nie będę się tutaj bawił w streszczenie fabuły (w streszczanie fabuły filmu też nie będę się bawił, bo boli mnie głowa na samą myśl o układaniu zdań ze słowami: "reinkarnacja", "nielinearna wielowątkowa fabuła", "linie/ramy czasowe" i "liczni bohaterowie"), ale tak z opisów to brzmi epicko i z patosem, więc chyba nikogo nie powinno dziwić, że za przenoszenie na srebrny ekran wzięli się eksperci od epickości i patosu, to jest Tom Tykwer i rodzeństwo Wachowskich (Andy i Lana). To, że poziomy ekscytacji gwałtownie wzrosły, gdy w świat poszła wiadomość o współpracy tych współczesnych kinematograficznych tytanów, też nikogo nie powinno dziwić. Ja osobiście przyjąłem te nowiny chłodno i dystansem, nie dlatego, że jestem jakiś cool guy, którego nic nie rusza, tylko po prostu - Tykwera, nie lubię (chociaż widziałem tylko Perfume: The Story of a Murderer - inne dokonania brzmią nawet interesująco), a z Wachowskimi to łączą mnie dość specyficzne uczucia. Kiedy Matrix uderzył, byłem akurat w odpowiednim wieku by bez wahania sięgnąć po czerwoną pigułkę, V for Vendetta (biedny James McTeigue, the man gets no respect) w sumie też mi się podobało (chociaż film był zbyt optymistyczny, a bohaterowie zbyt wybieleni), i Speed Racer był fajny (świetnie oddawał klimat kreskówki [oryginalna wer. japońska], John Goodman walczył z wojownikami ninja, a Racer X to Batman i James Bond w jednym) - czyli w sumie można by powiedzieć, że ich lubię i z chęcią przyznaję, że potrafią robić widowiskowe filmy... Ale tak zupełnie szczerze, to trochę z nich wyrosłem i jak słyszę od jakiegoś fana jakie to wielkie z nich auteur'y i w ogóle ambitne kino, to mi się w środku trochę taka pogarda i niesmak włącza. Czyli, jak już powiedziałem, ekscytacji i wyczekiwania z mojej strony nie było, ale że weekend był nudny, a w kinie grali, to się wybrałem.

I tak powiem, to całe przesłanie - czyli, że my, słabi, jesteśmy pokarmem dla silnych (no wiecie jak w naturze), ale jeśli tylko się nie poddamy i będziemy podążać za marzeniami i/lub walczyć o lepszy byt, dla siebie i innych, to nawet jeśli nie skończy się to dla nas najlepiej, to i tak nasz wspólny wysiłek kiedyś tam zaowocuje sielskim, pełnym spokoju, tolerancji i prostych radości życiem dla podobnych nam biedaków (a może nawet to będziemy my, bo ludzie tak naprawdę nie umierają - reinkarnacja, czy cuś) ... z tym, że na innej planecie... i ze starą Halle Berry... i to były spojlery - jest ok, ale podane w taki pseudo-hipisowsko, new-ageowo, naiwno-disneyowski, bzdurny sposób, że nie da się wysiedzieć, tych prawie 3 godzin, bez robienia sobie co jakieś 10 minut przerw, na strojenie głupich min, przewracanie oczami lub bezradne wzdychanie z jednoczesnym zadawaniem sobie sakramentalnego: "Co ja właściwie tutaj robię?". Tzn. tak prawdę mówiąc, to ja wysiedziałem te 3 godziny bez takich ekscesów, ale to dlatego, że obok mnie siedzieli jacyś obcy ludzie i nie chciałem by sobie pomyśleli, że jakiś dziwak przyszedł do kina. Ok, może zatrzymam się tutaj na dłużej i coś wyjaśnię. Czytając tą recenzję może sobie ktoś pomyśli: "Co za gbur! Znaczy się film nie podoba mu się tylko dlatego, że jest dupkiem i nie wierzy, że świat zmierza ku lepszemu.", eee, no tak, dokładnie, tak właśnie jest, nie podoba mi się też z paru innych powodów (o nich za chwilę), ale tak przede wszystkim, to chodzi właśnie o to. Tzn. nie zrozumcie mnie źle - też jestem człowiekiem i od czasu do czasu lubię sobie zapodać coś pokrzepiającego, ale trzeba mi to dawkować ostrożnie i z wyczuciem, bo inaczej nie wytrzyma tego moje małe, cyniczne, czarne serce.

To przechodząc do innych rzeczy, które mi się nie podobają.

Pewnie słyszeliście, że film jest wizualnie uber-dopracowany i na najwyższym poziomie, ale tak naprawdę to nie jest. Jest ok i nawet całkiem ładny, ale znajdzie się parę zgrzytów. Najbardziej problematyczny jest ten segment osadzony w Neo Seulu. Ten cały wątek z klonem (a może robotem?) walczącym o wolność* pewnie wzbudził największe zainteresowanie wszystkich fanów Matriksa, którzy oczekiwali po Wachowskich powrotu do quasi-cyberpunkowych, około-anime-owych akcji osadzonych w dystopijnej, futurystycznej metropolii. No i w sumie, właśnie to dostajemy, ale zrobione tak jak Speed Racer albo, jak ktoś nie widział, jak te Star Warsy z Natalie Portman i Haydenem Christensenem. Czyli wszystko wygląda tak jakby wzięli aktorów i wkleili ich w animację komputerową, co prawie zawsze wygląda słabo. W Racerze to aż tak nie przeszkadzało, bo tam taki zabieg dobrze współgrał z campowością materiału źródłowego. Ale w Atlasie to już trochę drażni, bo ten film jest chyba na poważnie, tzn. na pewno nie zawsze, bo campowy też często bywa, ale gdzieniegdzie ten camp jest chyba niezamierzony (znaczy się, sprzeczne sygnały są). Na przykład ten wątek z Sonmi-451 i Hae-Joo Changiem, to miała być chyba taka chwytająca za serce historia miłosna, ale trudno traktować ją poważnie, kiedy w kadr włazi, ucharakteryzowany na Azjatę, Jim Sturgess. Nie bardzo też wiadomo, czy śmiać się, czy wzruszać, kiedy Doona Bae odwdzięcza mu się tym samym w storylajnie, osadzonym w XIX w.

W ogóle z tą charakteryzacja to jest ciężka sprawa, bo jest to istotna część produkcji, spełnia ważną rolę, na pewno kosztowało dużo czasu i wysiłku, i niekiedy robi fajne wrażenie, ale równie często rozwala całe napięcie i dramę jaką ten film posiada. Poza porażką Neo Seulu ten element kuleje też w seventisach. Otyły Shaft Kietha Davida i fryzura Halle Berry, czy to jak odstawia Pam Grier dla młodszej widowni, jest ok. I can dig it**, że tak powiem. Ale kiedy wchodzi Tom Hanks to ja zareagowałem na niego jak ci wszyscy ludzie, którzy narzekali na fryzurę (zupełnie nie słusznie zresztą) Javiera w ostatnim Bondzie, czyli niestety traktować go poważnie, nie mogłem. No i ten kiks się zaraz mści, bo kiedy Hanks ginie w katastrofie lotniczej i chyba powinienem być smutny, czy coś takiego, to moje nastawienie było raczej w stylu: "Sorry koleś, ale byłeś tylko śmiesznym facetem z głupią fryzurą i nie za bardzo mnie obchodzisz".

Wróćmy jeszcze na chwilę do Neo Seulu, bo poza efektami i charakteryzacją nie podobała mi się jeszcze jedna rzecz. Sceny walk i akcji... no słabe po prostu są. Dziwne, nie? W końcu swego czasu, Wachowscy, pod tym względem zostawili wszystkich w tyle, a i w późniejszych produkcjach zawsze trzymali rękę na pulsie. Więc dlaczego tutaj taka (w najlepszym wypadku) przeciętność? Na to nie odpowiem, ale wiem, że z tymi nie do końca ten teges: efektami specjalnymi, historią miłosną i scenami walk, Neo Seulowy wątek można spokojnie porównać do (i teraz uwaga, bo za chwilę każdy prawdziwy fan Matriksa, który wciąż dąży Wachowskich sympatią, zmarszczy oczy i zacznie wciągać powietrze przez zaciśnięte zęby, zupełnie jakby dostał futbolówką w kroczę) Tłajlajtów czy innych Hunger Gamesów.

Zanim wystawie ocenę, to chciałbym jeszcze wspomnieć o kilku pozytywach. I tak, worldbuilding jest na całkiem przyzwoitym poziomie. Takie szczegóły, jak język (a właściwie to chyba dialekt) post-apokaliptycznych dzikusów, czy wzmianki o łamaniu "przykazań jednomyślności" i "zasad biblii konsumenta" (czy jakoś tak, już dokładnie nie pamiętam) podczas przesłuchania Sonmi-451, robią wrażenie i potęgują egzotyczność tych fikcyjnych światów. Podoba mi się też, że Hanks w każdym wcieleniu jest "badguyem", dopóki na jego drodze nie staje Halle Berry, no bo wiadomo, miłość. Nawet fajne było, też to, że Jim Sturgess i Doona Bae w XIX w. idą wyzwalać niewolników, a w XXII też robią to samo. No i ten motyw z cywilizowanymi przybyszami przypływającymi do zacofanej krainy, który się powtarza w pierwszej i ostatniej historii, był nawet sprytny.

I to tyle.

W moim odczuciu, film jest na 2... Chociaż, mógłbym się ugiąć i naciągnąć na 2+. No bo w sumie te wady, które wymieniłem nie są aż takie straszne. Właściwie można by nawet powiedzieć, że to moja własna ułomność nie pozwala mi w pełni docenić tego filmu. A przecież ogląda się dobrze, można się wciągnąć. No i wyraźnie widać, że ambicje były ogromne, a entuzjazm twórców niemalże wylewa się z ekranu przy każdej scenie... Taa, mógłbym naciągnąć - ale tego nie zrobię. 2.

  • Zobacz trailer.
  • Screen z filmu znalazłem na Google Images i teraz nie mogę znaleźć oryginalnej strony, sorry. :(

*Tak przy okazji. Nie czytałem za bardzo recenzji Atlasa i tak się zastanawiałem - ktoś się orientuje, czy ten film trafił już pod opiekuńcze skrzydła pań od Gender Studies, środowisk LGBT, czy różnych innych grup o poglądach skręcających bardziej na "lewo"? Bo tak w sumie, to się chyba dość dobrze do tego nadaje. W każdej przedstawionej historii bohaterem jest ktoś z "prześladowanej mniejszości": czarnoskóry niewolnik, biseksualny mężczyzna, kobieta pracująca, starzy ludzie, sztucznie stworzony człowiek. I oczywiście wszyscy walczą o wolność do bycia tym, kim są, czy kim naprawdę chcą być. A czarnym charakterem jest zawsze biały, heteroseksualny mężczyzna (albo biały, heteroseksualny mężczyzna ucharakteryzowany na Azjatę)(albo Hugo Weaving). Wiem, że w jednym momencie biały, heteroseksualny mężczyzną jest kobietą, a Azjatka i... czarnoskóra kobieta (ta pauza po "i" jest tu po to, żeby pokazać, że przez chwilę zastanawiałem się jakie słowo byłoby najmniej rasistowskie, także widzicie ja też czasami pomyślę zanim coś napiszę.... hmm, gdybym robił to częściej, to pewnie usunąłbym cały ten przypis) przeistaczają się w typ kaukazoidalny, ale to chyba tylko po to żeby pokazać, że nasza płeć czy rasa nie mają znaczenie, bo wszyscy jesteśmy tacy sami. Nie to, że takie przedstawianie świata mnie boli - ja też nie znoszę białych, heteroseksualnych mężczyzn - tylko tak z ciekawości pytam.

**Jak nie kojarzycie, to się wstydźcie, ale spoko, zostawię was z namiarami na ten klasyczny film. Klik.

środa, 28 listopada 2012

One Step Beyond - recenzja "Prometheus"

Prometheus (2012) reż. Ridley Scott, pol. tyt. Prometeusz, IMDb
Będę spojlował. A co, film był dawno i wszyscy widzieli.

Ok, zanim przejdziemy do konkretów będzie trochę kontekstu. Osobiście nie byłem przygotowany na Prometeusza - tzn. nie chodzi o to, że nie znam świata stworzonego  przez Scotta. Wręcz przeciwnie, dawniej oglądałem i ekscytowałem się wszystkimi częściami Alienów i do dzisiaj uważam, że jest to wyjątkowa solidna franczyza. Nawet te bardziej kontrowersyjne filmy jak Alien 3 czy Alien: Resurrection godnie się starzeją i ciągle odkrywa się w nich coś wartego uwagi. Tak naprawdę, jeśli seria przechodziła kryzys, to był on raczej związany ze słabej jakości spin-offami (różnego rodzaju komiksy, czy dwa filmowe Aliens vs Predator) niż poziomem filmów. Mówiąc o swoim "nieprzygotowaniu" chodziło mi o kompletną nieświadomość medialnego hajpu wokół tego filmu. Nie słyszałem o zapowiedziach, trailerach, doborze obsady, promocyjnych filmikach, viralowych stronach internetowych, itd. O tym, że Ridley Scott kręci prequel do Aliena dowiedziałem się chyba dwa czy trzy miesiące przed światową premierą. Pamiętam, jak na jakiejś stronie przeczytałem nagłówek: "Ridley Scott kręci prequel do Aliena", ale jak kliknąłem na link i przez chwilę popatrzyłem na artykuł, to szybko stwierdziłem: eh, to many words. Oczywiście, mimo to w czeluściach mojego umysłu zanotowałem, aby koniecznie pójść na ten film do kina. Potem, gdy film się już ukazał, przeczytałem jakieś dwie recenzje. Jedna była w gazecie i ani nie zniechęcała do kinowego wypadu, ani szczególnie nie polecała. Druga, internetowa, była bardziej pochlebna - chociaż mimo wszystko, dało się wyczuć, u recenzenta, pewną ostrożność. A więc pewnie wszyscy mogą się domyślić, jakie było moje zdziwienie, gdy podekscytowany wybrałem się do kina, wróciłem do domu, włączyłem komputer i okazało się, że połowa internetu uważa, że (to quote a classic) ten film jest odpowiedzialny za więcej aborcji niż badania prenatalne na Zespół Downa.

A ja osobiście łyknąłem to dzieło bez popitki. Zaraz po seansie uznałem, że to rzadki przypadek hollywoodzkiego blockbustera, który nie dość, że jest świetnie zrobiony, to jeszcze jest naprawdę inteligentny. Ale cóż, ponieważ nie jestem szczególnie lotnym pochłaniaczem popkultury, bywa, że mądrzejsi recenzenci muszą mnie naprostować i np. dokładnie wyjaśnić, co jest takiego złego w jakimś filmie. Po przejściu takiej indoktrynacji z reguły przestaje chwalić jakiś film, a czasami nawet, przyłączam się do tłumu krzyczącego: "ukrzyżuj". I tu znowu zaskoczenie, bo w przypadku Prometeusza, nie dałem się przekonać i w ogóle bardzo szybko stwierdziłem, że ludzie w tych krytycznych recenzjach to jakieś głupoty pierdolą. Tak sobie nawet myślałem, że te wszystkie negatywne opinie są reakcją na czynniki nie związane z poziomem samego filmu. No wiecie, np. ludzie religijni stwierdzili, że film im się nie podoba, bo "Bóg" jest w nim przedstawiony jako rasa kosmitów, którzy raczej nie darzą swoich "dzieci" miłością (czy chociażby zainteresowaniem). Z drugiej strony ateiści mogli mieć za złe tezę, że Człowiek został stworzony przez inteligentne istoty. Albo np. po zakończeniu Lost wszyscy sobie postanowili, że Damon Lindelof musi odejść (ja tam za bardzo nie wiem, o co chodziło, bo przestałem ten serial oglądać po dwóch pierwszych odcinkach). A więc, bardzo szybko postanowiłem pójść jeszcze raz do kina, aby upewnić się, że zajebistość tego filmu nie była wytworem mojej wyobraźni i napisać płomienną - i prawdopodobnie mocno bełkotliwą i chaotyczną - obronę tego dzieła. Z tego wszystkiego wydaje mi się, że udało mi się zrealizować tylko to o bełkotliwości (tudzież chaotyczności), ale co tam, choć wszyscy już dawno zapomnieli o tym filmie i musztarda po obiedzie - oto jestem, look at my works, ye mighty, and DESPAIR!!

Więc może przyjrzyjmy się niektórym, z co częściej spotykanych zarzutów wobec tego filmu. Z tego, co czytałem, to większość ludzi najbardziej uwiera sposób przedstawienia misji naukowej podjętej przez załogę Prometeusza. Naukowcy nie zachowują się po naukowemu, nie cieszą się wystarczająco ze swoich odkryć, a lot kosmiczny i lądowanie na obcej planecie nie ma nic wspólnego z, eee, nie wiem, chyba z prawdziwymi lotami kosmicznymi. Już ktoś zauważył dlaczego taka krytyka jest śmieszna? Nie? Ok. No to idziemy dalej. Bez bicia się przyznam, że jeśli chodzi o przedmioty ścisłe to zawsze byłem noga - zresztą z humanistycznych nie było wiele lepiej - więc jeśli mi mówicie, że teoria międzyplanetarnych załogowych lotów kosmicznych rozmija się z obrazem wykreowanym przez Scotta, to nie będę się kłócić, ale, no właśnie, to wciąż tylko teoria, wiec nie ma chyba sensu przekreślać całego filmu tylko dlatego, że nie jest aż tak science jak byśmy tego chcieli. Wspominam o tym, ponieważ zdaje sobie sprawę, że przy pochłanianiu jakiegoś filmu (książki, komiksu itd.) często się zdarza, że widz wychwyci jakiś faktograficzny błąd i potem całe dobrowolne zawieszenie niewiary idzie w pizdu i człowiek zaczyna się czepiać wszystkiego. Mam wrażenie, że to właśnie stało się z Prometeuszem i akurat w tym wypadku trochę szkoda, bo nie dość, że film ani razu nie schodzi poniżej średniej prezentowanej przez innych przedstawicieli gatunku, to jeszcze momentami zahacza o najprawdziwszego klasyka.

I tak, na przykład, nasi bohaterscy naukowcy rzeczywiście nie są zbyt profesjonalną gromadą, ale nie wiem dlaczego takie ich przedstawianie jest przez wszystkich uznawane za nierealistyczne. Ich misja ma charakter wyprawy w teren, a nie pracy laboratoryjnej i, no wiecie, in the real world coś takiego wygląda chyba dosyć podobnie. (Nie mam tutaj na myśli wypraw na inne planety, tylko misje naukowe prowadzone w jakichś egzotycznych zakątkach naszego globu). Oczywiście osobiście nigdy nie brałem w czymś podobnym udziału, więc jak zwykle zmyślam, ale z różnych relacji czy to w telewizji, czy to w prasie, wiem że członkowie takich ekspedycji często narzekają, a to na warunki, które zastali, a to na brak odpowiedniego sprzętu i ogólnie wrażenie jest takie, że to, że cokolwiek odkryli zawdzięczają raczej szczęściu niż umiejętnościom. Zresztą nawet jeśli nie zaakceptujecie takiego myślenia, to scenarzyści Prometeusza wychodzą wam na przeciw. Najpierw w scenie rozmowy w kajucie Meredith Vickers (Charlize Theron). Kiedy Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i Charlie Holloway (Logan Marshall-Green) rozmawiają sobie z Meredith i postać grana przez Theron niedwuznacznie podkreśla kto przewodzi tej misji. A potem drugi raz, kiedy okazuje się, że Peter Weyland (Guy Pearce) żyje i poznajemy motywację, która skłoniła go do finansowania tej ekspedycji. W pierwszej scenie dowiadujemy się, że potężna korporacja "has it's own agenda" i być może zatrudnienie najlepiej wykwalifikowanych naukowców wcale nie leży w jej interesie. Druga scena natomiast niejako nam to potwierdza jednocześnie zapodając lekki twist na klasyczny alienowy motyw - no wiecie, ten o tym, że to wielka korporacja dla zysku udupiła kręcące się dla niej małe trybiki. Otóż, tutaj wcale nie chodziło o zysk, ale o ostatnią szansę konającego króla na przedłużenie swojego panowania. I jak się nad tym zastanowić, to wyjaśnia nam poziom naukowców, Weyland'owi zależało na jak najszybszym odnalezieniu Inżynierów, a nie naukowych odkryciach.

Z tego co zauważyłem, to takie ignorowanie tego, co dzieje się na ekranie i na siłę szukanie rzeczy, do których się można przyczepić było jedną z ulubionych rozrywek recenzentów piszących o tym filmie. Na przykład ktoś napisał, że ziemianie przylecieli na ten księżyc i tak po prostu znaleźli bazę Inżynierów, ale w filmie to wcale tak nie wygląda. Kiedy Prometeusz wchodzi w atmosferę LV-223 załoga robi jakiś skan i Benedict Wong informuje wszystkich o wykryciu miejsc (hotspots), które mogą być metalem (czyt. zabudowania, bazy obcych). I dopiero potem, kiedy lecą w jedno z tych miejsc Logan Marshall-Green zauważa, że ta góra i okolice były naruszone przez "ludzką" rękę.

Podobnie nie rozumiem, dlaczego ludzie się czepiali, że bohaterowie ściągają hełmy w bazie Inżynierów. Przebadali powietrze, okazało się czyste, to ściągnęli hełmy (tzn. tak ściślej mówiąc, to ściągnęli za przykładem Logana Marshalla-Greena, bo jego postać miała taką get-up-and-go, enthusiastic nature) i tyle. Zresztą przecież w filmie nikt nie umiera od wdychania tego powietrza, więc łot de fak iz de problem?

Albo, dlaczego ludzie tak bardzo narzekali na tą scenę z Millburnem (Rafe Spall) i alieno-węgorzem, bo dla mnie to wygląda tak jakby ktoś poszedł do kina na horror (czym saga o Xenomorfach w gruncie rzeczy jest), a potem narzekał, że w filmie kogoś zabijają. Mnie ta scena rozbawiła. Skojarzyło mi się z The Shadow Line, a tak konkretnie, to z tą sceną, kiedy Rafe Spall chciał utopić kota w beczce z wodą. A skoro już jesteśmy przy brytyjskiej telewizji, to -  Idris Elba (Luther), Sean Harris (Red Riding: 1974, 1980, 1983) i wspomniany już Rafe Spall (The Shadow Line) - osoba odpowiedzialna za casting do tego filmu chyba lubi brytyjskie seriale (zajebiste brytyjskie seriale, można by dodać).

Będę już powoli kończył te dywagacje nad narzekaniem widzów i krytyków, chciałem jeszcze tylko wspomnieć o jednej rzeczy. Wielu ludzi pisało, że film jest o niczym, bo nie odpowiada dokładnie na pytania fanów co do originu Obcych i Space Jockey'a, albo że jest o niczym, bo bohaterowie nie odnajdują odpowiedzi na swoje pytania. No więc, co do Obcych i Space Jockey'a, to ja uważam, że dowiedzieliśmy się dość sporo. Fakt, teraz pojawiło się mnóstwo nowych pytań, ale ja nie mam z tym problemu. Alienowa seria zawsze opierała się na pytaniach i tajemnicy - no wiecie, you fear that which you don't know, i tego typu rzeczy. A co do pytań bohaterów, to o tym  między innymi jest ten film - to znaczy, o poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, poszukiwaniu Stwórcy, i wierze. Większość ludzi chyba uważa, że Scott, Lindelof i reszta ekipy nie poradzili sobie zbyt dobrze z tak ważkimi tematami, ale ja się z tymi opiniami nie zgadzam. Film pokazuje niebezpieczeństwa i hipokryzję, jakie płyną z bezmyślnej czy ślepej wiary. Widzimy to, na przykład w postaciach granych przez Guy Pearcea i Logana Marshalla-Greena. Chociażby ten drugi domaga się satysfakcjonujących odpowiedzi i być może nawet oznak miłości od swojego Stwórcy, ale sam nie chce nic takiego okazać własnym (czyt. ludzkości) tworom (czyt. Davidowi [Michael  Fassbender]). Przy tym nie jest to dzieło jednostronne, np. postać Charlize Theron, chociaż pozbawiona wiary, ma te same przywary, które charakteryzują jej filmowego ojca i Holloway'a. Co więcej, ostatecznie bohaterami filmu okazują się ludzie wiary. Elizabeth Shaw przetrwała, ponieważ gdy opadł kurz, wciąż wierzyła, że istnieją odpowiedzi, na jej pytania i, że warto ich szukać (a może po prostu jest zdeterminowana, aby skopać dupy Inżynierom). Podobnie kapitan Janek (Idris Elba), Chance (Emun Elliott) i Ravel (Benedict Wong) są przedstawiani jako wierzący. Ale oni akurat wierzą w ludzkość i wierzą, że warto dla niej poświęcić życie. Ponieważ w filmie żadna z postaw przejawianych przez protagonistów nie jest ostatecznie uznana za słuszną - powiedziałbym nawet, że wszystkie da się łatwo (i cynicznie) podważyć - w efekcie dostajemy dosyć ciekawy film o wierze i o tym, jakich robi z nas ludzi.

Poza tym, twórcy chcieli też eksplorować te bardziej chłodne, toksyczne uczucia między rodzicami a dziećmi (twórcą a tworem?). Takie jak strach przed utratą dominacji i pozostanie w tyle u jednych, i nienawiść i chęć jak najszybszego usamodzielnienia się u drugich (vide: rodzina Waylandów, Inżynierowie i ludzie, ludzie i roboty, Inżynierowie i Obcy - czy co tam płodzili tą swoją czarną polewką). O, na przykład, tak dopiero teraz mi przyszło do głowy... Pamiętacie tą scenę kiedy wybudzili Inżyniera i on najpierw tak spogląda na Davida i głaszcze go po głowie, a potem urywa mu łeb i zaczyna wszystkich mordować... Może to właśnie ta rodzicielska zazdrość była. Ludzie (dzieci Inżynierów) stworzyli takiego fajnego robota, a "rodzicom" udała się tylko ta paskudna czarna maź. W tym filmie znajdziemy mnóstwo scen, które można sobie pod tym kątem interpretować. Co ciekawe, rodzinne animozje w twórczości Ridleya wcale nie są niczym nowym. Jest to przede wszystkim nawiązanie do Blade Runnera, no i w trochę pokrętny sposób do Aliena. W Obcym między innymi chodziło o ból, strach i cierpienie związane z narodzinami dziecka. W związku z tym motywem, uważny widz może wychwycić parę nawiązań do innych filmów. Na przykład, makeup Pearce'a przypomina dziadka z The Texas Chain Saw Massacre, albo Inżynier, tuż przed przebudzeniem, przypomina zdemaskowanego Vadera z Powrotu... Czaicie, nie? Nawiązania do sławnych filmowych rodzin.

No a skoro już doszliśmy do pop culture references, to trzeba sobie powiedzieć, że film dostarcza całe mnóstwo tego ulubionego przez wszystkich smakołyku. Poczynając od nawiązania do historii serii, mamy tutaj kosmiczne kombinezony podobne do tych z Terrore nello spazio, Mario Bravy. Baza Inżynierów, to projekt Gigera z nigdy nie zrealizowanej Jodorowskiej Dune'y. No i jest jeszcze proto-facehugger-ośmiornica, który jest nawiązaniem do wczesnych pre-gigerowskich designów Obcego, które wymyślali Ron Cobb i Dan O'Bannon, i komiksu The Long Tomorrow (NSFW: remember kids, if you look directly at an erect penis it'll turn you gay, it's a scientific fact :p), za którego odpowiedzialni byli (znowu) O'Bannon i Moebius (więcej info. TU i TU). Są też nawiązania do innych filmów (oprócz tych już wspomnianych), są jeszcze sceny, kiedy David samotnie pilnuje komór kriogenicznych, co oczywiście jest czytelnym nawiązaniem do 2001: A Space Odyssey. A tak w ogóle to zastanawiam się czy postać Davida nie jest przypadkiem zainspirowana Machine Manem (raised as a human son, huh). W końcu Scott lubi komiksy (Lindelof też), może po Enki Bilalu i Moebiusie w Blade Runnerze chciał w swoim prequelu Aliena wrócić do króla Kirbiego. Pamiętam jak widziałem film po raz pierwszy i zobaczyłem, że firma producencka Scottów nazywa się Scott Free (tak konkretnie, to chodzi mi o TO), to pomyślałem sobie: hmm, that's a weird coincidence. Ok, ok. już tak powoli zaczynam odlatywać z tymi nawiązaniami, czas wracać na ziemię, ale zanim to nastąpi jeszcze jedno nawiązanie, ale dosyć istotne... Otóż H.P. Lovecraft, i nie chodzi mi tu tylko o prastarych bogów, którzy nas nie lubią i macki proto-facehuggera, ale w ogóle cały film to luźna adaptacja At the Mountains of Madness... tylko... no wiecie, w kosmosie.

No dobra, trzeba by jeszcze coś o aktorach powiedzieć i kończmy tą szopkę.

No nie będę oryginalny, Fassbender zdecydowanie się wybija (pójdę na sequel chociażby po to, by zobaczyć jak to teraz będzie knował nie mając do dyspozycji swojego ciała), ale reszta ekipy też daje radę. Theron jest bardzo mocna jako chłodna-szef-baba, przy tym świetnie zagrała konkurencję o względy taty. Z początku wydaje się, że to ona z dwójki rodzeństwa jest silniejsza, ale okazuje się, że wcale nie. David jest ulubieńcem, bo konsekwentnie i metodycznie, jak maszyna (że tak powiem) dąży do celu. Vickers tak nie potrafi. A to coś ją rozprasza (wiadomości od taty, z krainy snów), a to panikuję (zarażony Charlie Holloway), i to w końcu pieczętuje jej los. Noomi też świetnie wypadła jako horrorowa Final Girl, a scena na stole operacyjnym to prawdziwy popis. Podobali mi się też ci wszyscy maluczcy, którzy mieli po dwie, trzy kwestie w całym filmie. Powiedzieć, że nadali swoim postaciom osobowość, to byłaby gruba przesada, ale udało im się stworzyć wrażenie, że jakąś tam osobowość mają. Silny drugi, i trzeci, plan, to zawsze była wizytówka serii i choć załoga Prometeusza to nie poziom space marinsów z dwójki, to nie brakuje im aż tak wiele.

No dobra, to ocena. Ja daję mocną 3 i polecam. Wydaje mi się, że ludzie, którzy tak strasznie cierpieli oglądając ten film w kinach i ci, którzy do kin się nie wybrali (bo opinie negatywne były) jeszcze się do tego dziełka przekonają. Teraz, jak już wiemy, że ta pierwsza połowa to taki złośliwy żart był (że film niby odpowie nam na tajemnice życia i stworzenia), to się wszyscy będziemy śmiać, że nas tak fajnie okiwali i doceniamy to o czym film jest naprawdę.


P.S. A propos nawiązań do filmowych rodzin - jeśli zwrócicie uwagę na filmowy screen znajdujący się na górze posta i przypomnicie sobie tą scenę, to może się wam skojarzyć z The Shining. Tutaj też jest rodzic, siekiera, "dziecko", a Noomi nawet tak podobnie spogląda przez wizjer w drzwiach.

    poniedziałek, 22 października 2012

    Sound and Vision 22.10.12 ("Mythomania")

    Derek Kirk Kim jest koreańsko-amerykańskim scenarzystą i rysownikiem alternatywnych komiksów, który w Stanach ma już całkiem przyzwoite osiągnięcia na swoim kącie. W 2002 dostał grant fundacji Xeric (Xeric Award), przyznawany obiecującym twórcom komiksów, którzy chcą samodzielnie wydawać swoje prace. W 2003 otrzymał Ignatz Award w kategorii Promising New Talent za Same Difference and Other Stories, a w 2004 roku Eisenera w kategorii Talent Deserving of Wider Recognition i Harveya w kategorii Best New Talent (również za Same Difference). Poza tym w 2007 napisał graficzną nowele Good As Lily, rysunki Jesse Hamm, a w 2009 z kolei on był odpowiedzialny za rysunki do The Eternal Smile: Three Stories (napisaną przez Gene'a Yanga), za którą dostał kolejnego Eisenera, tym razem w kategori Best Short Story.

    No, ale wiecie, za to wszystko trzeba płacić, a ja chciałem tutaj mówić o rzeczach dostępnych za darmo.

    A więc Derek Kirk Kim pisze też scenariusz do TUNE (Les McClaine na rysunkach) webowego komiksu, którego możecie sobie poczytać za darmo, a także jest scenarzystą i reżyserem komediowego web-serialu Mythomania (klikajcie na link, aby znaleźć informacje o obsadzie i całą resztę), również do obejrzenia za darmo na tubie.

    Mythomania jest spin-ofem TUNE i opowiada o perypetiach grupki początkujących komiksiarzy. Poniżej możecie sobie obczaić dwie zajawki.



    Jak widać mamy tutaj całkiem zabawny serial internetowy. Gościnnie występuje w nim kilka znanych osobistości amerykańskiej sceny komiksowej, a tak konkretnie to Scott McCloud i Jason Shiga. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to klikajcie TUTAJ, aby obejrzeć cały sezon 1.

    sobota, 13 października 2012

    Freddy vs. Jason vs. Ash vs. Michael vs. Pinhead vs. Pennywise vs. Chucky vs. the Vampire Motorcycle from that vampire motorcycle movie vs. Zombies vs. Xenomorphs vs. Deadites vs. Cenobites vs. Critters, because they're cooler than Gremlins vs. the flying Piranhas from James Cameron's Piranha II: The Spawning vs. Lubię długie tytuły vs. Candyman, Candyman, Candyman, Candyman, Candyman vs. Hmm, może Beetlejuice? - recenzja "The Cabin in the Woods"

    The Cabin in the Woods (2011) reż. Drew Goddard, pol. tyt. Dom w głębi lasu, IMDb
    Nie wiem jak wy, ale ja poszedłem w tym roku parę razy do kina i obejrzałem parę filmów i pomyślałem sobie, a może by tak napisać coś o nich na swoim blogu, póki coś jeszcze o nich pamiętam. No i w ten oto sposób dochodzimy do recenzji The Cabin in the Woods, którą właśnie czytacie. O czym jest The Cabin in the Woods? Odpowiedź jest bardzo prosta: The Cabin in the Woods to film z gatunku slasher horror, który uczy nas, że filmy z gatunku slasher horror tak naprawdę nie są filmami z gatunku slasher horror, a właściwie to wcale nie są filmami, tylko rytualnymi ofiarami składanymi okrutnym, prastarym bogom w celu przedłużenia egzystencji gatunku ludzkiego... taaa, o tym mniej więcej jest ten film. Brzmi trochę głupio, prawda? OK, nie będę nawet próbował podchodzić do tego wątku z rytualnymi ofiarami. (To zadanie dla młodych studentów filmoznawstwa pełnych energii i entuzjazmu dla X muzy, może oni wywnioskują z tego coś, co nie jest pretensjonalne, albo głupie, albo pretensjonalne i głupie). Zamiast tego zajmę się innymi elementami tego filmu.

    Jak pewnie już zauważyliście Cabin nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, w przeciwieństwie do prawdziwych krytyków i ogółu społeczeństwa, których film Goddarda raczej usatysfakcjonował. Ale to nie znaczy wcale, że nie można znaleźć ludzi kręcących nosem, np. Arek Szpak napisał całkiem dobrą recenzję, z którą w większości się zgadzam. No właśnie, "w większości". Jest parę drobiazgów, o których myślę inaczej. I tak, Arek uważa, że twórcy Cabin nakręcili film, który lekceważy wartości gatunku, może nawet okazuje mu ostracyzm, a ja myślę, że jest wręcz przeciwnie. Drew Goddard i Joss Whedon zachowali się jak najprawdziwsi fani i przepełnieni fanowską miłością, stworzyli dzieło wybitnie fanowskie skierowane do prawdziwych fanów (czyt. za 30 milionów $ nakręcili internetowego fanfica).

    To wszystko da się porównać do sytuacji z fanami Metalliki, dla których okres z Cliffem Burtonem jest tą prawdziwą Metalliką. Dla Goddarda i Whedona "okresem z Cliffem Burtonem w składzie" jest ejtisowy paranormalny horror w stylu Hellraisera, Evil Deadów (powiedziałbym, że ten film, w bezpośredni sposób, najbardziej nawiązuje do tych dwóch klasyków, ale jest tu tyle innych nawiązań, że, prawdę mówiąc nie jestem pewien) czy Nightmare'ów, a oczywiście obecny "okres z Robertem Trujillo" to współczesna inkarnacja slashera zwana pieszczotliwie torture porn. I właśnie dlatego, w scenach, które wszyscy z tego filmu zapamiętamy najlepiej, widzimy jak armia horrorowych potworów z lat 80-tych masakruje bohaterów współczesnego torture porn. No, bo przecież ci wszyscy technicy i żołnierze są jak z torture porn. Podobnie jak Jigsaw z Saw zamykają grupę nastolatków w wymyślnej "pułapce" w celu ratowania/polepszania świata. (Oni dosłownie, a Jigsaw poprzez pokazywanie rozpieszczonej młodzieży, jak bardzo nie doceniają życia). Można też ich porównać do wschodnioeuropejskiej mafii z Hostel, która żyła z zapewniania rozrywki chorym kapitalistom. (W Cabin zamiast szukających wrażeń biznesmenów mamy, wspomnianych już, the Ancient Ones). Innym mało subtelnym atakiem na współczesny slasher jest oczywiście zakończenie, gdzie nasi zuchwali bohaterowie odrzucają klasyczną już postawę Final Girl/Boy/Person, czyli pragmatyczne wyparcie się lub tymczasowe zduszenie w sobie człowieczeństwa w celu przetrwania. Oczywiście, wszystko to nie przekreśla od razu całego filmu, w końcu bywa, że fanfici profesjonalnych twórców całkiem zgrabnie się udają (patrz: The League of Extraordinary Gentlemen - komiks, nie film), ale w przypadku Cabin wyraźnie widać, że Whedon i Goddard nie wszystko do końca przemyśleli (albo przemyśleli wszystko za bardzo).

    Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest to, że twórcy zdecydowanie spóźnili się ze swoją krytyką współczesnego horroru. Torture porn jako gatunek/podgatunek powoli kona od... ja wiem, jakichś pięciu lat. Ok, wziąłem tą liczbę z powietrza. Tak naprawdę, nie mam pojęcia, jak długo już trwa ten proces, ale chyba każdy fan zdaje sobie sprawę, że jesteśmy w okresie przejściowym. Tak jak kiedyś high schoolowe slashery spłodzone przez cravenowski Scream zostały wyparte przez torture porn, tak teraz czekamy na kolejną ewolucję w gatunku. Kto wie, może nastał czas fanowskich meta-horrorów, ale jeśli mają być na poziomie Cabin, to ja chyba podziękuję, bo coś takiego znudzi mi się szybciej niż kolejne odcinki Saw.

    Kolejnym znacznie poważniejszym problemem jest, po co ograniczać krytykę tylko do torture porn? Łatwo zauważyć, że nie jest to podgatunek, który wziął się znikąd, a jego prawdziwe korzenie są gdzieś tam w klasyce horroru. W takiej sytuacji, jeśli ktoś chce być konsekwentny, to powinien spruć sweter do końca i całkowicie zbesztać horrory, ale Whedon i Goddard nie są tym za bardzo zainteresowani. Chociaż wyraźnie widać, że zdają sobie sprawę z tego, że to, co przeszkadza im w torture porn (sposób przedstawiania kobiet, zidiocieli bohaterowie, itd.) można spokojnie podpiąć pod ich ukochany ejtisowy horror, ale w filmie, kiedy co jakiś czas trzeba się konfrontować z tymi faktami, jest to przez twórców bagatelizowane, a ostrze krytyki pozostaje skierowane przede wszystkim pod adresem współczesnej inkarnacji gatunku. Dobrym przykładem tego braku konsekwencji są postacie głównych bohaterów. Mięśniak (Chris Hemsworth) jest dobrym studentem, zdzira (Anna Hutchison) nie jest naturalną blondynka, inteligent (Jesse Williams) jest dobrym sportowcem. Twórcy chcą pokazać, że ci ludzie nie wpisują się w horrorowe klisze, ale co z tego skoro zdzira przez większość filmu wygląda, zachowuje się, i w końcu nawet umiera jak slasherowa zdzira (z cyckami na wierzchu). Mięśniak i inteligent też zaliczają wszystkie stereotypy. (Zabijają nawet jednego murzyna [Brian White]). A więc jaki jest sens pokazywania głupoty horror-klisz skoro pisząc scenariusz Whedon i Goddard stają na głowie, żeby każdą z nich w najdrobniejszych szczegółach zaliczyć i od początku do końca dać filmowi slasherową strukturę.

    To w konsekwencji powoduje, że widz (mówiąc "widz" mam na myśli siebie) odbiera to dzieło na dwa sposoby, jako film fanowski - ale stworzony przez fanów starej daty, którzy jak zwykle myślą, że to co było kiedyś, jest lepsze od tego, co mamy dzisiaj - albo jako film dekonstrukcję gatunku, co podobno było zamiarem twórców. Problem z pierwszą interpretacją jest dość oczywisty. Takie podejście do horrorów, a właściwie do czegokolwiek, jest po prostu głupie. Horror prawie zawsze jest chujowy. W latach 80-tych większość filmów też była gówniana, a to, że wtedy powstało więcej klasyków niż przez ostatnie 10 lat, nie wynika z tego, że współcześni reżyserzy odrzucili ideały i wartości dawnych mistrzów, tylko po prostu kiedyś wśród ludzi, którzy je kręcili było więcej wybitnych jednostek. Natomiast, jeśli chodzi o tą całą dekonstrukcję, to jest ona zrobiona w jeden z najbardziej leniwych i płytkich sposobów, jakich się tylko dało, bo sprowadza się do wciśnięcie każdego gatunkowego stereotypu, jaki twórcy zdołali zmieścić w 90 minutach filmu, podkreśleniu go dwa razy i podpisaniu - specjalnie dla niekumatego widza - "horrorowy stereotyp", jednocześnie nie siląc się na powiedzenie czegoś odkrywczego o gatunku. Jeśli to ma być rewitalizacja horroru to bracia Waynes zrobili to samo 12 lat temu... tylko bez mądrzenia się i popisów erudycji.

    Ok, stop! Rating time! Będzie 2, dałbym niżej, ale Richard Jenkins i Bradley Whitford są zajebiści w tym filmie. Jest też fajna scena, kiedy ćpun (Fran Kranz) czyta Little Nemo in Slumberland Winsora McCay'a (klasyczny, amerykański, gazetowy strip z początku XX wieku i nr 5 na Top 100 Comics list opublikowanej przez The Comics Journal w 1999) tzn. w sumie to nie jest żadna super scena i sam osobiście nigdy nie czytałem Little Nemo, ale oglądając film miałem radochę, że zaczaiłem smaczek. Ha! Pewnie właśnie na taką reakcję liczyli twórcy szpikując ten film tymi wszystkimi nawiązaniami.

    czwartek, 20 września 2012

    Sound and Vision 20.09.12 (Killing it... with Jokes: Patrice O'Neal, Anthony Jeselnik, Stewart Lee, Alan Moore)

    Ostatnio było o zabójczych żartach, a dzisiaj kontynuujemy ten wątek...

    Może zacznijmy od Patrice'a O'Neala? O'Neal to amerykański komik, który zmarł w listopadzie 2011 roku, miał 41 lat. Jak często bywa w takich przypadkach - chociaż O'Neal nie był super-sławny jego nagła śmierć była dla amerykańskiego stand-upu sporym ciosem, zwłaszcza dla komedii mającej obrażać, bulwersować i bawić się z publicznością w okrutne psycho-gierki. Tak jest, O'Neal był współczesnym mistrzem tego typu zagrywek. W swoich występach mówił o kobietach, rasizmie i polityce, poruszając te sprawy w taki sposób, że zrywało z widza ciepły kocyk (Charles Schulz reference! High five! Anyone?) politycznej poprawności i zmieniało (znaczy się... eee, tego widza) w małego, słodkiego, trzęsącego się jelonka, który stoi na środku drogi, i patrzy tymi swoimi wielkimi, smutnymi oczętami jak w jego stronę zbliża się wielka, osiemnastokołowa ciężarówka. Uciekaj mały jelonku, uciekaj. Dlaczego nie uciekasz? Eeeetam, chyba nie ucieknie.

    ...a oto dowód: HBO One Night Stand 63 z 2005 r.


    ...jest jeszcze Elephant In The Room (godzinny special wyemitowany na Comedy Central w 2011) (część 2, część 3, część 4). (Moim zdaniem ten wstęp nie jest tak fajny jak One Night Stand, ale momenty są).

    Jeśli jesteś osobą, której nie cieszy figlarna subtelność O'Neala. Jeśli preferujesz czarniejszy odcień czarnego humoru i klasyczne dowcipy może ci się spodobać stand-up Anthony'ego Jeselnika. Dla mnie, osobiście, jego komedia jest trochę nierówne, raz wchodzi lepiej, raz gorzej (utwory z Shakespeare, jego albumu, są na tubie, więc możecie przekonać się sami), ale zaliczył parę występów w Celebrity Roast, a tam takim komediowym ekstremizmem można szybko i skutecznie sterroryzować publiczność i sławnych gości:

    Comedy Central Roast of Donald Trump (2011).



    Celebrity Roast to taki program, w którym grupa mniej lub bardziej znanych celebrytów zbiera się, aby upiec i zjeść jednego/jedną z nich, ale przedtem, przez jakąś godzinę, się nawzajem obrażają. (Mam nadzieje, że kiedy piszę te słowa, TVN finalizuje rozmowy odnośnie zakupu licencji:)).

    Jeselnik wystąpił też w Comedy Central Roast of Charlie Sheen (2011), ale nigdzie nie mogłem znaleźć dobrej jakości klipu.

    Ok, po tym wszystkim fani Kabaretu Starszych Panów pewnie mówią sobie, że komedia umarła, a ludzie, których martwi chamstwo w polskich mediach mogą się pocieszyć, że w Stanach jest gorzej - czyli obowiązki misyjne spełnione. A zatem przenieśmy się na wyspy Albionu, gdzie legendarny brytyjski komik Stewart Lee przeprowadza wywiady z legendarnym brytyjskim scenarzystą komiksowym Alanem Moorem.



    Na koniec jeszcze niedoceniona perła angielskiego humoru:

    The Mindscape of Alan Moore (2003) reż. DeZ Vylenz


    P.S. Jak pisałem o tym jelonku, to przypomniał mi się ten klasycznych "dowcip" Louisa Szekely'a:)

    piątek, 14 września 2012

    You must destroy all your comic books before it's too late!! #2

    Batman: The Killing Joke: The Deluxe Edition: Alan Moore (scenarzysta, "The Killing Joke"), Brian Bolland (scenarzysta, "An Innocent Guy"), Brian Bolland (artysta), Richard Starkings (litery, "The Killing Joke"), Ellie DeVille (litery, "An Innocent Guy"), Denny O'Neil, Mark Chiarello, Bob Harras (edytorzy), Brian Bolland (okładka). 64 s, 2008, DC Comics, ISBN13: 9781401216672.

    Batman stworzony przez Billa Fingera i Boba Kane’a

    "The Killing Joke" oryginalnie wydano jako one-shot/ogn:
    Batman: The Killing Joke 1988, DC Comics

    "An Innocent Guy"* oryginalnie wydano w czerni i bieli w formacie zeszytowym:
    Batman Black and White #4 1996, DC Comics


    Dzisiaj bierzemy na tapetę kolejną klasyczną historię z Batmanem, tym razem będzie to Batman: The Killing Joke. Niespełna 50-stronicowy one-shot (albo, jak kto woli graphic novel) z 88 roku z miejsca stał się ważnym punktem w bat-mitologii - i do tego prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnym. Krytycy, powołując się na sceny tortur Barbary Gordon i jej ojca, uznają go za wzorcowy przykład, panoszącej się w superbohaterskim komiksie, mizoginii i mizantropii. Zwolennicy natomiast chwalą zhumanizowanie Jokera i sugestywne przedstawienie podobieństwa i więzi między Mrocznym Rycerzem a Błazeńskim Księciem Zbrodni. Ale dziś możecie zapomnieć o tych wszystkich bredniach propagowanych przez liberalne media, bo dziś wreszcie poznacie prawdę o The Killing Joke.

    A prawda niestety jest taka, że nie jest to za dobry komiks o Batmanie. W sumie trochę szkoda, bo od strony formalnej wszystko jest super. Alan Moore to jeden z najlepszych scenarzystów jacy pracowali w amerykańskim, komiksowym mainstreamie (osobiście powiedziałbym, że najlepszy). Podobnie Brian Bolland, w tamtej dekadzie nie miał sobie równych pod względem skrupulatnej, pełnej detali kreski, a także odwzorowania języka ciała i mimiki twarzy. Z resztą, co ja mówię "w tamtej dekadzie" teraz też nie ma! (To, że po narysowaniu tej historii przerzucił się prawie kompletnie na okładki jest sporą stratą dla anglosaskiego komiksu). Właściwie, mamy tutaj skondensowaną próbkę olbrzymiego talentu, jaki drzemie w tych panach - niestety mamy też sporo mniej lub bardziej kontrowersyjnych treści.

    I tak po kolei. Zarzuty o mizoginizm i mizantropię są w miarę zasadne i nie wydaje mi się, żeby dało się ten komiks przed nimi sensownie wybronić. Co do originu Jokera, to prawdę mówiąc nie jestem zbyt wielkim fanem. Tzn. ten origin jest dobrze napisany, pasuje do opowiadanej historii i rzeczywiście tworzy coś na kształt człowieczeństwa dla postaci, ale nie jestem przekonany, że Joker czegoś takiego potrzebuje. Nawet jeśli potrzebuję, to fajnie by było, żeby coś z tego wynikało, bo tutaj ta cała humanizacja jest wykorzystana tylko po to, by dać Jokerowi pretekst do (prawdopodobnie zgwałcenia i) wysłania Batgirl na wózek inwalidzki, a także ośmieszania i znęcania się nad Jimem Gordonem. Staje się to oczywiste, kiedy Joker wyznaje, że zawsze inaczej pamięta swoją przeszłość. Po czymś takim jego flashbacki da się interpretować tylko jako maniakalne wizje, którymi usprawiedliwia i motywuje swoją nagłą chęć pokazania światu, że każdego, nawet najbardziej prawego i porządnego obywatela można złamać i zmienić w śliniącego się wariata.**

    Ale szczerze mówiąc te wszystkie rzeczy mi aż tak bardzo nie przeszkadzają. (Motyw z originem wielokrotnego wyboru jest nawet całkiem sprytny). Moim zdaniem największą wadą tego komiksu jest zakończenie. The Killing Joke kończy się tak jakby twórcy powiedzieli sobie: Ok, okaleczyliśmy tą rudą zdzirę***, staremu piernikowi też się dostało, a z ważnymi postaciami już nic więcej nie pozwolą nam zrobić - no, to napisze się jeszcze żart, który to jakoś wyjaśni, potem fade-out kamery i koniec. Zdaje sobie sprawę, że dla wielu osób to zakończenie jest kultowe. To właśnie w tym momencie objawia się przed nimi prawda o szaleństwie Batmana, oraz to, że razem z Jokerem stanowią dwie strony tej samej monety, itd. Ja się z takim podejściem za bardzo nie zgadzam, bo po pierwsze, w 1988 przedstawianie Batmana jako osoby niezrównoważonej psychicznie nie było niczym oryginalnym. (Stopniowe umrocznienie komiksów, które miało miejsce w tamtej dekadzie sprawiło, że nim The Killing Joke się ukazał ten trop już dawno znalazł się w arsenale ówczesnych komiksowych scenarzystów). A po drugie, to jak Moore przedstawia szaleństwo Batmana nie jest do końca zgodne z przyjętymi standardami (zdaję sobie sprawę, że pisanie o standardach przedstawiania fikcyjnej postaci z komiksów jest śmieszne, ale whateve... jak już jestem geekiem, I might as well act like one). Niewykluczone, że Moore chciał dodać tej części nietoperzej osobowości trochę niuansów, ale nie specjalnie mu to wyszło. Jakby ktoś nie wiedział, komiks kończy się sceną, w której Batman oferuje pomoc Jokerowi, a ten odpowiada, że to nie ma sensu, bo i tak się nie zmieni. Potem opowiada swój dowcip i oboje (On i Batman) zaczynają się głośno śmiać. Problem z tą sceną nie polega na tym, że Batman okazał Jokerowi sympatię. (Chociaż przypuszczam, że to może wzbudzać w czytelnikach wątpliwości, zwłaszcza, kiedy na poprzednich stronach byli świadkami dokonań złoczyńcy). Tak naprawdę dziwny w tej scenie jest śmiech Nietoperza. To sugeruje, że w tym właśnie momencie Batman zrozumiał jak bardzo irracjonalna jest jego walka ze zbrodnią, ostatecznie pękł i oddał się drzemiącym w nim demonom. Ktoś mógłby spytać, co niby w tym takiego złego? Ano to jest właśnie to odejście od standardu przedstawiania Batmana, o którym wcześniej wspomniałem. Batman jest całkowicie niezdolny do zrozumienia bezsensowności swojej misji. Właśnie w ten sposób manifestuje się jego szaleństwo. W życiu prywatnym jest milionerem (właściwie, to teraz chyba już miliarderem, wiadomo - inflacja, miliony już na nikim nie robią wrażenia) tak naprawdę bardziej pomógłby społeczności Gotham jako filantrop udzielający się charytatywnie, zapewniając miejsca pracy i polepszając standard życia zwykłych obywateli. Albo uratowałby setki ludzi, gdyby po prostu skręcił kark Jokerowi. Ale on woli biegać po mieście przebrany za nietoperza i zamykać swojego arcy-wroga w Arkham, skąd ten w końcu ucieknie i zabije kolejnych niewinnych ludzi. Tak właśnie funkcjonuje Nietoperz. Na granicy wizjonerstwa i szaleństwa, co jakiś czas zbliżając się do którejś ze stron. Takie wypchnięcie go na jedną z nich, które robi tu Moore nie jest głupim pomysłem, ale bez pokazania nam konsekwencji tego wydarzenia to zakończenie staje się nieuczciwe, a sam komiks serią szokujących wydarzeń pozbawionych głębszych treści.

    To jak będzie, 2, 2-...? Nie! No pewnie, że nie - to w końcu komiks Alana Moora.

    Ok i tu będzie nagły zwrot akcji, bo wg mnie można ten komiks zinterpretować inaczej. Tak naprawdę to wyjątkowo subtelna krytyka superbohaterskiego komiksu lat 80, i to komiksu nie byle jakiego, bo chodzi tu o ten najbardziej ceniony. No wiecie, o ten, o którym się mówi, że zmienił superbohaterów z mało wyrafinowanej rozrywki dla dzieci w coś inteligentnego, co może być śmiało czytane przez dorosłych. (To znaczy, to może nawet nie jest krytyka The Dark Knight Returns czy Watchmenów, tylko takiego właśnie podejścia do tych komiksów. W końcu w owym czasie starzejący się fani pewnie byli w niebo wzięci, że komiks trafił na salony i nie trzeba rezygnować z dziecinnego hobby). Dodatkowym smaczkiem jest udział Alana Moore'a, bo to daje nam akcję w stylu: ojciec (albo, jak kto woli, jeden z ojców) tzw. inteligentnego super-hero komiksu sam niszczy koncept, który stworzył.

    Pozwólcie, że to wyjaśnię. Formalnie The Killing Joke to niemalże 13 zeszyt Watchmenów. Wystarczy spojrzeć na twórców tego dzieła:

    Alan Moore - wiadomo.

    Brian Bolland to nie Dave Gibbons, ale właściwie całkiem blisko, oboje są Brytyjczykami, a do tego oboje są przyjaciółmi, którzy zaczynali karierę w tym samym czasie i miejscu (magazyn 2000AD). Ich style trochę się różnią, ale mają też wiele cech wspólnych.

    John Higgins**** (również artysta wywodzący się ze szkoły 2000AD) - kolorysta Watchmenów jakby ktoś nie wiedział. Powiem więcej, szara eminencja tamtego klasycznego tytułu, bo czy ktoś wyobraża sobie przygody Rorschacha bez bijących po oczach różów i pomarańczy.

    Oczywiście na ponownym skompletowaniu watchmenowskiej ekipy się nie skończyło. Storytelling The Killing Joke też jest jawnym nawiązaniem do Strażników: dziewięć paneli na stronie, podobny ruch kamery na początku i końcu historii, przechodzenie od sceny do sceny za pomocą podobnie skomponowanych paneli lub gierek słownych, duża ilość - jak na komiks - tekstu. Nie wspominając już o atmosferze opowieści: całe mnóstwo of the good ol' ultra-violence i degradacja bohaterów pozytywnych. Tak jak powiedziałem: niemalże 13 zeszyt Watchmenów.

    Co więc się stało, że ludzie, którzy, jak dobrze wiemy, z tych samych składników byli w stanie stworzyć klasyka gatunku, tutaj zawiedli? Czy było to po prostu potknięcie mistrza, czy coś więcej? Wróćmy jeszcze raz do zakończenia The Killing Joke. A co jeśli w ostatniej scenie (przypominam, Batman oferuje Jokerowi pomoc, szansę na zmianę, na lepsze życie, wyrwanie się ze spirali przemocy, a ten odmawia i oboje zaczynają się z tego śmiać, jak z głupiego, zrozumiałego tylko dla nich dowcipu), to nie Batman oferuje Jokerowi pomoc? Co jeśli to sam Alan Moore (no wiecie jak Grant Morrison w Animal Manie... tylko nie tak dosłownie, z narysowaniem scenarzysty i całą tą szopką), a wraz z nim jego inteligentny super-hero komiks, zmiana status quo i logiczne rozwinięcie historii? A co jeśli po chwili Moore sam zaczyna się śmiać z tego pomysłu, bo wie, że tak jak DC nie miało problemu żeby spuścić go ze smyczy, kiedy pisał o postaciach wzorowanych na bohaterach Charlton Comics - to kiedy ma do czynienia z jednym z najcenniejszych trademarków DC Comics, Inc./DC Entertainment/Warner Bros. Entertainment/Time Warner już tak fajnie nie będzie? Co jeśli tak naprawdę superbohaterski komiks dla dorosłych różni się od wer. dla dzieci tylko tym, że w jednym złoczyńca co dwa nr. próbuje podbić świat za pomocą - no nie wiem - urządzenia, które kontroluje pogodę, a w drugim ten sam złoczyńca co dwa nr. torturuje, okalecza i morduje bliskich bohatera? Co jeśli w obu przypadkach nie kryją się za tym żadne głębsze przesłania? Co jeśli chodzi tylko o szokowanie i epatowanie brutalnością? Co jeśli fanom to w zupełności wystarcza? What then, fanboys? I nie macie teraz wrażenie, że cały mityczny progres gatunku, który miał miejsce w ejtisach, to właśnie ten tytułowy "zabójczy żart"?*****

    No i jak tu ocenić taki komiks? Ano trzeba dać 4 oczywiście, w końcu to szczera prawda. A sami wiecie jak to jest z prawdą: rien n'est beau que le vrai, le vrai seul est aimable.

    *W tej recenzji skupię się na The Killing Joke. An Innocent Guy jest pokolorowanym shortem, który Bolland oryginalnie napisał i narysował dla pierwszego vol. Batman Black and White z 1996 r. (chyba kiedyś Semic to u nas wydał). Historyjka jakich w antologiach znajdziecie mnóstwo, po prostu kilkustronicowy żart, w miarę śmieszny i ładnie narysowany, ale nic nadzwyczajnego.

    **Tak na marginesie, pomimo moich pretensji do originu to uważam, że jest to jedna z najlepszych interpretacji tej postaci. To nie do końca prawda, że ten Joker jest tylko mroczny i straszny. Moore bardzo zgrabnie łączy tutaj różne, czasami skrajne wersje postaci. Ja np. widzę tutaj bardzo dużo z kampu lat 60-tych i aktorskich popisów Cesara Romano. Joker jest tu bardzo śmieszny, sypie głupimi żartami na prawo i lewo, co jakiś czas akcentując je mocnym/mrocznym punchlinem, a w jednym momencie nawet śpiewa piosenkę o wyższości szaleństwa nad poczytalnością. Jeśli ktoś nie jest obeznany w komiksach, a był pod wrażeniem charyzmy i magnetyzmu Ledgera w Dark Knighcie, to polecam przeczytać tą historię. Zobaczycie sobie skąd się wzięła ta postać.

    ***Alan Moore w wywiadzie dla www.wizarduniverse.com zwierzył się, że coś takiego powiedział Len Wein, ale niewykluczone, że Bard z Northampton się pomylił, bo współtwórca Swamp Thinga (a obecnie scenarzysta Before Watchmen: Ozymandias i Curse of the Crimson Corsair) akurat przy tym komiksie z Moorem (jako edytor) nie współpracował… Ale z drugiej strony, kto wie co się tam działo? Link.

    ****Wydanie, które mam zostało ponownie pokolorowane i "poprawione" przez Bollanda. Angielski rysownik podobno nigdy nie był zadowolony z pracy Higginsa i z ograniczeń technicznych, z jakimi borykali się koloryści w latach 80-tych. Link.

    *****Oryginalnie chciałem tutaj napisać parę słów o tym, jak dalej potoczyła się kariera Moorea. Byłoby o tym, że to jego ostatni komiks dla DC (tak jakby) i ostatnia dekonstrukcja archetypu superbohatera (tak jakby), i że on to wszystko ze szczegółami przemyślał i zaplanował, ale wtedy zrobiłby się z tej recenzji jeszcze większy SyFy, niż w wer. obecnej. Prawda jest taka, że na pewno tego nie zaplanował, a The Killing Joke to najprawdopodobniej gówniany komiks z Batmanem, który zupełnie przypadkiem całkiem trafnie krytykuje ejtisowy i post-ejtisowy "inteligentny" super-hero komiks. C'est la vie, amirite?:)

    środa, 5 września 2012

    Quick and to the Pointless 05.09.12

    Dzisiaj tylko szybko parę linków (linków do linków do linków do...).

    Kultowy znaczek Comics Code.
    Tom Spurgeon na swojej stronie (The Comics Reporter) zamieścił linki do transkryptów oraz plików audio z przesłuchań podkomisji Senatu Stanów Zjednoczonych w sprawie przestępczości wśród nieletnich z 1954 r. (1954 United States Senate Subcommittee on Juvenile Delinquency). Komisja zajmowała się wpływem ówczesnych amerykańskich komiksów na dzieci i młodzież. Przesłuchiwani byli m.in. przedstawiciele wydawnictw (Marvel Comics, DC Comics, EC Comics itd.), artyści (jak chociażby Milton Caniff), a także niesławny dr Fredric Wertham (autor Seduction of the Innocent). Medialny szum wokół przesłuchań doprowadził do powstania Comics Magazines Association of America, Inc. (to ci od znaczka Comics Code Authority) i w konsekwencji samo-cenzury amerykańskich komiksów.

    Transkrypty pochodzą ze strony Jamiego Coville'a i jeśli interesuje was historia amerykańskiego komiksu, to zdecydowanie warto tam zajrzeć.

    Wracając jeszcze do The Comics Reporter Toma Spurgeona. Jeśli ktoś nie kojarzy tej stronki, to też polecam. Spurgeon prowadzi poważną stronę o komiksach, na której znajdziecie newsy, recenzje i świetne wywiady, a przy tym sięga znacznie, znacznie głębiej niż superbohaterski mainstream. Można tam też znaleźć mnóstwo fajnych linków - np. do tego bloga ze skanami rysunków Kuberta.

    Obczajcie okładkę do Nieznanego Żołnierza #247 z 1981.