czwartek, 5 lipca 2012

And maybe I seem a bit confused, Yeah maybe... - recenzje: "Fury", "Black River", "A Blind Eye", "Red Tide"

Oookey... Z tym blogowaniem to wcale nie tak prosto jak myślałem. Miałem pisać recenzje i w ogóle być tastemakerem, a tu mija 2 miesiące i póki co żadnych recenzji nie spłodziłem. Na swoje usprawiedliwienie mogę rzucić kilka standardowych wymówek, no wiecie praca, brak czasu i Euro, w końcu mecze same się nie obejrzą.

Nie będę was tutaj zanudzał swoimi futbolowymi teoriami, powiem tylko, że przegrana z Czechami i 1:0 dla Grecji w meczu z Rosją mnie tak rozbawiły, że już wszystko naszym wybaczyłem i z niecierpliwością i optymizmem czekam na mundial w Brazylii, gdzie bez wątpienia nie tylko wyjdziemy z grupy, ale zdobędziemy upragniony tytuł, albo przynajmniej dojdziemy do finału. Nic się nie stało! Chłopaki, nic się nie stało!! Nic się nie staaaaa... eee, zaraz, o czym to ja... A! No tak, brak recenzji, wymówki, itd.

Zapomnijcie o "braku recenzji", bo tak się składa, że dzisiaj mam dla Was recenzje książek. Tak jest, "książek" (plural), nie jednej, nie dwóch czy trzech, ale czterech książek. A konkretnie są to 4 pwieści sensacyjne napisane przez Geralda M. Forda (NIE chodzi o 38 prezydenta Stanów Zjednoczonych) wchodzące w skład serii przedstawiającej perypetie Franka Corso – bohatera stworzonego przez tegoż pisarza. Na pewno już nie możecie się doczekać, zaczynamy więc recenzję książek. A zaczynamy ją od najfajniejszego elementu każdej recenzji książek, czyli danych bibliograficznych i krótkich streszczeń.

Fury: G. M. Ford. 352 s , 2004, Pan Macmillan Ltd - Pan Books, Paperback. ISBN 0 330 49263 2. Oryg. wyd.: 2001, HarperCollins Publishers Inc. - William Morrow.

Fury rozpoczyna się sceną konferencji prasowej, na której spotykamy niejakiego Myrona Mendenhala (jak się okazuje wziętego adwokata ze Seattle) oraz jego klienta Waltera Leroya Himesa. Kiedy Himes podchodzi do mikrofonu i rzuca parę niewybrednych słów, "widzimy" jak siedzący w pierwszym rzędzie mężczyzna wstaje i strzela do niego 4 razy, po czym wkłada lufę swojego pistoletu do ust i pociąga za spust. Na kolejnych stronach, po tym miłym, hitchcockowskim trzęsieniu ziemi, cofamy się o 6 dni, do czasu, kiedy Himes siedział sobie bezpiecznie w celi śmierci i czekał na egzekucję, a w redakcji "Seattle Sun" pojawia się osoba, która ma go "uratować". Leanne Samples to młoda, niezbyt bystra kobieta, która kilka lat temu byłaby 9 ofiarą Trashmana, maniakalnego mordercy terroryzującego Seattle, gdyby nie udało jej się uciec i wskazać policji winowajcę (niejakiego Waltera Leroya Himesa). Teraz Samples chce wycofać swoje zeznania i prosi o pomoc dziennikarza "Sun", który kiedyś okazał jej współczucie. Frank Corso to bestsellerowy pisarz, dorabiający artykułami dla "Seattle Sun" i przeznaczający większość swojego czasu na zbudowanie sobie życia w kompletnym odosobnieniu. Niestety teraz, z powodu prośby Leanne i długu wdzięczności wobec redaktor "Sun", musi zrezygnować ze swoich planów i wraz z młodą fotoreporterką - Meg Dougherty - zbadać sprawę Himesa. Co jest bardziej skomplikowane niż by się wydawało, bo za 6 dni Himes ma dostać śmiertelny zastrzyk, czego wszyscy - od rodzin ofiar, poprzez ogół społeczeństwa aż do policji i miejscowych polityków - sobie życzą. Policja i miejscowi politycy dodatkowo życzą sobie, żeby nikt nie dowiedział się o tym, jak niekompetentnie prowadzili śledztwo w sprawie Trashmana, i że właśnie znaleźli nowe ciało, które dowodzi, że morderca sprzed lat wciąż jest na wolności.

Black River: G. M. Ford. 368 s , 2005, Pan Macmillan Ltd - Macmillan, Hardback. ISBN 0 333 98980 5. Oryg. wyd.: 2002, HarperCollins Publishers Inc.

Wzdłuż uskoku San Andreas dochodzi do niewielkiego trzęsienia ziemi, które nie miało prawa wyrządzić większych szkód. Jednak ściana nowo powstałego szpitala ulega zniszczeniu, grzebiąc pod gruzami 63 osoby. Dochodzenie w sprawie katastrofy wykazało, iż budynek nie został zbudowany zgodnie z obowiązującymi normami, a osobą, która miała zlecić oszczędzanie na zabezpieczeniach przeciwko trzęsieniom ziemi i płaciła łapówki oficjelom i inspektorem budowlanym, jest Nicholas Balagula. Balagula to dobrze znany rosyjski gangster, który już dwukrotnie stawał przed sądem i wychodził z tego cało (głównie dzięki zastraszeniom, morderstwom i manipulowaniu ławą przysięgłych). Ale tym razem prokuratura nie zamierza się patyczkować. Zamknięta rozprawa z ławnikami ukrytymi za weneckim lustrem ma odbyć się w Seattle, a jedynym widzem, który może przebywać na sali rozpraw jest przedstawiciel prasy i sławny pisarz Frank Corso. Corso chętnie by widział, jak Balagula dostaje najwyższy wymiar kary, ale sprawy komplikują się w jego życiu prywatnym. Meg Dougherty - jego najbliższa i prawdopodobnie jedyna, prawdziwa przyjaciółka -  trafia na intensywną terapię  po dziwnym wypadku samochodowym. Czy to może mieć jakiś związek z rozprawą? Tak, tak, pewnie że ma! Nie trzeba chyba być specjalnie oczytanym w takiej literaturze, żeby się tego spodziewać.

A Blind Eye: G. M. Ford. 304 s , 2005, Pan Macmillan Ltd - Macmillan, Paperback, ISBN 1 4050 3444 0. Oryg. wyd.: 2003, HarperCollins Publishers Inc. - William Morrow.

W A Blind Eye Frank i Meg opuszczają deszczowe Seattle. Kiedy ich spotykamy stoją sfrustrowani na terminalu lotniska O'Hare w Chicago i patrzą jak za oknem szaleje śnieżyca. Z naszej dwójki, to Meg jest zdecydowanie bardziej sfrustrowana i ma ku temu bardzo dobre powody. Właśnie się dowiedziała, że ława przysięgłych (Grand Jury) w Teksasie wydała nakaz aresztowania Franka Corso, a ich wycieczka na Środkowy Zachód jest ucieczką, a nie podróżą służbową. Pisząc swoją najnowszą książkę/reportaż Corso twierdził, że wie, gdzie pewien teksański miliarder ukrył ciało swojej żony, a wspomniana wyżej ława przysięgłych byłaby wdzięczna, gdyby podzielił się z nimi tą informacją. Szkopuł w tym, że Corso, wcale nie wie, gdzie jest to ciało. Tzn. ma informatora, który rzekomo zna lokacje, ale ten gdzieś zniknął i nikt nie potrafi go znaleźć. Dla naszego bohatera nie jest to za ciekawa sytuacja, bo jeśli będzie zeznawał, to nie dość, że storpeduje swoją karierę, to jeszcze trafi za kratki. Tak więc, prawnicy Fanka poradzili mu, aby wziął nogi za pas i pokazał się dopiero, kiedy lawa przysięgłych ulegnie rozwiązaniu (za niecałe dwa tygodnie) i groźba więzienia zostanie zażegnana. I teraz wracamy na lotnisko w Chicago: samoloty nie latają, CNN (i reszta trzyliterowych stacji telewizyjnych) pokazuje zdjęcia Franka, a lotniskowa służba bezpieczeństwa zainteresowała się dziwnie wyglądającą i ciągle spierającą się ze sobą para... chyba trzeba się stąd wynosić. Nasi bohaterowie wynajmują więc samochód i zaśnieżonymi drogami ruszają do Wisconsin, gdzie rzekomo transport lotniczy nie został jeszcze pokonany przez pogodę. No i cóż, jak się okazuje, to też nie był najlepszy pomysł. Wydarzenia, które po tym następują, (a są to kolejno: wypadek samochodowy, spędzenie nocy w opuszczonym domu, odnalezienie rozkładających się zwłok właścicieli owego domu, pościg za wyjątkowo niebezpiecznym seryjnym mordercą, oskarżenie Franka o zabójstwo zastępcy szeryfa, itd.) nie poprawiają za bardzo ich i tak mało ciekawej sytuacji.

Red Tide: G. M. Ford. 368 s , 2006, Pan Macmillan Ltd - Macmillan, Hardback, ISBN-13 978-1405-03442-5 ISBN-10 1405-03442-4. Oryg. wyd.: 2004, HarperCollins Publishers Inc. - William Morrow.

Jak już wcześniej wspomniałem, Corso nie przepada za towarzystwem, nie przepada też za pojawianiem się na różnych towarzyskich eventach, ale jest jedna osoba, dla której zrobi wyjątek. W jednej z modnych Seattle'owskich galerii odbywa się wystawa zdjęć Meg Dougherty. Wystawa, która prawdopodobnie okazałaby się sporym sukcesem, gdyby nie pojawienie się policji i ich prośba o ewakuację. Coś takiego może zepsuć komuś wieczór i w przypadku Meg zdecydowanie tak się stało, ale dla Franka... noc dopiero się zaczyna. Kiedy policjanci nie potrafią podać przekonującej przyczyny, dla ewakuacji i gdy okazuję się, że - poza miłośnikami sztuki - opuścić obszar muszą także wszyscy przebywający w pobliskich kwartałach, Corso już wie, że musi uważniej przyjrzeć się tej sprawie. Ktoś wypuścił zmodyfikowany wirus Eboli w jednym z autobusowych tuneli, uśmiercając w ten sposób ponad 100 osób. To oczywiście postawiło władze miasta i służby porządkowe w stan najwyższej gotowości. Każdy spodziewa się ataku terrorystycznego, zwłaszcza, że w mieście odbywa się międzynarodowe sympozjum nt. broni biologicznej i chemicznej, które, nie trzeba dodawać, byłoby idealnym celem. Obawy szybko się potwierdzają, gdyż pojawia się wiadomość od grupy odpowiedzialnej za atak. Terroryści zapewniają w niej, że za 30 godzin wypuszcza kolejną partię śmiercionośnego wirusa, tylko że tym razem będzie on aktywny przez 30 dni, which spells doom for the entire world! The world!! Oh, the drama. Tymczasem, Meg odwiedza jej były chłopak. I choć spotkanie było niespodziewane i wypadło raczej niezręcznie to trzeba przyznać, że bywały chwile kiedy Meg marzyła o tym, aby ujrzeć swą dawną miłość taką, jaką zastała go tej nocy, czyli z poderżniętym gardłem, wykrwawiającego się na jej kuchenną podłogę (du, du, duuum).

Wiem, ze te opisy brzmią miejscami jak trailer do filmu z lat 80-tych, ale nie moja wina, że nie lubię pisać streszczeń. A zresztą, w książkach tak to mniej więcej wygląda. Ford do tej pory napisał 6 powieści w tej serii. Ja jak widzicie miałem okazję zapoznać się z pierwszymi 4, i jak zapewne również widzicie, są to wydania angielskie, ale jakby kogoś to interesowało, to dwie pierwsze (Furia i Czarna Rzeka) były również wydane w Polsce.

OK! No to jedziemy. W skrócie: to książki mi się nie podobały, ale nie mam im też specjalnie nic do zarzucenia. No dobra, to było w skrócie, a teraz trochę to rozwinę. Nie wiem czy dobrze to oddałem w tych swoich streszczeniach, ale tak na pierwszy rzut oka te książki niczym się nie wyróżniają - od zwykłe thrillery. Dopiero gdzieś tak w okolicy trzeciej książki zauważyłem podobieństwa do Man som hatar kvinnor (pol. tyt. Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet) Larssona.

Tzn. nie ma mowy o żadnym plagiacie, ale pojawiają się podobne motywy, a główni bohaterowie wyróżniają się cechami zaskakująco podobnymi do tych, które widzieliśmy u pierwszoplanowych postaci serii Millennium. Na przykład, Franka Corso, jest pisarzem, ale kiedy go poznajemy (w pierwszej książce), pracuje jako dziennikarz, jest samotnikiem, żyje wg swoich zasad, jest rozwiedziony, a w świecie dziennikarskim jest persona non grata z powodu oszczerczego artykułu, w który został wrobiony. Jego pomagierka - Meg Dougherty - wprawdzie jest fotoreporterką a nie hakerem, ale jest też wytatuowaną gotką i ofiarą przemocy na tle seksualnym. Co ciekawe, pomimo tych podobieństw postacie z obu serii kompletnie się od siebie różnią. Corso: to ponury facet czynu, a nie ciepłe kluchy jak Blomkvist, chociaż, z drugiej strony, w porównaniu z nim żyje jak w celibacie. Dougherty natomiast jest przeciwieństwem Lisbeth, sarkastyczna i wygadana, od razu widać, że jest "Robinem" w tym dynamicznym duecie. Kto czytał powieść Larssona ten na pewno pamięta scenę, w której Salander mści się na swoim kuratorze. Tutaj mamy coś bardzo podobnego, tylko znowu na odwrót i nie "pokazane" w aż tak graficzny sposób (tzn. właściwie to wcale nie "pokazane", bo dowiadujemy się o tym z relacji osób trzecich): gdy Meg rzuca swojego chłopaka, ten pokrywa jej ciało obscenicznymi tatuażami.

Poza parą bohaterów, można zauważyć też inne podobieństwa. W trzeciej książce (A Blind Eye), pojawia się grupa hakerów, która kojarzyła mi się ze znajomymi Lisbeth. Pełnią też bardzo podobną funkcję w opowiadanej historii (tzn. takiej trochę deus ex maszyny). A główny wątek wspomnianej książki opowiada historię dziewczyny, która żyła w izolacji z molestującą ją rodziną.

Kiedy ma się świadomość tych zbieżności pojawia się myśl, że może Larsson czytał te książki (seria Forda ukazywała się od 2001 do 2006, a pierwsza cześć Millenium w 2005) po czym skopiował ich wątki i przefiltrował je przez swoje neurozy. Oczywiście jest to bardzo mało prawdopodobne. Trylogia Millenium została wydana pośmiertnie, a Larsson chyba pisał ją w tym samym czasie, kiedy Ford wydawał swoje książki w Stanach, pewnie po prostu zbuntowani żurnaliści i gotki wpisali się w zeitgeist tamtego okresu.

To po co o tym piszę? Właściwie to po nic. Taka obserwacja.

Choć książki Forda są z pozoru dużo bardziej szablonowe w stosunku do trylogii Millenium i raczej nie maja tej energii, która bierze się z ciągłego przypominania o tym, jak to mężczyźni nienawidzą kobiet, to oferują coś, czego połączeniu I Spit on Your Grave i marzeń karierowo/seksualnych Larssona brakuje, a mianowicie dobrego pisarstwa.

Ford to nie nowicjusz, a zanim wziął się za swoją pierwszą książkę przez 20 lat uczył kreatywnego pisania i trzeba przyznać, że to widać. Świetnie sobie radzi radzi z dialogami. Dba o to, by postacie miały swój charakterystyczny "głos", który wynika z ich pochodzenia czy charakteru. Potrafi pisać żartobliwe dialogi, ale umie się pohamować i stosuję je w miarę oszczędnie. Dzięki temu unika zjawiska znanego z sitcomów, kiedy rozmowy między postaciami polegają na przerzucaniu się odrobinę zbyt sprytnymi uwagami. U Forda najczęściej wygląda to tak, że jedna osoba obraża drugą, a ta nie wie co powiedzieć i próbuje się nieudolnie odgryźć, co brzmi dużo bardziej naturalnie.

Umiejętności pisarza przejawiają się też w ekonomi z jaką potrafi przedstawić postać, jej historię i pokierować jej losami. Zwłaszcza postać drugoplanową. Para głównych bohaterów jest tak naprawdę trochę nudna i nie wyróżnia się specjalnie na tle innych tego typu książek. Gdyby nie interakcje z dobrze napisanymi bohaterami pobocznymi to te książki szybko by się znudziły. W Black River - na przykład - najlepiej czyta się fragmenty, kiedy Corso próbuje rozwiązać zagadkę zabójstwa rozwiedzionego woźnego. Poznajemy go (tego rozwiedzionego woźnego) z opowieści jego znajomych i bliskich. I chociaż jest to tylko wątek poboczny, który oczywiście jak się potem okazuje łączy się z główną intryga, to ofiara, jego syn, była żona i morderca dostają dość szczegółowo nakreśloną historię i motywację. Innym dobrym przykładem jest postać profesora historii z Ramapo Valley College w New Jersey z A Blind Eye. Właściwie jedyne, co ten facet robi w książce, to naprowadza bohaterów na "origin" morderczyni i daje się zabić. Ale przez te parę rozdziałów, w których się pojawią też dostaje swoją historię i osobowość. Dzięki temu, z czegoś, co właściwie jest kolejnym zwrotem akcji dostajemy dobrze napisaną postać, która nie tylko spełnia swoją funkcję w wymyślonej przez autora fabule, ale wykracza też poza swój utylitarny charakter.

Trzeba by też wspomnieć o czarnych charakterach. I znowu może nie są aż tak oryginalni, ale świetnie się sprawdzają w tego typu literaturze. Formuła, z której korzysta Ford to stare dobre: "tak, są źli (często pozbawieni cech pozytywnych), ale humanizuje ich... (tu wstawiamy odpowiednią cechę)". U seryjnej zabójczyni z A Blind Eye i terrorystów z Red Tide będzie to tragedia, która ich spotkała i zdolność przetrwania, a u pary pechowych latynoskich hitmenów, którzy lubią używać sportowych metafor z Black River ich koleżeńskie więzi.

Ok, co jeszcze? A tak, "przemoc".

Czytając różne recenzje nie trudno zauważyć, że akcja i brutalność są traktowane przez wielu recenzentów po macoszemu i to nawet kiedy omawiany podmiot na nich się opiera. Ale nie na tym blogu drogi czytelniku. Osobiście uważam, że krytyka w stylu "to bezmózga jatka bez fabuły" jest nadużywana i postaram się jej unikać.

A więc, jak wygląda przemoc w książkach Forada. Ano, wygląda całkiem nieźle. Przypomina to, co widzimy w popularnych amerykańskich serialach HBO czy innych stacji kablowych. Do opisania jej dobrze nadaje się dziesięć zasad dobrego kina akcji wg Shane'a Blacka. Mi zwłaszcza podoba się jak Ford wykorzystuje zasadę nr 6:
6. Awkwardness 
Amid moments of violence there are often moments of awkwardness. I try to take advantage of the humour and the horror that come from this. In The Hitcher there is a scene where the protagonist wakes up to find that everyone in the police station is dead and the police dog is eating the throat of a corpse. Touches like that lend an uncomfortable realism, like one of those scenes where two men are struggling for a gun, it goes off and they realise they have accidentally shot an innocent bystander. It's good to show the absurd things that actually happen during chaotic moments of violence. Another great example is in Pulp Fiction, when they're driving along and John Travolta accidentally shoots the kid in the back seat.
Jakiś przykład? Proszę bardzo. W Red Tide jest "scena", w której starsza pani skarży się jakiemuś urzędnikowi odpowiedzialnemu za dostarczanie porannej gazety na jej ulicy. Ktoś kradnie staruszce gazety. Ona sama podejrzewa sąsiadujących z nią studentów. No i wiecie, to taka typowa wredna babcia. Obraża tego urzędnika, rzuca rasistowskie uwagi względem sąsiadów i w końcu zmusza biednego urzędnika, żeby z nią poszedł i wyjaśnił sprawę. Babcia wprasza się do domu sąsiadów i triumfalnie odnajduje skradzioną gazetę. W tym czasie urzędnika łapie stres, bo studenci okazują się grupą pokrytych bliznami czarnoskórych mężczyzn jakby trochę poddenerwowanych niezapowiedzianą wizytą. Sprawy dodatkowo się komplikują, gdy spostrzega, że jeden ze studentów posiada broń. Indiańscy studenci naprawdę byli wspomnianymi wyżej terrorystami, a humorystyczna scenka zostaje błyskawicznie przerwana wściekłą, ogłuszającą eksplozją zwierzęcej brutalności. No i po chwili znów przechodzimy w tryb humoru sytuacyjnego, bo kiedy nam (w sensie czytelnikom) i grupce terrorystów jeszcze dzwoni w uszach po tym, co się przed chwilą wydarzyło, a krew powoli rozpływa się po podłodze, do ich drzwi puka Frank Corso - nasz bohater - wraz z policyjnym detektywem. Tego typu "niezręcznych sytuacji" jest w książkach Forda całe mnóstwo. Zwłaszcza ostatnie rozdziały A Blind Eye to prawdziwy festiwal takich akcji, które dosłownie niosą czytelnika na rekach ku zakończeniu.

Ford całkiem udanie wprowadza zasady Blacka w swoich książkach i wypadałoby go za to pochwalić. Sam naczytałem się książek, w których fabuła hamuje z piskiem, bo autor chociaż dobrze sobie radzi z dialogami i przemyśleniami bohaterów to nie potrafi napisać opisu, od którego nie sklejałyby się powieki. A czegoś takiego nie da się wybaczyć, zwłaszcza w powieści sensacyjnej, gdzie musi w końcu dojść do jakichś potwierdzających tężyznę fizyczną bohaterów wyczynów, strzelanin, czy pościgów. Jeśli pisarz nie potrafi tego w ekscytujący sposób opisać, to żadna wyobraźnia czytelnika nie pomoże.

OK. I to by chyba było na tyle.

Kogoś może zdziwić, że na początku recenzji napisałem, że ta książki mi się nie podobają, a potem wcale ich nie krytykuje. Nie mówiąc już o tym, że ostatnie parę akapitów, to już same pochwały pod adresem autora. Ale takie właśnie są te książki. Nie porywają, ale w sumie są ok, a G.M. Ford to prawdziwy wzór pisarskich kompetencji. Prawdopodobnie spodobałyby mi się bardziej gdybym nie czytał ich jedna po drugiej. Tego typu literaturą można się trochę "przejeść". No i po pierwszej książce, moje nastawienie było raczej "na nie" (czym jak czym, ale historiami o seryjnych mordercach/gwałcicielach to się chyba na współczesnym czytelniku wrażenia już nie zrobi), chociaż tak naprawdę to poziomem wcale strasznie nie odstaje od reszty. Obiektywnie mogę powiedzieć, że jak ktoś szuka książek, w których samotny na pozór cyniczny bohater walczy z niesprawiedliwościami tego nieprzyjaznego, szarego świata, to może trafić znacznie gorzej.

Aha, jeszcze oceny. Fury dostaje 2-, Black River i Red Tide 2+, a A Blind Eye 3-.

I to tyle.

(O kurde, chyba wyszło trochę przydługie)

Brak komentarzy: