piątek, 17 sierpnia 2012

Najlepsze sceny z "Batman: The Long Halloween"

Znalazłem na internecie scany moich ulubionych scen z Batman: The Long Halloween. Teraz już nie musicie polegać na moich koślawych opisach:)

Scena, w której pobili Denta na parkingu... i te spadające panele kiedy traci przytomność i potem znów na następnej stronie, kiedy ją odzyskuje (cz. 1, Halloween).


Zmniejszający się obszar okręgu, który rzuca światło lampy podczas przesłuchania Sullivan'a (cz. 2, św. Dziękczynienia), a potem jego wyraz twarzy, kiedy sekwencja przechodzi we flashback.


Panel ze zbliżeniem na twarz Riddlera, kiedy Sofia trzyma jego głowę (cz. 7, Prima Aprilis).


Kilkustronicowa sekwencja, w której Bruce ucieka przed policją w Crime Alley (cz. 8, Dzień Matki). Za ten ostatni przykład wypadało by też pochwalić Gregory'ego Wright'a - to w dużej mierze dzięki jego kolorom ta sekwencja jest aż tak efektowna.


Kliknij tutaj, aby przeczytać moją recenzję Batman: The Long Halloween.

czwartek, 16 sierpnia 2012

You must destroy all your comic books before it's too late!! #1

Batman: The Long Halloween: Jeph Loeb (scenarzysta), Tim Sale (artysta), Gregory Wright (kolory), Comicraft, Richard Starkings (litery), Archie Goodwin, Bob Kahan, Chuck Kim, Jim Spivey, Rick Taylor (edytorzy), Tim Sale (okładka). 368 s, 2004, DC Comics, ISBN: 978-1-56389-469-5. Oryg. wyd.: 1998, DC Comics (oryginalne wydanie trade paperback).







Batman stworzony przez
Billa Fingera i Boba Kane’a

Oryginalnie wydano w formacie zeszytowym:
Batman: The Long Halloween #1 - #13
1996-1997, DC Comics


Inspiracją dla tego posta jest recenzja komiksu Criminal: The Dead and The Dying autorstwa Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego. Ocena przedmiotu recenzji była jak najbardziej pochlebna, z czym zresztą się zgadzam, ale moje wątpliwości wzbudziło porównanie Eda Brubakera i Seana Phillipsa (autorów tejże serii) do innego słynnego komiksowego duetu. Konkretnie chodzi o Jepha Loeba i Tima Sale'a, którzy dali światu m.in. pokaźny zbiór komiksów z Batmanem w roli głównej. W komentarzach dałem wyraz swojej dezaprobaty do takich porównań. W końcu z jednej strony mamy tandem, którego cechuje profesjonalizm, synergia i mistrzowskie opanowanie medium, a z drugiej mało ambitnego, wtórnego pisarzynę (chociaż o Commando nie powiem złego słowa) i utalentowanego artystę, który "artystycznie" osiągnąłby znacznie więcej, gdyby współpracował z lepszymi scenarzystami. Mój komentarz szybko przerodził się w dyskusję na temat Batman: The Long Halloween jednego z bardziej znanych owoców kolaboracji Loeb/Sale. Choć nie jestem fanem, to muszę przyznać, że kilka ciekawych komentarzy Krzyśka zachęciło mnie do podjęcia próby "rewaluacji" moich opinii na temat tego dzieła. No niestety, po reread'zie lubię ten komiks jeszcze mniej, a ten post ma być moim odwetem i będzie się głównie składał z szyderstw z ulubionego bat-komiksu Krzyśka i z jego opinii... mam nadzieję, że się nie obrazi:)

Co do fabuły, to rozgrywa się na początku kariery Batmana. Ma to być tzw. "Rok Drugi" jego działalności w stosunku do "Roku Pierwszego" (Batman: Year One) Franka Millera i Davida Mazzucchelliego. Czas akcji obejmuje ponad rok. Od święta Halloween "roku drugiego" do Wigilii Bożego Narodzenia "roku trzeciego". W tym czasie w Gotham grasuje seryjny morderca, a ponieważ morduje ludzi każdego miesiąca w wypadające akurat święto nadano mu przydomku Holiday. Batman wraz z kapitanem Jimem Gordonem i (wtedy jeszcze) prokuratorem okręgowym Harveyem Dentem chce złapać mordercę, a także nie dopuścić do wojny między dwoma rodami mafijnymi (rodziną Falcone i Maroni). Ok, taki krótki opis fabularny powinien wystarczyć.

Teraz chciałbym zaznaczyć, że choć skupię się tutaj na wadach tej powieści graficznej, to wcale nie oznacza, że uważam, że teraz wszyscy powinniśmy spalić swój egzemplarz. Jest w niej parę rzeczy godnych uwagi. Przede wszystkim rysunki Sale'a, no i zajmuje dość ważne miejsce w bat-mitologii - jeśli komuś na tym zależy - The Dark Knight sporo z niej wyciągnął. Ale tak ogólnie, to co najwyżej komiksowy średniak.

Do tej pory naiwnie myślałem, że dominująca opinia na temat tego dzieła z grubsza pokrywa się z moją - teraz widzę, że grubo się myliłem. Trade paperback z tą historią zaliczył już bardzo dużo reprintów, ukazała się nawet wersja hardcover w serii Absolute Edition, a na listach z najlepszymi bat-opowieściami (teraz z uwagi na nowy film Nolana mnóstwo się takich znajdzie) Long Halloween zajmuje zaszczytne miejsca. Nie jestem w stanie do końca zrozumieć jak komiks z tak komiksową (w tym pejoratywnym znaczeniu tego słowa) fabułą może być aż tak ceniony.

Ok, zaczniemy od zagadki kryminalnej. Jeśli wrócicie do recenzji Criminal: The Dead and The Dying to zauważycie, że w komentarzach Krzysiek głosi postulat aby wątek kryminalny traktować jako pretekst do przekazania głębszych treści. Mogę się z tym zgodzić, ale nie można zapomnieć, że jest to też fabularny szkielet tej historii i wypadałoby coś o nim powiedzieć. Tym bardziej, że został przez Loeba koncertowo spartaczony.

Scenarzysta nie pogrywa sobie z nami uczciwie. Zamiast tego serwuje nam mnóstwo poszlak i fałszywych tropów, a kiedy przychodzi czas na rozwiązanie porzuca wszelką logikę. Zagadka w Long Halloween ma dwa rozwiązania (tzn. 2,5, tak jakby). Pierwsze: Alberto Falcone jest Holiday’em, eee... pół: Two-Face mówi, że Holiday’ów było dwóch i drugie: Gilda Dent wyznaje sama przed sobą, że to ona dokonała trzech pierwszych zabójstw (Halloween, św. Dziękczynienia, Boże Narodzenie), a za następne odpowiada Harvey. (A tak zapominałem, Spoilery:)).

No fajnie, tylko problem polega na tym, że każde kolejne rozwiązanie jest głupsze od poprzedniego. Zacznijmy od końca. Dent rzekomo zabił w Nowy Rok, a dowodem na to mają być jego mokre włosy, chociaż miał na głowie kapelusz. Ale ofiarą tego dnia był Alberto, a przecież później okazuje się, że syn Carmine'a żyje. Poza tym, po co Dent miałby zabijać koronera. Co do Gildy, to jej wyznanie jest co najmniej podejrzane, skąd gospodyni domowa miałaby zdobyć broń? W jaki sposób dostałaby się do (prawdopodobnie strzeżonego) domu Johnny'ego Viti (Halloween)? Skąd by wiedziała, gdzie świętują Mickey Sullivan i jego ludzie (św. Dziękczynienia)? Nie wspominając już o tym, jak miałaby się wydostać ze szpitala, gdzie nad jej łóżkiem przez cały czas czuwał mąż? Czy naprawdę mogłaby być lepszym strzelcem niż Milos Grapa (ochroniarz Carmine'a)(Boże Narodzenie)? Albo czy potrafiłaby zastrzelić 5 gangsterów nim sięgną po broń (znów św. Dziękczynienia)? Nie wspominając już o jej motywacji. Poważnie, na razie nie będę o tym wspominał, zostawię to sobie na deser. Tym samym teoria o dwóch Holiday’ach się sypie.

Z proponowanych rozwiązań najbardziej logiczne wydaje się to, w które wierzy Batman - w końcu przydomek World's Greatest Detective do czegoś zobowiązuje - czyli, że Alberto jest Holidayem. Mogło to wyglądać mniej więcej tak: Alberto zabija Johnny'ego (Halloween), bo jego ojciec woli wprowadzić w rodzinny interes zdradzieckiego bratanka niż swojego syna. Podobna motywacja mogła kryć się za zabójstwem Irlandczyków (św. Dziękczynienia). W końcu, kiedy widzi, że ojciec nigdy nie dopuści go do wewnętrznego kręgu, zabija Milosa, głównego cyngla Carmine'a. Dalej, pozoruje swoją śmierć (Nowy Rok) i aby pokazać ojcu swoją wartość rozpoczyna jednoosobową wojnę z Salem Maronim. Koronera (Dzień Niepodległości) zabija, bo ten badał jego rzekome zwłoki, czyli prawdopodobnie wiedział, że żyje. Podobnie, Carla Viti (Roman Holiday - urodziny Carmine'a), została zastrzelona, gdy szperała w aktach koronera. No i mamy rozwiązanie. Carmine i Alberto nareszcie twarzą w twarz. Syn rzuca swoiste: Fuck you dad. I don't love you anymore! Zostanę super-złoczyńcą, żeby zrobić ci na złość, bo wiem, jak bardzo nie lubisz super-złoczyńców, blah, blah, blah, blah, blah. I pewnie wszystko było by ok gdyby nie to, że temu zakończeniu też wiele brakuje do ideału.

Jak się nad tym zastanowić, to o wiele więcej sensu ma teoria, że Alberto nie działał sam. Ktoś musiał mu pomagać, a tym kimś może być tylko Carmine "The Roman" Falcone. Oto kilka poszlak wskazujących na udział Rzymianina: Nowy Rok. Tuż przed "zabójstwem Alberto" Carmine myśli, że tylko jemu może ufać. Podkreślam myśli - jedyny moment w całym komiksie, w którym Loeb wykorzystuje chmurkę. Jeśli mu ufa, to znaczy, że Alberto jednak ma swój kawałek rodzinnego ciasta. Prima Aprilis. Riddler jest jedyną osobą, która przeżyła atak Holiday’a - potem twierdzi, że to dzięki decyzji Rzymianina. Pozostawiając Riddlera przy życiu Carmine pokazał, że sam szuka zabójcy, a tym samym odsunął podejrzenia od swojej osoby. Roman Holiday. Carla ginie w tym samym dniu, w którym zakwestionowała decyzje brata, co do korzystania z usług super-złoczyńców. I najważniejszy dowód. Dzień Matki. W tym dniu zginął rusznikarz, który przygotowywał broń dla Holiday’a. Wydarzyło się to w następujący sposób, Sofia Falcone (córka Carmine'a) zdobyła informacje co do jego miejsca pobytu, a potem natychmiast się tam udała, ale gdy tylko dociera na miejsce rusznikarz już leży martwy, zastrzelony przez świątecznego mordercę. Myśląc logicznie mogło się to wydarzyć tylko w jeden sposób. Kiedy Sofia dowiedziała się o rusznikarzu "poza kadrem" poinformowała o tym Carmine'a, a ten ostrzegł (również "poza kadrem") swojego syna.

A więc sami widzicie, cały komiks jest wypełniony fałszywymi tropami, nielogicznościami, scenopisarskimi oszustwami, które powodują, że wątek kryminalny po bliższym przyjrzeniu się, zaczyna rozsypywać się jak domek z kart.

Zresztą, pisarska niechlujność Loeba zaszkodziła nie tylko zagadce. Zauważył ktoś, że prawie wszystkie epizody tego komiksu "czasowo" zamknięte są w "przestrzeni" jednego dnia (część 1, 2 i 13 są wyjątkami), wychodzą z tego naprawdę niezłe kwiatki. Ivy opanowała umysł Bruce'a w Walentynki i był pod jej wpływem do dnia św. Patryka - to ponad miesiąc. Co w tym czasie działo się z Alfredem? Czy Ivy przez cały czas siedziała w Wayne Manor? Czy poznała sekret Bruce'a? Albo, kiedy Gordon i Dent zaczęli podejrzewać Bruce'a o konszachty z Falconem (Nowy Rok). Pierwszy raz poszli go przesłuchać w Walentynki, a potem już sam Gordon w Dzień Matki. To tak jakby akcja zatrzymywała się na miesiąc, a potem ruszała, kiedy w kalendarzu pojawia się odpowiednia kartka z czerwona cyfrą!

No, ale ok. Zostawię już te szczegóły i przyjrzę się "głębszym treściom" tego komiksu.

Na pierwszy ogień pójdzie "zależność między wzrostem przestępczości a pojawieniem się Batmana". Założyłem, że Krzysiek miał tu na myśli pojawienie się super-złoczyńców w Gotham i w jego komentarzach zażartowałem, że Miller i Mazzucchelli zrobili to samo na jednej stronie w Batman: Year One. No wiecie, chodziło mi o scenę, w której Gordon wyjmuje kartę Jokera i mówi: "My mamy ciebie, oni mają jego" (czy coś takiego). Teraz po reread'zie Halloween'a widzę, że to wcale nie był żart. Jest jedna scena (cz. 3, Boże Narodzenie) kiedy Batman i Gordon idą na spotkanie z Calendar Manem i Gordon zauważa, że od czasu pojawienie się Nietoperza - Arkham jest przepełnione. Do tego dochodzi, jedna czy dwie luźno rzucone uwagi jakiegoś gangstera, że teraz to już nie to samo, bo po mieście biegają same świry. I to w sumie wyczerpuje wątek. Zarówno Batman jak i jego Rogues' Gallery nie sprawiają wrażenia żyjących w symbiozie, po prostu są i już. Nie różni się to niczym od przeciętnego bat-komiksu. Joker i cała reszta mają już swój charakterystyczny modus operandi i zachowują się tak, jakby bawili się z Nietoperzem od lat. Zresztą u Batmana też nie widać braku doświadczenia, a to przecież historia z początku jego kariery. Miller z Mazzucchellim postarali się pod tym względem o więcej niuansów.

Jest oczywiście jeden wyjątek: Harvey "Two-Face" Dent. W Halloween'ie poznajemy origin Two-Face'a i mam do niego kilka zastrzeżeń. Pamiętacie Catwoman w Roku Pierwszym, mogło was śmieszyć, jak Bruce i Selina spotkali się po raz pierwszy (domina, red light district, te sprawy), ale nie da się zaprzeczyć, że tam origin super-przestępczyni został załatwiony bardzo elegancko w swojej prostocie. Miller bardzo szybko pokazuje czytelnikowi, że Selina jest kobieta, którą interesują ekstremalnie mocne wrażenia, a po pojawieniu się Batmana już wie, jak może sobie takie wrażenia zapewnić. Motyw: "bohater sam tworzy swojego wroga", odhaczony. Z Two-Facem nie wyszło to aż tak dobrze. Teoretycznie transformacja następuje w cz. 9 (Dzień Ojca). Harvey oskarżył Bruce'a o współpracę z Falconem, ale sąd uznał, że Wayne jest niewinny. I to niby go złamało: siedzi w ciemnym pokoju, mówi, że prawo jest sprawiedliwe jak rzut monetą, robi się dla wszystkich opryskliwy itd., ale jak się nad tym zastanowić, to zajmował się sprawą Rzymianina od co najmniej dwóch lat, w tym czasie grożono mu, pobito, wysadzono dom, jego żona trafiła do szpitala i ciągle opowiada o tym, jak każdy zbir, którego oskarżają wychodzi wolno po kilku godzinach. Dlaczego więc, aż tak przejął się tą sprawą? Tym bardziej, że Wayne przecież był niewinny. No nie wiem, jeśli Loeb'owi chodziło o to, że Harvey zrozumiał, że świat jest niesprawiedliwy i pełen ironii, bo Thomas (ojciec Bruce'a) ocalił życie młodego Carmine'a, to ja pozostaje niewzruszony. Załamać się, bo kiedyś jakiś lekarz ocalił życie postrzelonemu chłopakowi to trochę dziecinne. Co by nie mówić o nolanowskim Mrocznym Rycerzu ale tam origin Two-Face'a jest zrobiony dużo lepiej.

A co do wątku "okaleczonych rodzin" to rzeczywiście jest tego sporo. Powiedziałbym nawet, że Loeb trochę z tym przegina, bo jest i klasyczny motyw z rodzicami Wayne'a, rodzina Gordona też stara się jakoś przetrwać, chociaż w Gotham będzie im tylko trudniej, no i oczywiście jest rodzina Falcone i Dent'owie. Niestety nic z tego nie jest szczególnie dobrze napisane.

O Harvey'u już trochę napisałem, więc teraz wrócę do jego żony. A więc, jeśli chodzi o Gilde (tak jak obiecałem, tutaj wracam do jej motywacji) to jest taką stereotypową żoną z amerykańskiego przedmieścia, można by powiedzieć - kliszą. Chcę żeby Harvey spędzał więcej czasu w domu, chce zakładać rodzinę, spróbować jeszcze raz z dzieckiem, biały płotek, ogródek itd. Pani Dent opracowała nawet master plan, który ma jej pomóc w realizacji tych diabolicznych celów. Tak z grubsza ma on polegać na tym, że jeśli wybije przestępców, przez których jej mąż ma nadgodziny, to będzie mogła wieść swoje wymarzone życie. Szczegół, że jej mąż jest prokuratorem okręgowym i teraz pewnie będzie miał mnóstwo pracy z jej przestępstwami jakoś jej umknął. Szczerze mówiąc, w super-bohaterskiej literaturze jest pełno tego typu postaci, ale one szybko wdziewają kolorowy kostium, fiksują na punkcie jakiegoś lokalnego bohatera i zaczynają go (ku uciesze czytelników) latami nachodzić. Kiedy postać, która wg autora miała być tragiczna i wzbudzająca zadumę prezentuje takie motywacje to chyba coś jest nie tak?

Jest jeszcze wesoła rodzinka Falcone. Tak teoretycznie to nie mam pretensji do tego całego "tatuś nie kocha nas, tak jakbyśmy chcieli", które prezentują Sofia i Alberto, ale nie podoba mi się nawiązywanie do Ojca chrzestnego, w co drugiej scenie. Podobnie irytują mnie rozmowy Batmana z Calendar Manem, tylko tam znowu jest Milczenie owiec. Ja rozumiem, że jeśli chodzi o mafie i pełną napięcia współpracę między organami ścigania a psychopatycznym seryjnym mordercą, to te filmy są ikoniczne, ale bez przesady - tym bardziej jak się nie potrafi z tego dobrego pastiszu napisać.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o Loeba, teraz jeszcze coś o Sale'u.

Ogólnie to mocno zrzyna z Millera (nie mam tu nic złego na myśli, robi to całkiem fajnie) i z jakiegoś Europejczyka, ale nie wiem kogo - może Pratta.* Nigdy nie byłem dobry w takich porównaniach. Jak już wcześniej pisałem, co ten komiks traci w warstwie fabularnej, w dużej mierze odrabia w artystycznej. Jest tu parę naprawdę świetnych sekwencji. Scena, w której pobili Denta na parkingu... i te spadające panele kiedy traci przytomność i potem znów na następnej stronie, kiedy ją odzyskuje (cz. 1, Halloween). Zmniejszający się obszar okręgu, który rzuca światło lampy podczas przesłuchania Sullivan'a (cz. 2, św. Dziękczynienia), a potem jego wyraz twarzy, kiedy sekwencja przechodzi we flashback. Panel ze zbliżeniem na twarz Riddlera, kiedy Sofia trzyma jego głowę (cz. 7, Prima Aprilis). Kilkustronicowa sekwencja, w której Bruce ucieka przed policją w Crime Alley (cz. 8, Dzień Matki). Za ten ostatni przykład wypadałoby też pochwalić Gregory'ego Wright'a, to w dużej mierze dzięki jego kolorom ta sekwencja jest aż tak efektowna.**

Niestety rysunki Sale mają też parę wad - konkretnie dwie. Pierwsza, to, czasami przesadza z rozkładówkami, rysunkami zajmującymi całą stronę albo małą ilością paneli na stronie. O ile z początku jeszcze można mu to wybaczyć, bo jego rysunki są dość szczegółowe, to z czasem robi się to coraz bardziej widoczne. Niektóre z późniejszych epizodów mają naprawdę niewiele paneli i przez to niewiele historii. Czasami odnosi się wrażenie, że twórcy bardzo usilnie starali się rozciągnąć tą opowieść do 13 zeszytów. Natomiast, jeśli chodzi o 1-o i 2-u stronicowe pin-upy to pamiętam, że kiedyś czytałem, iż założyciele Image Comics z premedytacją wstawiali bardzo dużo tego typu stron w swoich komiksach. Głównym powodem takich praktyk jest oczywiście chęć zysku. Kolekcjonerzy są gotowi słono płacić za oryginalne grafiki tego typu. Trend ten szybko podchwycili inni wydawcy i podobno trwa on do dziś.

Druga wadą Sale'a jest sposób w jaki rysuje Batmana. Nietoperz w jego wykonaniu ma wielki mięśnie, mały szpiczasty nosek, a kiedy nie skrywa się w cieniu czy fałdach swojego płaszcza to wygląda komicznie - trochę jak biegnący kulturysta.*** Bardzo ciekawie jest porównać ten element Halloween'a do ilustracji jego poprzednika, czyli Batman: Year One. Bo jeśli spojrzymy na komiksy wychodzące w okresie jego publikacji to rysunki Sale'a mogą wydawać się subtelne i nastrojowe, ale w porównaniu z Mazzucchellim - i z jego anatomicznie poprawnym Batmanem, który wygląda jak atleta i "porusza się" w sposób realistyczny i niezwykle dynamiczny - superbohaterski-komiks z lat 90-tych nie ma za wiele do zaproponowania.

I właściwie na tym można by było zakończyć, bo chociaż niektórzy (i nie chcę tu wskazywać palcami:)) uważają komiks Millra za skromne intro (rzeczywiście, pod względem objętości, składa się z 4 zeszytów, a nie 13) to jest on pod każdym względem lepszy od The Long Halloween. Da się to porównać do sytuacji kiedy w Hollywood powstaje film, który każdemu się podoba i odniósł spory sukces finansowy. Potem wytwórnia chce nakręcić sequel, ale oryginalni twórcy nie są zainteresowani, więc wynajmuje się gorszego reżysera i scenarzystę, a potem pompują w to kupę kasy, no i wiadomo jaki to daje z reguły efekt.

Ode mnie ocena 2-.

*Googlowałem Superman: For All Seasons i tam rysunki Sale'a przypominają bardziej Herge'a (mówiłem, że zrzyna z jakiegoś Europejczyka), albo może nawet nie tyle go przypominają, co są bardziej ligne claire... ale nie wykluczone też, że po prostu chciał naśladować Bruce'a Timma albo Darwyn`a Cooke`a. No w każdym razie wygląda to naprawdę nieźle, ale założę się, że Loeb spieprzył scenariusz:)

**Kliknij jeśli chcesz zobaczyć moje ulubione sceny.

***Nie to, że uważam, że ten Batman jest znowu jakiś taki tragiczny. Nie przeszkadza mi też tak bardzo popularna w latach 90-tych hiper-muskularna anatomia superbohaterów. Jednym z moich ulubionych bat-rysowników jest Kelley Jones, a on pod tym względem idzie znacznie dalej niż Sale. To pewnie właśnie przez to aż tak go lubię. Jego Batman nie przypomina człowieka, staje się nocną kreaturą z ciałem zasupłanym jak lina, długaśnymi Bat-uszami i epicką peleryną (poważnie, pajęcza sieć McFarlane'a może się schować:)), a przy tym jego rysunki są bardzo figlarne:)

środa, 15 sierpnia 2012

RIP Joe Kubert


12 sierpnia 2012 zmarł Joe Kubert, legenda amerykańskiego komiksu. Miał 85 lat.

Gdybym zaczął wymieniać wszystkie jego dokonania musiałbym ślęczeć przed klawiaturą przez cały dzień. Zamiast tego zalinkuje do The Comics Journal, gdzie wczoraj zamieścili wywiad z Kubertem. Warto przeczytać.

Wywiad oryginalnie ukazał się w papierowym TCJ #172 z listopada 1994 roku.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Hang the blessed DJ! Because the music that they constantly play, it says nothing to me about my life

Hej! Pamiętacie jak jakiś czas temu zarekomendowałem podcast WTF with Marc Maron (jeśli nie, to zjedźcie na dół strony, albo kliknijcie tutaj). Dzisiaj zrobimy coś podobnego, tylko tym razem będzie krócej, bo ciężko mi się myśli z uwagi na upały.

No, więc, znalazłem bloga prowadzonego przez jakiegoś kolesia (nazywa się chyba, Erik Carlson [koleś, nie blog {blog nazywa się Bibliodiscoteque}]). No i ten blog - jak wiele innych - jest o książkach, komiksach, itd. Ale główną atrakcja, jaką tam znajdziecie jest podcast, w którym nasz niezmordowany blogger przedstawia wymyślone przez siebie soundtracki do swoich ulubionych książek (albo ogólnie do twórczości swoich ulubionych autorów). Fajny pomysł, prawda? Chyba każdy kiedyś o tym myślał. Na przykład mam kolegę, który mówił mi, że lubi zapuszczać Manowar jak czyta Conana.

Ostatni podcast jest o Go-Go Girls of the Apocalypse Victora Gischlera (Gischler jest autorem pulpowych kryminałów, pisze też scenariusze do komiksów z wydawnictwa Marvel Comics), a poza tym znajdziecie tam soundtrack do HATE (opus magnum Petera Bagge'a), a także ścieżki dźwiękowe do twórczości Philipa K. Dicka, Jamesa Ellroya i innych. Na blogu jest też coś, co nazywa się X’ploitation X’plosion X’perience, stosunkowo nowy feature, w którym wymyślają soundtracki do nieistniejących filmów typu grindhouse.

OK! Teraz pewnie domyślacie się, jaka muzyka króluje na tym blogu. Dużo rock'n'rola, rockabilly, psychobilly, punka, garage rocka, trochę indie i alternatywy (w skrócie: soundtracki z filmów Tarantino). Nie jest to może zawsze muzyka idealnie dopasowana do konkretnego autora czy książki, ale przynajmniej jest zabawna i wpada w ucho:) Jak nie macie pomysłu, co wgrać na iPoda to... Ha! iPoda, dobre. Czy ktoś w ogóle ma iPoda. Ja i wszyscy moi znajomi mamy jakieś gówniane odtwarzaczu MP3. Może posiadacze iPodów to takie mityczne stworzenia jak np. Wielka Stopa, Nessie, jednorożce, użytkownicy Linuksa, posiadacze Maców albo dziewczyny, które czytają komiksy. Tzn. kiedyś poznałem jednego kolesia, który niby miał Linuksa, ale jak go spytałem o jakieś gry to powiedział: "Na Linuksie nie ma gier, to jest system dla poważnych ludzi". "Nie ma gier", akurat. Pewnie wcale nie miał Linuksa tylko kłamał, bo nie chciał mi zadnej gry włączyć, douchebag jeden. Hmm... a co do dziewczyn czytających komiksy to w sumie znałem jedną w podstawówce. But I digress. The message here is...

Don't be a square, and go to the Bibliodiscoteque.