czwartek, 20 września 2012

Sound and Vision 20.09.12 (Killing it... with Jokes: Patrice O'Neal, Anthony Jeselnik, Stewart Lee, Alan Moore)

Ostatnio było o zabójczych żartach, a dzisiaj kontynuujemy ten wątek...

Może zacznijmy od Patrice'a O'Neala? O'Neal to amerykański komik, który zmarł w listopadzie 2011 roku, miał 41 lat. Jak często bywa w takich przypadkach - chociaż O'Neal nie był super-sławny jego nagła śmierć była dla amerykańskiego stand-upu sporym ciosem, zwłaszcza dla komedii mającej obrażać, bulwersować i bawić się z publicznością w okrutne psycho-gierki. Tak jest, O'Neal był współczesnym mistrzem tego typu zagrywek. W swoich występach mówił o kobietach, rasizmie i polityce, poruszając te sprawy w taki sposób, że zrywało z widza ciepły kocyk (Charles Schulz reference! High five! Anyone?) politycznej poprawności i zmieniało (znaczy się... eee, tego widza) w małego, słodkiego, trzęsącego się jelonka, który stoi na środku drogi, i patrzy tymi swoimi wielkimi, smutnymi oczętami jak w jego stronę zbliża się wielka, osiemnastokołowa ciężarówka. Uciekaj mały jelonku, uciekaj. Dlaczego nie uciekasz? Eeeetam, chyba nie ucieknie.

...a oto dowód: HBO One Night Stand 63 z 2005 r.


...jest jeszcze Elephant In The Room (godzinny special wyemitowany na Comedy Central w 2011) (część 2, część 3, część 4). (Moim zdaniem ten wstęp nie jest tak fajny jak One Night Stand, ale momenty są).

Jeśli jesteś osobą, której nie cieszy figlarna subtelność O'Neala. Jeśli preferujesz czarniejszy odcień czarnego humoru i klasyczne dowcipy może ci się spodobać stand-up Anthony'ego Jeselnika. Dla mnie, osobiście, jego komedia jest trochę nierówne, raz wchodzi lepiej, raz gorzej (utwory z Shakespeare, jego albumu, są na tubie, więc możecie przekonać się sami), ale zaliczył parę występów w Celebrity Roast, a tam takim komediowym ekstremizmem można szybko i skutecznie sterroryzować publiczność i sławnych gości:

Comedy Central Roast of Donald Trump (2011).



Celebrity Roast to taki program, w którym grupa mniej lub bardziej znanych celebrytów zbiera się, aby upiec i zjeść jednego/jedną z nich, ale przedtem, przez jakąś godzinę, się nawzajem obrażają. (Mam nadzieje, że kiedy piszę te słowa, TVN finalizuje rozmowy odnośnie zakupu licencji:)).

Jeselnik wystąpił też w Comedy Central Roast of Charlie Sheen (2011), ale nigdzie nie mogłem znaleźć dobrej jakości klipu.

Ok, po tym wszystkim fani Kabaretu Starszych Panów pewnie mówią sobie, że komedia umarła, a ludzie, których martwi chamstwo w polskich mediach mogą się pocieszyć, że w Stanach jest gorzej - czyli obowiązki misyjne spełnione. A zatem przenieśmy się na wyspy Albionu, gdzie legendarny brytyjski komik Stewart Lee przeprowadza wywiady z legendarnym brytyjskim scenarzystą komiksowym Alanem Moorem.



Na koniec jeszcze niedoceniona perła angielskiego humoru:

The Mindscape of Alan Moore (2003) reż. DeZ Vylenz


P.S. Jak pisałem o tym jelonku, to przypomniał mi się ten klasycznych "dowcip" Louisa Szekely'a:)

piątek, 14 września 2012

You must destroy all your comic books before it's too late!! #2

Batman: The Killing Joke: The Deluxe Edition: Alan Moore (scenarzysta, "The Killing Joke"), Brian Bolland (scenarzysta, "An Innocent Guy"), Brian Bolland (artysta), Richard Starkings (litery, "The Killing Joke"), Ellie DeVille (litery, "An Innocent Guy"), Denny O'Neil, Mark Chiarello, Bob Harras (edytorzy), Brian Bolland (okładka). 64 s, 2008, DC Comics, ISBN13: 9781401216672.

Batman stworzony przez Billa Fingera i Boba Kane’a

"The Killing Joke" oryginalnie wydano jako one-shot/ogn:
Batman: The Killing Joke 1988, DC Comics

"An Innocent Guy"* oryginalnie wydano w czerni i bieli w formacie zeszytowym:
Batman Black and White #4 1996, DC Comics


Dzisiaj bierzemy na tapetę kolejną klasyczną historię z Batmanem, tym razem będzie to Batman: The Killing Joke. Niespełna 50-stronicowy one-shot (albo, jak kto woli graphic novel) z 88 roku z miejsca stał się ważnym punktem w bat-mitologii - i do tego prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnym. Krytycy, powołując się na sceny tortur Barbary Gordon i jej ojca, uznają go za wzorcowy przykład, panoszącej się w superbohaterskim komiksie, mizoginii i mizantropii. Zwolennicy natomiast chwalą zhumanizowanie Jokera i sugestywne przedstawienie podobieństwa i więzi między Mrocznym Rycerzem a Błazeńskim Księciem Zbrodni. Ale dziś możecie zapomnieć o tych wszystkich bredniach propagowanych przez liberalne media, bo dziś wreszcie poznacie prawdę o The Killing Joke.

A prawda niestety jest taka, że nie jest to za dobry komiks o Batmanie. W sumie trochę szkoda, bo od strony formalnej wszystko jest super. Alan Moore to jeden z najlepszych scenarzystów jacy pracowali w amerykańskim, komiksowym mainstreamie (osobiście powiedziałbym, że najlepszy). Podobnie Brian Bolland, w tamtej dekadzie nie miał sobie równych pod względem skrupulatnej, pełnej detali kreski, a także odwzorowania języka ciała i mimiki twarzy. Z resztą, co ja mówię "w tamtej dekadzie" teraz też nie ma! (To, że po narysowaniu tej historii przerzucił się prawie kompletnie na okładki jest sporą stratą dla anglosaskiego komiksu). Właściwie, mamy tutaj skondensowaną próbkę olbrzymiego talentu, jaki drzemie w tych panach - niestety mamy też sporo mniej lub bardziej kontrowersyjnych treści.

I tak po kolei. Zarzuty o mizoginizm i mizantropię są w miarę zasadne i nie wydaje mi się, żeby dało się ten komiks przed nimi sensownie wybronić. Co do originu Jokera, to prawdę mówiąc nie jestem zbyt wielkim fanem. Tzn. ten origin jest dobrze napisany, pasuje do opowiadanej historii i rzeczywiście tworzy coś na kształt człowieczeństwa dla postaci, ale nie jestem przekonany, że Joker czegoś takiego potrzebuje. Nawet jeśli potrzebuję, to fajnie by było, żeby coś z tego wynikało, bo tutaj ta cała humanizacja jest wykorzystana tylko po to, by dać Jokerowi pretekst do (prawdopodobnie zgwałcenia i) wysłania Batgirl na wózek inwalidzki, a także ośmieszania i znęcania się nad Jimem Gordonem. Staje się to oczywiste, kiedy Joker wyznaje, że zawsze inaczej pamięta swoją przeszłość. Po czymś takim jego flashbacki da się interpretować tylko jako maniakalne wizje, którymi usprawiedliwia i motywuje swoją nagłą chęć pokazania światu, że każdego, nawet najbardziej prawego i porządnego obywatela można złamać i zmienić w śliniącego się wariata.**

Ale szczerze mówiąc te wszystkie rzeczy mi aż tak bardzo nie przeszkadzają. (Motyw z originem wielokrotnego wyboru jest nawet całkiem sprytny). Moim zdaniem największą wadą tego komiksu jest zakończenie. The Killing Joke kończy się tak jakby twórcy powiedzieli sobie: Ok, okaleczyliśmy tą rudą zdzirę***, staremu piernikowi też się dostało, a z ważnymi postaciami już nic więcej nie pozwolą nam zrobić - no, to napisze się jeszcze żart, który to jakoś wyjaśni, potem fade-out kamery i koniec. Zdaje sobie sprawę, że dla wielu osób to zakończenie jest kultowe. To właśnie w tym momencie objawia się przed nimi prawda o szaleństwie Batmana, oraz to, że razem z Jokerem stanowią dwie strony tej samej monety, itd. Ja się z takim podejściem za bardzo nie zgadzam, bo po pierwsze, w 1988 przedstawianie Batmana jako osoby niezrównoważonej psychicznie nie było niczym oryginalnym. (Stopniowe umrocznienie komiksów, które miało miejsce w tamtej dekadzie sprawiło, że nim The Killing Joke się ukazał ten trop już dawno znalazł się w arsenale ówczesnych komiksowych scenarzystów). A po drugie, to jak Moore przedstawia szaleństwo Batmana nie jest do końca zgodne z przyjętymi standardami (zdaję sobie sprawę, że pisanie o standardach przedstawiania fikcyjnej postaci z komiksów jest śmieszne, ale whateve... jak już jestem geekiem, I might as well act like one). Niewykluczone, że Moore chciał dodać tej części nietoperzej osobowości trochę niuansów, ale nie specjalnie mu to wyszło. Jakby ktoś nie wiedział, komiks kończy się sceną, w której Batman oferuje pomoc Jokerowi, a ten odpowiada, że to nie ma sensu, bo i tak się nie zmieni. Potem opowiada swój dowcip i oboje (On i Batman) zaczynają się głośno śmiać. Problem z tą sceną nie polega na tym, że Batman okazał Jokerowi sympatię. (Chociaż przypuszczam, że to może wzbudzać w czytelnikach wątpliwości, zwłaszcza, kiedy na poprzednich stronach byli świadkami dokonań złoczyńcy). Tak naprawdę dziwny w tej scenie jest śmiech Nietoperza. To sugeruje, że w tym właśnie momencie Batman zrozumiał jak bardzo irracjonalna jest jego walka ze zbrodnią, ostatecznie pękł i oddał się drzemiącym w nim demonom. Ktoś mógłby spytać, co niby w tym takiego złego? Ano to jest właśnie to odejście od standardu przedstawiania Batmana, o którym wcześniej wspomniałem. Batman jest całkowicie niezdolny do zrozumienia bezsensowności swojej misji. Właśnie w ten sposób manifestuje się jego szaleństwo. W życiu prywatnym jest milionerem (właściwie, to teraz chyba już miliarderem, wiadomo - inflacja, miliony już na nikim nie robią wrażenia) tak naprawdę bardziej pomógłby społeczności Gotham jako filantrop udzielający się charytatywnie, zapewniając miejsca pracy i polepszając standard życia zwykłych obywateli. Albo uratowałby setki ludzi, gdyby po prostu skręcił kark Jokerowi. Ale on woli biegać po mieście przebrany za nietoperza i zamykać swojego arcy-wroga w Arkham, skąd ten w końcu ucieknie i zabije kolejnych niewinnych ludzi. Tak właśnie funkcjonuje Nietoperz. Na granicy wizjonerstwa i szaleństwa, co jakiś czas zbliżając się do którejś ze stron. Takie wypchnięcie go na jedną z nich, które robi tu Moore nie jest głupim pomysłem, ale bez pokazania nam konsekwencji tego wydarzenia to zakończenie staje się nieuczciwe, a sam komiks serią szokujących wydarzeń pozbawionych głębszych treści.

To jak będzie, 2, 2-...? Nie! No pewnie, że nie - to w końcu komiks Alana Moora.

Ok i tu będzie nagły zwrot akcji, bo wg mnie można ten komiks zinterpretować inaczej. Tak naprawdę to wyjątkowo subtelna krytyka superbohaterskiego komiksu lat 80, i to komiksu nie byle jakiego, bo chodzi tu o ten najbardziej ceniony. No wiecie, o ten, o którym się mówi, że zmienił superbohaterów z mało wyrafinowanej rozrywki dla dzieci w coś inteligentnego, co może być śmiało czytane przez dorosłych. (To znaczy, to może nawet nie jest krytyka The Dark Knight Returns czy Watchmenów, tylko takiego właśnie podejścia do tych komiksów. W końcu w owym czasie starzejący się fani pewnie byli w niebo wzięci, że komiks trafił na salony i nie trzeba rezygnować z dziecinnego hobby). Dodatkowym smaczkiem jest udział Alana Moore'a, bo to daje nam akcję w stylu: ojciec (albo, jak kto woli, jeden z ojców) tzw. inteligentnego super-hero komiksu sam niszczy koncept, który stworzył.

Pozwólcie, że to wyjaśnię. Formalnie The Killing Joke to niemalże 13 zeszyt Watchmenów. Wystarczy spojrzeć na twórców tego dzieła:

Alan Moore - wiadomo.

Brian Bolland to nie Dave Gibbons, ale właściwie całkiem blisko, oboje są Brytyjczykami, a do tego oboje są przyjaciółmi, którzy zaczynali karierę w tym samym czasie i miejscu (magazyn 2000AD). Ich style trochę się różnią, ale mają też wiele cech wspólnych.

John Higgins**** (również artysta wywodzący się ze szkoły 2000AD) - kolorysta Watchmenów jakby ktoś nie wiedział. Powiem więcej, szara eminencja tamtego klasycznego tytułu, bo czy ktoś wyobraża sobie przygody Rorschacha bez bijących po oczach różów i pomarańczy.

Oczywiście na ponownym skompletowaniu watchmenowskiej ekipy się nie skończyło. Storytelling The Killing Joke też jest jawnym nawiązaniem do Strażników: dziewięć paneli na stronie, podobny ruch kamery na początku i końcu historii, przechodzenie od sceny do sceny za pomocą podobnie skomponowanych paneli lub gierek słownych, duża ilość - jak na komiks - tekstu. Nie wspominając już o atmosferze opowieści: całe mnóstwo of the good ol' ultra-violence i degradacja bohaterów pozytywnych. Tak jak powiedziałem: niemalże 13 zeszyt Watchmenów.

Co więc się stało, że ludzie, którzy, jak dobrze wiemy, z tych samych składników byli w stanie stworzyć klasyka gatunku, tutaj zawiedli? Czy było to po prostu potknięcie mistrza, czy coś więcej? Wróćmy jeszcze raz do zakończenia The Killing Joke. A co jeśli w ostatniej scenie (przypominam, Batman oferuje Jokerowi pomoc, szansę na zmianę, na lepsze życie, wyrwanie się ze spirali przemocy, a ten odmawia i oboje zaczynają się z tego śmiać, jak z głupiego, zrozumiałego tylko dla nich dowcipu), to nie Batman oferuje Jokerowi pomoc? Co jeśli to sam Alan Moore (no wiecie jak Grant Morrison w Animal Manie... tylko nie tak dosłownie, z narysowaniem scenarzysty i całą tą szopką), a wraz z nim jego inteligentny super-hero komiks, zmiana status quo i logiczne rozwinięcie historii? A co jeśli po chwili Moore sam zaczyna się śmiać z tego pomysłu, bo wie, że tak jak DC nie miało problemu żeby spuścić go ze smyczy, kiedy pisał o postaciach wzorowanych na bohaterach Charlton Comics - to kiedy ma do czynienia z jednym z najcenniejszych trademarków DC Comics, Inc./DC Entertainment/Warner Bros. Entertainment/Time Warner już tak fajnie nie będzie? Co jeśli tak naprawdę superbohaterski komiks dla dorosłych różni się od wer. dla dzieci tylko tym, że w jednym złoczyńca co dwa nr. próbuje podbić świat za pomocą - no nie wiem - urządzenia, które kontroluje pogodę, a w drugim ten sam złoczyńca co dwa nr. torturuje, okalecza i morduje bliskich bohatera? Co jeśli w obu przypadkach nie kryją się za tym żadne głębsze przesłania? Co jeśli chodzi tylko o szokowanie i epatowanie brutalnością? Co jeśli fanom to w zupełności wystarcza? What then, fanboys? I nie macie teraz wrażenie, że cały mityczny progres gatunku, który miał miejsce w ejtisach, to właśnie ten tytułowy "zabójczy żart"?*****

No i jak tu ocenić taki komiks? Ano trzeba dać 4 oczywiście, w końcu to szczera prawda. A sami wiecie jak to jest z prawdą: rien n'est beau que le vrai, le vrai seul est aimable.

*W tej recenzji skupię się na The Killing Joke. An Innocent Guy jest pokolorowanym shortem, który Bolland oryginalnie napisał i narysował dla pierwszego vol. Batman Black and White z 1996 r. (chyba kiedyś Semic to u nas wydał). Historyjka jakich w antologiach znajdziecie mnóstwo, po prostu kilkustronicowy żart, w miarę śmieszny i ładnie narysowany, ale nic nadzwyczajnego.

**Tak na marginesie, pomimo moich pretensji do originu to uważam, że jest to jedna z najlepszych interpretacji tej postaci. To nie do końca prawda, że ten Joker jest tylko mroczny i straszny. Moore bardzo zgrabnie łączy tutaj różne, czasami skrajne wersje postaci. Ja np. widzę tutaj bardzo dużo z kampu lat 60-tych i aktorskich popisów Cesara Romano. Joker jest tu bardzo śmieszny, sypie głupimi żartami na prawo i lewo, co jakiś czas akcentując je mocnym/mrocznym punchlinem, a w jednym momencie nawet śpiewa piosenkę o wyższości szaleństwa nad poczytalnością. Jeśli ktoś nie jest obeznany w komiksach, a był pod wrażeniem charyzmy i magnetyzmu Ledgera w Dark Knighcie, to polecam przeczytać tą historię. Zobaczycie sobie skąd się wzięła ta postać.

***Alan Moore w wywiadzie dla www.wizarduniverse.com zwierzył się, że coś takiego powiedział Len Wein, ale niewykluczone, że Bard z Northampton się pomylił, bo współtwórca Swamp Thinga (a obecnie scenarzysta Before Watchmen: Ozymandias i Curse of the Crimson Corsair) akurat przy tym komiksie z Moorem (jako edytor) nie współpracował… Ale z drugiej strony, kto wie co się tam działo? Link.

****Wydanie, które mam zostało ponownie pokolorowane i "poprawione" przez Bollanda. Angielski rysownik podobno nigdy nie był zadowolony z pracy Higginsa i z ograniczeń technicznych, z jakimi borykali się koloryści w latach 80-tych. Link.

*****Oryginalnie chciałem tutaj napisać parę słów o tym, jak dalej potoczyła się kariera Moorea. Byłoby o tym, że to jego ostatni komiks dla DC (tak jakby) i ostatnia dekonstrukcja archetypu superbohatera (tak jakby), i że on to wszystko ze szczegółami przemyślał i zaplanował, ale wtedy zrobiłby się z tej recenzji jeszcze większy SyFy, niż w wer. obecnej. Prawda jest taka, że na pewno tego nie zaplanował, a The Killing Joke to najprawdopodobniej gówniany komiks z Batmanem, który zupełnie przypadkiem całkiem trafnie krytykuje ejtisowy i post-ejtisowy "inteligentny" super-hero komiks. C'est la vie, amirite?:)

środa, 5 września 2012

Quick and to the Pointless 05.09.12

Dzisiaj tylko szybko parę linków (linków do linków do linków do...).

Kultowy znaczek Comics Code.
Tom Spurgeon na swojej stronie (The Comics Reporter) zamieścił linki do transkryptów oraz plików audio z przesłuchań podkomisji Senatu Stanów Zjednoczonych w sprawie przestępczości wśród nieletnich z 1954 r. (1954 United States Senate Subcommittee on Juvenile Delinquency). Komisja zajmowała się wpływem ówczesnych amerykańskich komiksów na dzieci i młodzież. Przesłuchiwani byli m.in. przedstawiciele wydawnictw (Marvel Comics, DC Comics, EC Comics itd.), artyści (jak chociażby Milton Caniff), a także niesławny dr Fredric Wertham (autor Seduction of the Innocent). Medialny szum wokół przesłuchań doprowadził do powstania Comics Magazines Association of America, Inc. (to ci od znaczka Comics Code Authority) i w konsekwencji samo-cenzury amerykańskich komiksów.

Transkrypty pochodzą ze strony Jamiego Coville'a i jeśli interesuje was historia amerykańskiego komiksu, to zdecydowanie warto tam zajrzeć.

Wracając jeszcze do The Comics Reporter Toma Spurgeona. Jeśli ktoś nie kojarzy tej stronki, to też polecam. Spurgeon prowadzi poważną stronę o komiksach, na której znajdziecie newsy, recenzje i świetne wywiady, a przy tym sięga znacznie, znacznie głębiej niż superbohaterski mainstream. Można tam też znaleźć mnóstwo fajnych linków - np. do tego bloga ze skanami rysunków Kuberta.

Obczajcie okładkę do Nieznanego Żołnierza #247 z 1981.