sobota, 13 października 2012

Freddy vs. Jason vs. Ash vs. Michael vs. Pinhead vs. Pennywise vs. Chucky vs. the Vampire Motorcycle from that vampire motorcycle movie vs. Zombies vs. Xenomorphs vs. Deadites vs. Cenobites vs. Critters, because they're cooler than Gremlins vs. the flying Piranhas from James Cameron's Piranha II: The Spawning vs. Lubię długie tytuły vs. Candyman, Candyman, Candyman, Candyman, Candyman vs. Hmm, może Beetlejuice? - recenzja "The Cabin in the Woods"

The Cabin in the Woods (2011) reż. Drew Goddard, pol. tyt. Dom w głębi lasu, IMDb
Nie wiem jak wy, ale ja poszedłem w tym roku parę razy do kina i obejrzałem parę filmów i pomyślałem sobie, a może by tak napisać coś o nich na swoim blogu, póki coś jeszcze o nich pamiętam. No i w ten oto sposób dochodzimy do recenzji The Cabin in the Woods, którą właśnie czytacie. O czym jest The Cabin in the Woods? Odpowiedź jest bardzo prosta: The Cabin in the Woods to film z gatunku slasher horror, który uczy nas, że filmy z gatunku slasher horror tak naprawdę nie są filmami z gatunku slasher horror, a właściwie to wcale nie są filmami, tylko rytualnymi ofiarami składanymi okrutnym, prastarym bogom w celu przedłużenia egzystencji gatunku ludzkiego... taaa, o tym mniej więcej jest ten film. Brzmi trochę głupio, prawda? OK, nie będę nawet próbował podchodzić do tego wątku z rytualnymi ofiarami. (To zadanie dla młodych studentów filmoznawstwa pełnych energii i entuzjazmu dla X muzy, może oni wywnioskują z tego coś, co nie jest pretensjonalne, albo głupie, albo pretensjonalne i głupie). Zamiast tego zajmę się innymi elementami tego filmu.

Jak pewnie już zauważyliście Cabin nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, w przeciwieństwie do prawdziwych krytyków i ogółu społeczeństwa, których film Goddarda raczej usatysfakcjonował. Ale to nie znaczy wcale, że nie można znaleźć ludzi kręcących nosem, np. Arek Szpak napisał całkiem dobrą recenzję, z którą w większości się zgadzam. No właśnie, "w większości". Jest parę drobiazgów, o których myślę inaczej. I tak, Arek uważa, że twórcy Cabin nakręcili film, który lekceważy wartości gatunku, może nawet okazuje mu ostracyzm, a ja myślę, że jest wręcz przeciwnie. Drew Goddard i Joss Whedon zachowali się jak najprawdziwsi fani i przepełnieni fanowską miłością, stworzyli dzieło wybitnie fanowskie skierowane do prawdziwych fanów (czyt. za 30 milionów $ nakręcili internetowego fanfica).

To wszystko da się porównać do sytuacji z fanami Metalliki, dla których okres z Cliffem Burtonem jest tą prawdziwą Metalliką. Dla Goddarda i Whedona "okresem z Cliffem Burtonem w składzie" jest ejtisowy paranormalny horror w stylu Hellraisera, Evil Deadów (powiedziałbym, że ten film, w bezpośredni sposób, najbardziej nawiązuje do tych dwóch klasyków, ale jest tu tyle innych nawiązań, że, prawdę mówiąc nie jestem pewien) czy Nightmare'ów, a oczywiście obecny "okres z Robertem Trujillo" to współczesna inkarnacja slashera zwana pieszczotliwie torture porn. I właśnie dlatego, w scenach, które wszyscy z tego filmu zapamiętamy najlepiej, widzimy jak armia horrorowych potworów z lat 80-tych masakruje bohaterów współczesnego torture porn. No, bo przecież ci wszyscy technicy i żołnierze są jak z torture porn. Podobnie jak Jigsaw z Saw zamykają grupę nastolatków w wymyślnej "pułapce" w celu ratowania/polepszania świata. (Oni dosłownie, a Jigsaw poprzez pokazywanie rozpieszczonej młodzieży, jak bardzo nie doceniają życia). Można też ich porównać do wschodnioeuropejskiej mafii z Hostel, która żyła z zapewniania rozrywki chorym kapitalistom. (W Cabin zamiast szukających wrażeń biznesmenów mamy, wspomnianych już, the Ancient Ones). Innym mało subtelnym atakiem na współczesny slasher jest oczywiście zakończenie, gdzie nasi zuchwali bohaterowie odrzucają klasyczną już postawę Final Girl/Boy/Person, czyli pragmatyczne wyparcie się lub tymczasowe zduszenie w sobie człowieczeństwa w celu przetrwania. Oczywiście, wszystko to nie przekreśla od razu całego filmu, w końcu bywa, że fanfici profesjonalnych twórców całkiem zgrabnie się udają (patrz: The League of Extraordinary Gentlemen - komiks, nie film), ale w przypadku Cabin wyraźnie widać, że Whedon i Goddard nie wszystko do końca przemyśleli (albo przemyśleli wszystko za bardzo).

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest to, że twórcy zdecydowanie spóźnili się ze swoją krytyką współczesnego horroru. Torture porn jako gatunek/podgatunek powoli kona od... ja wiem, jakichś pięciu lat. Ok, wziąłem tą liczbę z powietrza. Tak naprawdę, nie mam pojęcia, jak długo już trwa ten proces, ale chyba każdy fan zdaje sobie sprawę, że jesteśmy w okresie przejściowym. Tak jak kiedyś high schoolowe slashery spłodzone przez cravenowski Scream zostały wyparte przez torture porn, tak teraz czekamy na kolejną ewolucję w gatunku. Kto wie, może nastał czas fanowskich meta-horrorów, ale jeśli mają być na poziomie Cabin, to ja chyba podziękuję, bo coś takiego znudzi mi się szybciej niż kolejne odcinki Saw.

Kolejnym znacznie poważniejszym problemem jest, po co ograniczać krytykę tylko do torture porn? Łatwo zauważyć, że nie jest to podgatunek, który wziął się znikąd, a jego prawdziwe korzenie są gdzieś tam w klasyce horroru. W takiej sytuacji, jeśli ktoś chce być konsekwentny, to powinien spruć sweter do końca i całkowicie zbesztać horrory, ale Whedon i Goddard nie są tym za bardzo zainteresowani. Chociaż wyraźnie widać, że zdają sobie sprawę z tego, że to, co przeszkadza im w torture porn (sposób przedstawiania kobiet, zidiocieli bohaterowie, itd.) można spokojnie podpiąć pod ich ukochany ejtisowy horror, ale w filmie, kiedy co jakiś czas trzeba się konfrontować z tymi faktami, jest to przez twórców bagatelizowane, a ostrze krytyki pozostaje skierowane przede wszystkim pod adresem współczesnej inkarnacji gatunku. Dobrym przykładem tego braku konsekwencji są postacie głównych bohaterów. Mięśniak (Chris Hemsworth) jest dobrym studentem, zdzira (Anna Hutchison) nie jest naturalną blondynka, inteligent (Jesse Williams) jest dobrym sportowcem. Twórcy chcą pokazać, że ci ludzie nie wpisują się w horrorowe klisze, ale co z tego skoro zdzira przez większość filmu wygląda, zachowuje się, i w końcu nawet umiera jak slasherowa zdzira (z cyckami na wierzchu). Mięśniak i inteligent też zaliczają wszystkie stereotypy. (Zabijają nawet jednego murzyna [Brian White]). A więc jaki jest sens pokazywania głupoty horror-klisz skoro pisząc scenariusz Whedon i Goddard stają na głowie, żeby każdą z nich w najdrobniejszych szczegółach zaliczyć i od początku do końca dać filmowi slasherową strukturę.

To w konsekwencji powoduje, że widz (mówiąc "widz" mam na myśli siebie) odbiera to dzieło na dwa sposoby, jako film fanowski - ale stworzony przez fanów starej daty, którzy jak zwykle myślą, że to co było kiedyś, jest lepsze od tego, co mamy dzisiaj - albo jako film dekonstrukcję gatunku, co podobno było zamiarem twórców. Problem z pierwszą interpretacją jest dość oczywisty. Takie podejście do horrorów, a właściwie do czegokolwiek, jest po prostu głupie. Horror prawie zawsze jest chujowy. W latach 80-tych większość filmów też była gówniana, a to, że wtedy powstało więcej klasyków niż przez ostatnie 10 lat, nie wynika z tego, że współcześni reżyserzy odrzucili ideały i wartości dawnych mistrzów, tylko po prostu kiedyś wśród ludzi, którzy je kręcili było więcej wybitnych jednostek. Natomiast, jeśli chodzi o tą całą dekonstrukcję, to jest ona zrobiona w jeden z najbardziej leniwych i płytkich sposobów, jakich się tylko dało, bo sprowadza się do wciśnięcie każdego gatunkowego stereotypu, jaki twórcy zdołali zmieścić w 90 minutach filmu, podkreśleniu go dwa razy i podpisaniu - specjalnie dla niekumatego widza - "horrorowy stereotyp", jednocześnie nie siląc się na powiedzenie czegoś odkrywczego o gatunku. Jeśli to ma być rewitalizacja horroru to bracia Waynes zrobili to samo 12 lat temu... tylko bez mądrzenia się i popisów erudycji.

Ok, stop! Rating time! Będzie 2, dałbym niżej, ale Richard Jenkins i Bradley Whitford są zajebiści w tym filmie. Jest też fajna scena, kiedy ćpun (Fran Kranz) czyta Little Nemo in Slumberland Winsora McCay'a (klasyczny, amerykański, gazetowy strip z początku XX wieku i nr 5 na Top 100 Comics list opublikowanej przez The Comics Journal w 1999) tzn. w sumie to nie jest żadna super scena i sam osobiście nigdy nie czytałem Little Nemo, ale oglądając film miałem radochę, że zaczaiłem smaczek. Ha! Pewnie właśnie na taką reakcję liczyli twórcy szpikując ten film tymi wszystkimi nawiązaniami.

2 komentarze:

Ania pisze...

haha genialny tytuł, naprawdę, sposób działania twojego "mózgu" jest zadziwiający ;)))

co do recenzji, bardzo miłe wprowadzenie do czekającego mnie już w ten weekend enemefa z filmami grozy

ciekawe czy będę w stanie myśleć o dekonstrukcjach umierając jednocześnie ze strachu, bo jakby nie patrzeć nienawidzę horrorów xd

Daniel Muszyński pisze...

Dzięki, fajnie, że cię tytuł rozbawił.

Wyjątkowość działania mojego mózgu polega na tym, że bardzo rzadko działa tak jak powinien :)

Jeśli chodzi o pochodzenie tytułu posta, to jest on nawiązaniem do kilku rzeczy, ale przede wszystkim do czasów licealnych, kiedy to wraz z kumplem włóczyłem się po mieście (i okolicach) i gadaliśmy o różnych głupotach. Między innymi wymyśliliśmy The Expendables zanim ten film powstał, co tak naprawdę nie jest żadnym nadzwyczajnym osiągnięciem, bo każdy nastolatek wymyślił The Expendables zanim ten film powstał. Wymyśliliśmy też horrorowe The Expendables, które z grubsza polegało na tym, że Michael Myers z Halloween, Jason Voorhees z Friday the 13th, Freddy Kruger z Nightmare'ów, Pinhead z Hellraisera i Damian z Omena jeździł sobie w samochodzie z Christine, a dalej juz nie trzeba było nic wymyślać, bo film kręci się sam. Ach, stare dobre czasy :)

No nic, życzę powodzenia z horrorowym weekendem. Ja sam jestem raczej fanem filmów grozy, ale czasami też mam dosyć i wtedy pomaga mi muzyka. Polecam, zwłaszcza: The Mountain Goats, How To Embrace A Swamp Creature albo Michael Myers Resplendent (Helena i Monster Mash tez sie sprawdzają :))

Pozdrawiam.