środa, 28 listopada 2012

One Step Beyond - recenzja "Prometheus"

Prometheus (2012) reż. Ridley Scott, pol. tyt. Prometeusz, IMDb
Będę spojlował. A co, film był dawno i wszyscy widzieli.

Ok, zanim przejdziemy do konkretów będzie trochę kontekstu. Osobiście nie byłem przygotowany na Prometeusza - tzn. nie chodzi o to, że nie znam świata stworzonego  przez Scotta. Wręcz przeciwnie, dawniej oglądałem i ekscytowałem się wszystkimi częściami Alienów i do dzisiaj uważam, że jest to wyjątkowa solidna franczyza. Nawet te bardziej kontrowersyjne filmy jak Alien 3 czy Alien: Resurrection godnie się starzeją i ciągle odkrywa się w nich coś wartego uwagi. Tak naprawdę, jeśli seria przechodziła kryzys, to był on raczej związany ze słabej jakości spin-offami (różnego rodzaju komiksy, czy dwa filmowe Aliens vs Predator) niż poziomem filmów. Mówiąc o swoim "nieprzygotowaniu" chodziło mi o kompletną nieświadomość medialnego hajpu wokół tego filmu. Nie słyszałem o zapowiedziach, trailerach, doborze obsady, promocyjnych filmikach, viralowych stronach internetowych, itd. O tym, że Ridley Scott kręci prequel do Aliena dowiedziałem się chyba dwa czy trzy miesiące przed światową premierą. Pamiętam, jak na jakiejś stronie przeczytałem nagłówek: "Ridley Scott kręci prequel do Aliena", ale jak kliknąłem na link i przez chwilę popatrzyłem na artykuł, to szybko stwierdziłem: eh, to many words. Oczywiście, mimo to w czeluściach mojego umysłu zanotowałem, aby koniecznie pójść na ten film do kina. Potem, gdy film się już ukazał, przeczytałem jakieś dwie recenzje. Jedna była w gazecie i ani nie zniechęcała do kinowego wypadu, ani szczególnie nie polecała. Druga, internetowa, była bardziej pochlebna - chociaż mimo wszystko, dało się wyczuć, u recenzenta, pewną ostrożność. A więc pewnie wszyscy mogą się domyślić, jakie było moje zdziwienie, gdy podekscytowany wybrałem się do kina, wróciłem do domu, włączyłem komputer i okazało się, że połowa internetu uważa, że (to quote a classic) ten film jest odpowiedzialny za więcej aborcji niż badania prenatalne na Zespół Downa.

A ja osobiście łyknąłem to dzieło bez popitki. Zaraz po seansie uznałem, że to rzadki przypadek hollywoodzkiego blockbustera, który nie dość, że jest świetnie zrobiony, to jeszcze jest naprawdę inteligentny. Ale cóż, ponieważ nie jestem szczególnie lotnym pochłaniaczem popkultury, bywa, że mądrzejsi recenzenci muszą mnie naprostować i np. dokładnie wyjaśnić, co jest takiego złego w jakimś filmie. Po przejściu takiej indoktrynacji z reguły przestaje chwalić jakiś film, a czasami nawet, przyłączam się do tłumu krzyczącego: "ukrzyżuj". I tu znowu zaskoczenie, bo w przypadku Prometeusza, nie dałem się przekonać i w ogóle bardzo szybko stwierdziłem, że ludzie w tych krytycznych recenzjach to jakieś głupoty pierdolą. Tak sobie nawet myślałem, że te wszystkie negatywne opinie są reakcją na czynniki nie związane z poziomem samego filmu. No wiecie, np. ludzie religijni stwierdzili, że film im się nie podoba, bo "Bóg" jest w nim przedstawiony jako rasa kosmitów, którzy raczej nie darzą swoich "dzieci" miłością (czy chociażby zainteresowaniem). Z drugiej strony ateiści mogli mieć za złe tezę, że Człowiek został stworzony przez inteligentne istoty. Albo np. po zakończeniu Lost wszyscy sobie postanowili, że Damon Lindelof musi odejść (ja tam za bardzo nie wiem, o co chodziło, bo przestałem ten serial oglądać po dwóch pierwszych odcinkach). A więc, bardzo szybko postanowiłem pójść jeszcze raz do kina, aby upewnić się, że zajebistość tego filmu nie była wytworem mojej wyobraźni i napisać płomienną - i prawdopodobnie mocno bełkotliwą i chaotyczną - obronę tego dzieła. Z tego wszystkiego wydaje mi się, że udało mi się zrealizować tylko to o bełkotliwości (tudzież chaotyczności), ale co tam, choć wszyscy już dawno zapomnieli o tym filmie i musztarda po obiedzie - oto jestem, look at my works, ye mighty, and DESPAIR!!

Więc może przyjrzyjmy się niektórym, z co częściej spotykanych zarzutów wobec tego filmu. Z tego, co czytałem, to większość ludzi najbardziej uwiera sposób przedstawienia misji naukowej podjętej przez załogę Prometeusza. Naukowcy nie zachowują się po naukowemu, nie cieszą się wystarczająco ze swoich odkryć, a lot kosmiczny i lądowanie na obcej planecie nie ma nic wspólnego z, eee, nie wiem, chyba z prawdziwymi lotami kosmicznymi. Już ktoś zauważył dlaczego taka krytyka jest śmieszna? Nie? Ok. No to idziemy dalej. Bez bicia się przyznam, że jeśli chodzi o przedmioty ścisłe to zawsze byłem noga - zresztą z humanistycznych nie było wiele lepiej - więc jeśli mi mówicie, że teoria międzyplanetarnych załogowych lotów kosmicznych rozmija się z obrazem wykreowanym przez Scotta, to nie będę się kłócić, ale, no właśnie, to wciąż tylko teoria, wiec nie ma chyba sensu przekreślać całego filmu tylko dlatego, że nie jest aż tak science jak byśmy tego chcieli. Wspominam o tym, ponieważ zdaje sobie sprawę, że przy pochłanianiu jakiegoś filmu (książki, komiksu itd.) często się zdarza, że widz wychwyci jakiś faktograficzny błąd i potem całe dobrowolne zawieszenie niewiary idzie w pizdu i człowiek zaczyna się czepiać wszystkiego. Mam wrażenie, że to właśnie stało się z Prometeuszem i akurat w tym wypadku trochę szkoda, bo nie dość, że film ani razu nie schodzi poniżej średniej prezentowanej przez innych przedstawicieli gatunku, to jeszcze momentami zahacza o najprawdziwszego klasyka.

I tak, na przykład, nasi bohaterscy naukowcy rzeczywiście nie są zbyt profesjonalną gromadą, ale nie wiem dlaczego takie ich przedstawianie jest przez wszystkich uznawane za nierealistyczne. Ich misja ma charakter wyprawy w teren, a nie pracy laboratoryjnej i, no wiecie, in the real world coś takiego wygląda chyba dosyć podobnie. (Nie mam tutaj na myśli wypraw na inne planety, tylko misje naukowe prowadzone w jakichś egzotycznych zakątkach naszego globu). Oczywiście osobiście nigdy nie brałem w czymś podobnym udziału, więc jak zwykle zmyślam, ale z różnych relacji czy to w telewizji, czy to w prasie, wiem że członkowie takich ekspedycji często narzekają, a to na warunki, które zastali, a to na brak odpowiedniego sprzętu i ogólnie wrażenie jest takie, że to, że cokolwiek odkryli zawdzięczają raczej szczęściu niż umiejętnościom. Zresztą nawet jeśli nie zaakceptujecie takiego myślenia, to scenarzyści Prometeusza wychodzą wam na przeciw. Najpierw w scenie rozmowy w kajucie Meredith Vickers (Charlize Theron). Kiedy Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i Charlie Holloway (Logan Marshall-Green) rozmawiają sobie z Meredith i postać grana przez Theron niedwuznacznie podkreśla kto przewodzi tej misji. A potem drugi raz, kiedy okazuje się, że Peter Weyland (Guy Pearce) żyje i poznajemy motywację, która skłoniła go do finansowania tej ekspedycji. W pierwszej scenie dowiadujemy się, że potężna korporacja "has it's own agenda" i być może zatrudnienie najlepiej wykwalifikowanych naukowców wcale nie leży w jej interesie. Druga scena natomiast niejako nam to potwierdza jednocześnie zapodając lekki twist na klasyczny alienowy motyw - no wiecie, ten o tym, że to wielka korporacja dla zysku udupiła kręcące się dla niej małe trybiki. Otóż, tutaj wcale nie chodziło o zysk, ale o ostatnią szansę konającego króla na przedłużenie swojego panowania. I jak się nad tym zastanowić, to wyjaśnia nam poziom naukowców, Weyland'owi zależało na jak najszybszym odnalezieniu Inżynierów, a nie naukowych odkryciach.

Z tego co zauważyłem, to takie ignorowanie tego, co dzieje się na ekranie i na siłę szukanie rzeczy, do których się można przyczepić było jedną z ulubionych rozrywek recenzentów piszących o tym filmie. Na przykład ktoś napisał, że ziemianie przylecieli na ten księżyc i tak po prostu znaleźli bazę Inżynierów, ale w filmie to wcale tak nie wygląda. Kiedy Prometeusz wchodzi w atmosferę LV-223 załoga robi jakiś skan i Benedict Wong informuje wszystkich o wykryciu miejsc (hotspots), które mogą być metalem (czyt. zabudowania, bazy obcych). I dopiero potem, kiedy lecą w jedno z tych miejsc Logan Marshall-Green zauważa, że ta góra i okolice były naruszone przez "ludzką" rękę.

Podobnie nie rozumiem, dlaczego ludzie się czepiali, że bohaterowie ściągają hełmy w bazie Inżynierów. Przebadali powietrze, okazało się czyste, to ściągnęli hełmy (tzn. tak ściślej mówiąc, to ściągnęli za przykładem Logana Marshalla-Greena, bo jego postać miała taką get-up-and-go, enthusiastic nature) i tyle. Zresztą przecież w filmie nikt nie umiera od wdychania tego powietrza, więc łot de fak iz de problem?

Albo, dlaczego ludzie tak bardzo narzekali na tą scenę z Millburnem (Rafe Spall) i alieno-węgorzem, bo dla mnie to wygląda tak jakby ktoś poszedł do kina na horror (czym saga o Xenomorfach w gruncie rzeczy jest), a potem narzekał, że w filmie kogoś zabijają. Mnie ta scena rozbawiła. Skojarzyło mi się z The Shadow Line, a tak konkretnie, to z tą sceną, kiedy Rafe Spall chciał utopić kota w beczce z wodą. A skoro już jesteśmy przy brytyjskiej telewizji, to -  Idris Elba (Luther), Sean Harris (Red Riding: 1974, 1980, 1983) i wspomniany już Rafe Spall (The Shadow Line) - osoba odpowiedzialna za casting do tego filmu chyba lubi brytyjskie seriale (zajebiste brytyjskie seriale, można by dodać).

Będę już powoli kończył te dywagacje nad narzekaniem widzów i krytyków, chciałem jeszcze tylko wspomnieć o jednej rzeczy. Wielu ludzi pisało, że film jest o niczym, bo nie odpowiada dokładnie na pytania fanów co do originu Obcych i Space Jockey'a, albo że jest o niczym, bo bohaterowie nie odnajdują odpowiedzi na swoje pytania. No więc, co do Obcych i Space Jockey'a, to ja uważam, że dowiedzieliśmy się dość sporo. Fakt, teraz pojawiło się mnóstwo nowych pytań, ale ja nie mam z tym problemu. Alienowa seria zawsze opierała się na pytaniach i tajemnicy - no wiecie, you fear that which you don't know, i tego typu rzeczy. A co do pytań bohaterów, to o tym  między innymi jest ten film - to znaczy, o poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, poszukiwaniu Stwórcy, i wierze. Większość ludzi chyba uważa, że Scott, Lindelof i reszta ekipy nie poradzili sobie zbyt dobrze z tak ważkimi tematami, ale ja się z tymi opiniami nie zgadzam. Film pokazuje niebezpieczeństwa i hipokryzję, jakie płyną z bezmyślnej czy ślepej wiary. Widzimy to, na przykład w postaciach granych przez Guy Pearcea i Logana Marshalla-Greena. Chociażby ten drugi domaga się satysfakcjonujących odpowiedzi i być może nawet oznak miłości od swojego Stwórcy, ale sam nie chce nic takiego okazać własnym (czyt. ludzkości) tworom (czyt. Davidowi [Michael  Fassbender]). Przy tym nie jest to dzieło jednostronne, np. postać Charlize Theron, chociaż pozbawiona wiary, ma te same przywary, które charakteryzują jej filmowego ojca i Holloway'a. Co więcej, ostatecznie bohaterami filmu okazują się ludzie wiary. Elizabeth Shaw przetrwała, ponieważ gdy opadł kurz, wciąż wierzyła, że istnieją odpowiedzi, na jej pytania i, że warto ich szukać (a może po prostu jest zdeterminowana, aby skopać dupy Inżynierom). Podobnie kapitan Janek (Idris Elba), Chance (Emun Elliott) i Ravel (Benedict Wong) są przedstawiani jako wierzący. Ale oni akurat wierzą w ludzkość i wierzą, że warto dla niej poświęcić życie. Ponieważ w filmie żadna z postaw przejawianych przez protagonistów nie jest ostatecznie uznana za słuszną - powiedziałbym nawet, że wszystkie da się łatwo (i cynicznie) podważyć - w efekcie dostajemy dosyć ciekawy film o wierze i o tym, jakich robi z nas ludzi.

Poza tym, twórcy chcieli też eksplorować te bardziej chłodne, toksyczne uczucia między rodzicami a dziećmi (twórcą a tworem?). Takie jak strach przed utratą dominacji i pozostanie w tyle u jednych, i nienawiść i chęć jak najszybszego usamodzielnienia się u drugich (vide: rodzina Waylandów, Inżynierowie i ludzie, ludzie i roboty, Inżynierowie i Obcy - czy co tam płodzili tą swoją czarną polewką). O, na przykład, tak dopiero teraz mi przyszło do głowy... Pamiętacie tą scenę kiedy wybudzili Inżyniera i on najpierw tak spogląda na Davida i głaszcze go po głowie, a potem urywa mu łeb i zaczyna wszystkich mordować... Może to właśnie ta rodzicielska zazdrość była. Ludzie (dzieci Inżynierów) stworzyli takiego fajnego robota, a "rodzicom" udała się tylko ta paskudna czarna maź. W tym filmie znajdziemy mnóstwo scen, które można sobie pod tym kątem interpretować. Co ciekawe, rodzinne animozje w twórczości Ridleya wcale nie są niczym nowym. Jest to przede wszystkim nawiązanie do Blade Runnera, no i w trochę pokrętny sposób do Aliena. W Obcym między innymi chodziło o ból, strach i cierpienie związane z narodzinami dziecka. W związku z tym motywem, uważny widz może wychwycić parę nawiązań do innych filmów. Na przykład, makeup Pearce'a przypomina dziadka z The Texas Chain Saw Massacre, albo Inżynier, tuż przed przebudzeniem, przypomina zdemaskowanego Vadera z Powrotu... Czaicie, nie? Nawiązania do sławnych filmowych rodzin.

No a skoro już doszliśmy do pop culture references, to trzeba sobie powiedzieć, że film dostarcza całe mnóstwo tego ulubionego przez wszystkich smakołyku. Poczynając od nawiązania do historii serii, mamy tutaj kosmiczne kombinezony podobne do tych z Terrore nello spazio, Mario Bravy. Baza Inżynierów, to projekt Gigera z nigdy nie zrealizowanej Jodorowskiej Dune'y. No i jest jeszcze proto-facehugger-ośmiornica, który jest nawiązaniem do wczesnych pre-gigerowskich designów Obcego, które wymyślali Ron Cobb i Dan O'Bannon, i komiksu The Long Tomorrow (NSFW: remember kids, if you look directly at an erect penis it'll turn you gay, it's a scientific fact :p), za którego odpowiedzialni byli (znowu) O'Bannon i Moebius (więcej info. TU i TU). Są też nawiązania do innych filmów (oprócz tych już wspomnianych), są jeszcze sceny, kiedy David samotnie pilnuje komór kriogenicznych, co oczywiście jest czytelnym nawiązaniem do 2001: A Space Odyssey. A tak w ogóle to zastanawiam się czy postać Davida nie jest przypadkiem zainspirowana Machine Manem (raised as a human son, huh). W końcu Scott lubi komiksy (Lindelof też), może po Enki Bilalu i Moebiusie w Blade Runnerze chciał w swoim prequelu Aliena wrócić do króla Kirbiego. Pamiętam jak widziałem film po raz pierwszy i zobaczyłem, że firma producencka Scottów nazywa się Scott Free (tak konkretnie, to chodzi mi o TO), to pomyślałem sobie: hmm, that's a weird coincidence. Ok, ok. już tak powoli zaczynam odlatywać z tymi nawiązaniami, czas wracać na ziemię, ale zanim to nastąpi jeszcze jedno nawiązanie, ale dosyć istotne... Otóż H.P. Lovecraft, i nie chodzi mi tu tylko o prastarych bogów, którzy nas nie lubią i macki proto-facehuggera, ale w ogóle cały film to luźna adaptacja At the Mountains of Madness... tylko... no wiecie, w kosmosie.

No dobra, trzeba by jeszcze coś o aktorach powiedzieć i kończmy tą szopkę.

No nie będę oryginalny, Fassbender zdecydowanie się wybija (pójdę na sequel chociażby po to, by zobaczyć jak to teraz będzie knował nie mając do dyspozycji swojego ciała), ale reszta ekipy też daje radę. Theron jest bardzo mocna jako chłodna-szef-baba, przy tym świetnie zagrała konkurencję o względy taty. Z początku wydaje się, że to ona z dwójki rodzeństwa jest silniejsza, ale okazuje się, że wcale nie. David jest ulubieńcem, bo konsekwentnie i metodycznie, jak maszyna (że tak powiem) dąży do celu. Vickers tak nie potrafi. A to coś ją rozprasza (wiadomości od taty, z krainy snów), a to panikuję (zarażony Charlie Holloway), i to w końcu pieczętuje jej los. Noomi też świetnie wypadła jako horrorowa Final Girl, a scena na stole operacyjnym to prawdziwy popis. Podobali mi się też ci wszyscy maluczcy, którzy mieli po dwie, trzy kwestie w całym filmie. Powiedzieć, że nadali swoim postaciom osobowość, to byłaby gruba przesada, ale udało im się stworzyć wrażenie, że jakąś tam osobowość mają. Silny drugi, i trzeci, plan, to zawsze była wizytówka serii i choć załoga Prometeusza to nie poziom space marinsów z dwójki, to nie brakuje im aż tak wiele.

No dobra, to ocena. Ja daję mocną 3 i polecam. Wydaje mi się, że ludzie, którzy tak strasznie cierpieli oglądając ten film w kinach i ci, którzy do kin się nie wybrali (bo opinie negatywne były) jeszcze się do tego dziełka przekonają. Teraz, jak już wiemy, że ta pierwsza połowa to taki złośliwy żart był (że film niby odpowie nam na tajemnice życia i stworzenia), to się wszyscy będziemy śmiać, że nas tak fajnie okiwali i doceniamy to o czym film jest naprawdę.


P.S. A propos nawiązań do filmowych rodzin - jeśli zwrócicie uwagę na filmowy screen znajdujący się na górze posta i przypomnicie sobie tą scenę, to może się wam skojarzyć z The Shining. Tutaj też jest rodzic, siekiera, "dziecko", a Noomi nawet tak podobnie spogląda przez wizjer w drzwiach.

    10 komentarzy:

    Ania pisze...

    ależ ja uwielbiam to twoje luzackie pisanie :d też tak chce!

    a co filmu, no cóż, w przeciwnych drużynach niestety jesteśmy, mnie się nie podobało, sztucznie jakoś było i bez polotu, a tajemnice? nigdy nie ciekawiło mnie ich rozwiązanie, więc po seansie powiedziałabym nawet że wiem mniej, niż wiedziałam :d

    szkoda, że u mnie nie ma zabawnych bibliotekarzy ;p

    Daniel Muszyński pisze...

    Dzieki, fajnie że ci sie podobało. :)

    Z tym luzarskim (raczej loozerskim hłe, hłe) pisarstwem to nie masz czego zazdrościć. U mnie się to bierze z powierzchownej wiedzy o temacie, o którym piszę, i wtórnego analfabetyzmu. Zamiast jakieś sensowne zdanie napisać (żeby jakaś treść była), ze mnie się te słowa, tak jakby, wylewają i tworzą takiego potworka jakiego widzisz powyżej. Gwarantuję ci, że jak spojrzę na tą reckę za tydzień, to będzie facepalm i wstyd, że coś takiego na publicznym forum zamieszczam. :D

    Szkoda, że ci się film nie spodobał. No nic, różne gusta itd.

    suzarro pisze...

    No i w końcu ktoś, kto ma podobne odczucia co do tego filmu- zaważyłam, że stoi za tym jakaś wszędobylska moda ("Niebezpieczną metodę" po jakimś czasie wszyscy równo mieszali z błotem w tym samym czasie).
    A tak w ogóle to zazdroszczę długaśnego wpisu-u mnie zawsze są krótkie w porównaniu do reszty blogerów;]

    Daniel Muszyński pisze...

    Ostatnio zauważyłem parę coming outów (tu i tu) w związku z tym filmem - więc może zaczyna wiać jakiś wind of change. :)

    Dzięki, ja tam jestem pod wrażeniem, że tak często i systematycznie coś zamieszczasz.

    Dominika... pisze...

    Gdy czytałam tę notkę, mniej więcej co akapit myślałam: "z ust mi to wyjął", "no, wreszcie ktoś mądrze pisze", "dokładnie o to mi chodziło" itd. :]

    Moją recenzję już czytałeś, więc o filmie się już rozwodzić nie będę. Cieszę się, że ktoś w końcu dał prztyczka w nos tym, którzy narzekają na brak realizmu w filmach s.f. Dżizas, ludzie, film NIE MA BYĆ odwzorowaniem rzeczywistości. Czy nie można po prostu dać się ponieść temu, co proponuje reżyser i przymknąć oko na pewne kwestie? Brak realności jest wpisany w konwencję niektórych gatunków i trzeba brać z tego, co dobre, a nie się czepiać pierdół.

    Ps - mnie też się podoba to, jak piszesz, lubię teksty pisane z dystansem :)

    Daniel Muszyński pisze...

    "Gdy czytałam tę notkę, mniej więcej co akapit myślałam: "z ust mi to wyjął", "no, wreszcie ktoś mądrze pisze", "dokładnie o to mi chodziło" itd. :]"

    Miałem tak samo jak czytałem twoją reckę. :)

    Salon Filmowy MN pisze...

    Przyłączam się do obrony Prometeusza :-) byłem w kinie i bardzo mi się podobał, teraz zakupiłem na BD i lada dzień oglądam z komentarzem więc też coś wyprodukuję, ale potwierdzam - można film łyknąć bez popitki :-)fajne sformułowanie :-)

    Gonzo pisze...

    ja pierdole, Ty piszesz jeszcze dłużej niż ja...

    Daniel Muszyński pisze...

    @Salon Filmowy MN (Michał, o ile dobrze pamiętam :)): Spoko, chętnie przeczytam co tam naprodukujesz. :)

    @Gonzo: Tylko czasami, w przyszłości to się pewnie będę trochę ograniczał. Zresztą tobie takie gadulstwo chyba lepiej wychodzi. :)

    Anonimowy pisze...

    Dzięki.

    Może to kwestia tego że staram się raczej ograniczać, bo wiem że mam nieposkromioną tendencję do słowotoku. Z ciekawości przepuściłem tekst o Prometeuszu przez Worda, i wyszła statystyka prawie 2600 słów. TL;DR. Mój wrzut o the Raid to niecały 1000, a IMO i tak długawo wyszło.

    GNZ