sobota, 15 grudnia 2012

They were flying mother nature's silver seed to a new home in the sun - recenzja "Cloud Atlas"

Cloud Atlas (2012) reż. Tom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski, pol. tyt. Atlas chmur, IMDb
Jeśli ktoś nie lubi moich długich recenzji, bo są długie i pisze w nich o różnych bzdurach, które was nie interesują, to być może ta wam się spodoba, bo będzie raczej krótka (przynajmniej taką mam nadzieję). Mam dwa powody, dla których postanowiłem rozegrać to na szybko. Po pierwsze, dopiero co widziałem ten film w kinie i po takim jednym, świeżym obejrzeniu rzadko kiedy czuję się na tyle kompetentnie by się rozpisywać i ferować opinie. A po drugie, film mi się nie podobał, ale nie chce go za bardzo zjechać, a jestem przekonany, że im dłużej będę pisał, tym trudniej będzie mi się powstrzymać.

Cloud Atlas jest adaptacją powieści Davida Michella, której nie czytałem i nie będę się tutaj bawił w streszczenie fabuły (w streszczanie fabuły filmu też nie będę się bawił, bo boli mnie głowa na samą myśl o układaniu zdań ze słowami: "reinkarnacja", "nielinearna wielowątkowa fabuła", "linie/ramy czasowe" i "liczni bohaterowie"), ale tak z opisów to brzmi epicko i z patosem, więc chyba nikogo nie powinno dziwić, że za przenoszenie na srebrny ekran wzięli się eksperci od epickości i patosu, to jest Tom Tykwer i rodzeństwo Wachowskich (Andy i Lana). To, że poziomy ekscytacji gwałtownie wzrosły, gdy w świat poszła wiadomość o współpracy tych współczesnych kinematograficznych tytanów, też nikogo nie powinno dziwić. Ja osobiście przyjąłem te nowiny chłodno i dystansem, nie dlatego, że jestem jakiś cool guy, którego nic nie rusza, tylko po prostu - Tykwera, nie lubię (chociaż widziałem tylko Perfume: The Story of a Murderer - inne dokonania brzmią nawet interesująco), a z Wachowskimi to łączą mnie dość specyficzne uczucia. Kiedy Matrix uderzył, byłem akurat w odpowiednim wieku by bez wahania sięgnąć po czerwoną pigułkę, V for Vendetta (biedny James McTeigue, the man gets no respect) w sumie też mi się podobało (chociaż film był zbyt optymistyczny, a bohaterowie zbyt wybieleni), i Speed Racer był fajny (świetnie oddawał klimat kreskówki [oryginalna wer. japońska], John Goodman walczył z wojownikami ninja, a Racer X to Batman i James Bond w jednym) - czyli w sumie można by powiedzieć, że ich lubię i z chęcią przyznaję, że potrafią robić widowiskowe filmy... Ale tak zupełnie szczerze, to trochę z nich wyrosłem i jak słyszę od jakiegoś fana jakie to wielkie z nich auteur'y i w ogóle ambitne kino, to mi się w środku trochę taka pogarda i niesmak włącza. Czyli, jak już powiedziałem, ekscytacji i wyczekiwania z mojej strony nie było, ale że weekend był nudny, a w kinie grali, to się wybrałem.

I tak powiem, to całe przesłanie - czyli, że my, słabi, jesteśmy pokarmem dla silnych (no wiecie jak w naturze), ale jeśli tylko się nie poddamy i będziemy podążać za marzeniami i/lub walczyć o lepszy byt, dla siebie i innych, to nawet jeśli nie skończy się to dla nas najlepiej, to i tak nasz wspólny wysiłek kiedyś tam zaowocuje sielskim, pełnym spokoju, tolerancji i prostych radości życiem dla podobnych nam biedaków (a może nawet to będziemy my, bo ludzie tak naprawdę nie umierają - reinkarnacja, czy cuś) ... z tym, że na innej planecie... i ze starą Halle Berry... i to były spojlery - jest ok, ale podane w taki pseudo-hipisowsko, new-ageowo, naiwno-disneyowski, bzdurny sposób, że nie da się wysiedzieć, tych prawie 3 godzin, bez robienia sobie co jakieś 10 minut przerw, na strojenie głupich min, przewracanie oczami lub bezradne wzdychanie z jednoczesnym zadawaniem sobie sakramentalnego: "Co ja właściwie tutaj robię?". Tzn. tak prawdę mówiąc, to ja wysiedziałem te 3 godziny bez takich ekscesów, ale to dlatego, że obok mnie siedzieli jacyś obcy ludzie i nie chciałem by sobie pomyśleli, że jakiś dziwak przyszedł do kina. Ok, może zatrzymam się tutaj na dłużej i coś wyjaśnię. Czytając tą recenzję może sobie ktoś pomyśli: "Co za gbur! Znaczy się film nie podoba mu się tylko dlatego, że jest dupkiem i nie wierzy, że świat zmierza ku lepszemu.", eee, no tak, dokładnie, tak właśnie jest, nie podoba mi się też z paru innych powodów (o nich za chwilę), ale tak przede wszystkim, to chodzi właśnie o to. Tzn. nie zrozumcie mnie źle - też jestem człowiekiem i od czasu do czasu lubię sobie zapodać coś pokrzepiającego, ale trzeba mi to dawkować ostrożnie i z wyczuciem, bo inaczej nie wytrzyma tego moje małe, cyniczne, czarne serce.

To przechodząc do innych rzeczy, które mi się nie podobają.

Pewnie słyszeliście, że film jest wizualnie uber-dopracowany i na najwyższym poziomie, ale tak naprawdę to nie jest. Jest ok i nawet całkiem ładny, ale znajdzie się parę zgrzytów. Najbardziej problematyczny jest ten segment osadzony w Neo Seulu. Ten cały wątek z klonem (a może robotem?) walczącym o wolność* pewnie wzbudził największe zainteresowanie wszystkich fanów Matriksa, którzy oczekiwali po Wachowskich powrotu do quasi-cyberpunkowych, około-anime-owych akcji osadzonych w dystopijnej, futurystycznej metropolii. No i w sumie, właśnie to dostajemy, ale zrobione tak jak Speed Racer albo, jak ktoś nie widział, jak te Star Warsy z Natalie Portman i Haydenem Christensenem. Czyli wszystko wygląda tak jakby wzięli aktorów i wkleili ich w animację komputerową, co prawie zawsze wygląda słabo. W Racerze to aż tak nie przeszkadzało, bo tam taki zabieg dobrze współgrał z campowością materiału źródłowego. Ale w Atlasie to już trochę drażni, bo ten film jest chyba na poważnie, tzn. na pewno nie zawsze, bo campowy też często bywa, ale gdzieniegdzie ten camp jest chyba niezamierzony (znaczy się, sprzeczne sygnały są). Na przykład ten wątek z Sonmi-451 i Hae-Joo Changiem, to miała być chyba taka chwytająca za serce historia miłosna, ale trudno traktować ją poważnie, kiedy w kadr włazi, ucharakteryzowany na Azjatę, Jim Sturgess. Nie bardzo też wiadomo, czy śmiać się, czy wzruszać, kiedy Doona Bae odwdzięcza mu się tym samym w storylajnie, osadzonym w XIX w.

W ogóle z tą charakteryzacja to jest ciężka sprawa, bo jest to istotna część produkcji, spełnia ważną rolę, na pewno kosztowało dużo czasu i wysiłku, i niekiedy robi fajne wrażenie, ale równie często rozwala całe napięcie i dramę jaką ten film posiada. Poza porażką Neo Seulu ten element kuleje też w seventisach. Otyły Shaft Kietha Davida i fryzura Halle Berry, czy to jak odstawia Pam Grier dla młodszej widowni, jest ok. I can dig it**, że tak powiem. Ale kiedy wchodzi Tom Hanks to ja zareagowałem na niego jak ci wszyscy ludzie, którzy narzekali na fryzurę (zupełnie nie słusznie zresztą) Javiera w ostatnim Bondzie, czyli niestety traktować go poważnie, nie mogłem. No i ten kiks się zaraz mści, bo kiedy Hanks ginie w katastrofie lotniczej i chyba powinienem być smutny, czy coś takiego, to moje nastawienie było raczej w stylu: "Sorry koleś, ale byłeś tylko śmiesznym facetem z głupią fryzurą i nie za bardzo mnie obchodzisz".

Wróćmy jeszcze na chwilę do Neo Seulu, bo poza efektami i charakteryzacją nie podobała mi się jeszcze jedna rzecz. Sceny walk i akcji... no słabe po prostu są. Dziwne, nie? W końcu swego czasu, Wachowscy, pod tym względem zostawili wszystkich w tyle, a i w późniejszych produkcjach zawsze trzymali rękę na pulsie. Więc dlaczego tutaj taka (w najlepszym wypadku) przeciętność? Na to nie odpowiem, ale wiem, że z tymi nie do końca ten teges: efektami specjalnymi, historią miłosną i scenami walk, Neo Seulowy wątek można spokojnie porównać do (i teraz uwaga, bo za chwilę każdy prawdziwy fan Matriksa, który wciąż dąży Wachowskich sympatią, zmarszczy oczy i zacznie wciągać powietrze przez zaciśnięte zęby, zupełnie jakby dostał futbolówką w kroczę) Tłajlajtów czy innych Hunger Gamesów.

Zanim wystawie ocenę, to chciałbym jeszcze wspomnieć o kilku pozytywach. I tak, worldbuilding jest na całkiem przyzwoitym poziomie. Takie szczegóły, jak język (a właściwie to chyba dialekt) post-apokaliptycznych dzikusów, czy wzmianki o łamaniu "przykazań jednomyślności" i "zasad biblii konsumenta" (czy jakoś tak, już dokładnie nie pamiętam) podczas przesłuchania Sonmi-451, robią wrażenie i potęgują egzotyczność tych fikcyjnych światów. Podoba mi się też, że Hanks w każdym wcieleniu jest "badguyem", dopóki na jego drodze nie staje Halle Berry, no bo wiadomo, miłość. Nawet fajne było, też to, że Jim Sturgess i Doona Bae w XIX w. idą wyzwalać niewolników, a w XXII też robią to samo. No i ten motyw z cywilizowanymi przybyszami przypływającymi do zacofanej krainy, który się powtarza w pierwszej i ostatniej historii, był nawet sprytny.

I to tyle.

W moim odczuciu, film jest na 2... Chociaż, mógłbym się ugiąć i naciągnąć na 2+. No bo w sumie te wady, które wymieniłem nie są aż takie straszne. Właściwie można by nawet powiedzieć, że to moja własna ułomność nie pozwala mi w pełni docenić tego filmu. A przecież ogląda się dobrze, można się wciągnąć. No i wyraźnie widać, że ambicje były ogromne, a entuzjazm twórców niemalże wylewa się z ekranu przy każdej scenie... Taa, mógłbym naciągnąć - ale tego nie zrobię. 2.

  • Zobacz trailer.
  • Screen z filmu znalazłem na Google Images i teraz nie mogę znaleźć oryginalnej strony, sorry. :(

*Tak przy okazji. Nie czytałem za bardzo recenzji Atlasa i tak się zastanawiałem - ktoś się orientuje, czy ten film trafił już pod opiekuńcze skrzydła pań od Gender Studies, środowisk LGBT, czy różnych innych grup o poglądach skręcających bardziej na "lewo"? Bo tak w sumie, to się chyba dość dobrze do tego nadaje. W każdej przedstawionej historii bohaterem jest ktoś z "prześladowanej mniejszości": czarnoskóry niewolnik, biseksualny mężczyzna, kobieta pracująca, starzy ludzie, sztucznie stworzony człowiek. I oczywiście wszyscy walczą o wolność do bycia tym, kim są, czy kim naprawdę chcą być. A czarnym charakterem jest zawsze biały, heteroseksualny mężczyzna (albo biały, heteroseksualny mężczyzna ucharakteryzowany na Azjatę)(albo Hugo Weaving). Wiem, że w jednym momencie biały, heteroseksualny mężczyzną jest kobietą, a Azjatka i... czarnoskóra kobieta (ta pauza po "i" jest tu po to, żeby pokazać, że przez chwilę zastanawiałem się jakie słowo byłoby najmniej rasistowskie, także widzicie ja też czasami pomyślę zanim coś napiszę.... hmm, gdybym robił to częściej, to pewnie usunąłbym cały ten przypis) przeistaczają się w typ kaukazoidalny, ale to chyba tylko po to żeby pokazać, że nasza płeć czy rasa nie mają znaczenie, bo wszyscy jesteśmy tacy sami. Nie to, że takie przedstawianie świata mnie boli - ja też nie znoszę białych, heteroseksualnych mężczyzn - tylko tak z ciekawości pytam.

**Jak nie kojarzycie, to się wstydźcie, ale spoko, zostawię was z namiarami na ten klasyczny film. Klik.

8 komentarzy:

Gonzo pisze...

ale testu Behdel by chyba nie zdał.

Daniel Muszyński pisze...

Ha! dobre. Chyba masz rację. Pamiętam jak kiedyś przeczytałem o tym teście, to raczej głupi mi się wydał. Ale jak zasady to zasady, panie od Gender Studies odpadają. :)

Hej, a ty widziałeś to dzieło? I jeśli tak, to co myślisz?

suzarro pisze...

Kurde, chciałam przeczytać ten wpis i teraz nie wiem co robić, bo filmu nie oglądałam, a z reguły boję się jakichś wewnętrznych spoiler alertów, no i jestem w kropce;p

Daniel Muszyński pisze...

Spojluje niektóre sceny. Samą fabułę, nie aż tak bardzo. Jak nie chcesz sobie filmu psuć, to może lepiej nie czytaj.

Gonzo pisze...

realizacja świetna. aktorsko spoko. historyjki z osobna same w sobie dobre, ale film to nie bilans wartości składników, nie zawsze, nie tutaj. całościowo na granicy kiczu i pretensjonalne, rwanie narracji powoduje że sie w żadną z historyjek głębiej nie mogłem wkręcić. z drugiej strony - 3 godziny, a sie nie nudziłem ani trochę.

Daniel Muszyński pisze...

Aha, to widzę, widzisz to podobnie jak ja, tylko bardziej wyrozumiały jesteś (względem, kicz i zadęcie). Ja bym się chyba do tej montażowej kanonady przyczepił gdyby ten film był krótszy i gdybym zbyt późno w grze się do niej przyzwyczaił, a tak 30-45 min. i się te skoki w storylajnach w miarę komfortowo oglądało.

Anonimowy pisze...

tylko dramaturgia cierpiała przez te skoki. zadęcie IMO fajnie farsa łagodziła, to sie fajnie równoważyło, tylko że każda ta historia z osobna była spoko, a w takiej sieczce wszystko traciło część wyrazu.

GNZ

Daniel Muszyński pisze...

Może i racja z tą dramaturgią. Mi się wydawało, że napięcie siada z powodu przebieranek bohaterów, ale twoja teoria ma sens. Chyba zdecydowali się na te skoki żeby podkreślić message filmu, i że wszystkie te historie są ze sobą powiązane i są w jakimś tam sensie o tym samym. Gdyby tego nie zrobili to może widz by się nie domyślił o co w tym wszystkim chodzi... Ale zrobili i walą cię tym przesłaniem po głowie, aż masz go dość (przynajmniej ja miałem dość).

Mi się farsa nie podobała, nie mój humor. Z początku było nawet ok, ale szybko domyśliłem się jak to pociągną. Jak dla mnie musiałoby być dużo bardziej złośliwie i cynicznie (chodzi mi o humor w farsie) żeby skutecznie rozbroić zadęcie. Powinni częściej wykorzystywać Hugh Granta. Koleś to prawdziwy skarb - jest świetny w rolach dupków. Każda mówiona scena z nim (tutaj mówię już o całym filmie) to szczere złoto. Weaving też jest niezły. W bojach z patosem z tarczą wychodzą jeszcze, czasami, Whishaw i Broadbent - reszta aktorów raczej poddaję się klimatowi.