czwartek, 31 października 2013

Bangkok! Oriental setting... And the city don't know that the city is getting the crème de la crème of the chess world in a show with everything but Yul Brynner - recenzja "Only God Forgives"

Only God Forgives (2013), reż. Nicolas Winding Refn, pol. tyt. Tylko Bóg wybacza, IMDb

Hm... Noooo to było dużo lepsze niż Drive. The end.

...

...

He he, nie no żartuję... tzn. żartuję co do tego, że to już koniec recenzji. Jeszcze trochę o Only God Forgives popiszę, ale to, że tegoroczny film Winding Refna jest lepszy od poprzedniego, to było jak najbardziej na serio.

Do tej pory znalem tylko jeden film Duńczyka - no wiecie, ten, w którym Ryan Gosling mało mówi, ale zamiast tego wyraża całą zawartą w sobie emocjonalną głębię za pomocą smutnych spojrzeń i złotej kurtki z naszytym skorpionem na plecach - i byłem raczej pod umiarkowanie chłodnym wrażeniem jego reżyserskich umiejętności. Ale teraz jestem już po seansach z Valhalla Rising i Only God Forgives, i mogę oficjalnie, i ku uciesze wszystkich zgromadzonych, ogłosić, że nastąpiło ocieplenie stosunków. Nie ma co prawda między nami jeszcze prawdziwej pasji i ogni namiętności, ale zbliżyłem się trochę do szacunku i estymy, którymi wydają się darzyć Refna liczni uczestnicy blogosfery.

Ale zaraz, zaraz! - ktoś zakrzyknie. Przecież Only God Forgives to film kontrowersyjny i polaryzujący opinie, jakim cudem zdołał mnie przekonać do twórczości popularnego reżysera?

Otóż wydaje mi się, że to dzięki temu, że obejrzałem go prawie w tym samym czasie, co wspomniane wyżej Valhalla Rising. Oba filmy łączy podobny, ociężały, medytatywny, przypominający sen, przeładowany mniej lub bardziej czytelnymi symbolami, a lekki w naturalistyczne dialogi (albo właściwie w ogóle lekki w dialogi) klimat. A do tego, oba wydają się poruszać podobne wątki i motywy. Co pewnie było zamiarem reżysera... tzn. to chyba było zamiarem reżysera. (Nie jestem tak do końca pewien, ale wydaje mi się, że Refn kręci swoje filmy jako takie tematyczne trylogie - to pewnie jakąś świecka tradycja w Danii... no wiecie, podobnie jak wymyślanie dziwnych zasad kręcenia filmów, które zaraz potem kompletnie się ignoruje - i OGF i Valhalla, to chyba właśnie części takiej luźnej trylogii, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie czytając, piąte przez dziesiąte, różne recenzje tych filmów.) W każdym razie, dzięki podobieństwom między tymi filmami można zrozumieć, o co może w nich chodzić.

Może najlepiej będzie jak pokrótce wyjaśnię co miałem na myśli z tym poruszaniem podobnych wątków i motywów.

Jeśli nie widzieliście Valhalla Rising (a jeśli nie widzieliście to warto obejrzeć - jak na razie, to moja ulubiona pozycja wśród dokonań Refna), to film jest tak mniej więcej z grubsza o grupce chrześcijańskich krzyżowców, którzy nie popisali się umiejętnościami żeglarskiej nawigacji i zamiast na Bliski Wschód trafiają w tajemnicze miejsce - prawdopodobnie Amerykę - i okraszają je mianem "swojego nowego Jeruzalem". Ale ponieważ bardzo szybko zaczynają sobie uzurpować prawo do nowego lądu, i ogólnie zachowują się jak dupki straszne, tubylcy zaczynają na nich polować - i Only God Forgives jest właściwe o tym samym.

Na początku filmu poznajemy dwóch braci, Amerykanów (Gosling i Tom Burke), którzy pod przykrywką szkoły muay thai prowadzą, w Bangkoku, działalność przemytniczą. I wtedy brat, który nie jest Ryanem Goslingiem wychodzi na miasto i gwałci, a potem zabija nieletnią tajlandzką prostytutkę. To skutkuje prawie natychmiastowym pojmaniem brata przez policje, a ściślej, przez Vithaya Pansringarma - stoickiego super-glinę, posługującego się maczetą do wymierzania bezwzględnie surowej, szybkiej, czarno-białej (niczym jego strój) sprawiedliwości. Pansringarm wzywa do siebie ojca (i jednocześnie alfonsa) zgwałconej dziewczyny i domaga się, aby ten wymierzył karę obcokrajowcowi. I tak Tom Burke zostaje przerobiony na krwawy miąższ i kończy się jego udział w tym filmie. Interesującą rzeczą w tych scenach jest to, że jak się później dowiadujemy, to Burke, a nie jego brat, był mózgiem przestępczej działalności Amerykanów. Postać grana przez Goslinga wydaje się czerpać prawdziwą przyjemność z zajmowania się klubem bokserskim i menedżerowaniem zawodników. Oczywiście pod tym wszystkim skrywa w sobie niezrównoważonego furiata, który przez jakieś nie do końca sprecyzowane (ale wiadomo, że mocno osadzone w edypowych klimatach) występki był zmuszony do opuszczenia swojej ojczyzny i życie wygnańca pod opieką swojego brata. A więc dlaczego, kiedy oglądamy film, to brat, który teoretycznie powinien być bardziej zrównoważony - w końcu jest odnoszącym sukcesy kryminalistą - zachowuje się jak psychopatyczny pedofil? Dlatego, że został źle wychowany; dlatego że obaj są zgniłymi owocami pochodzącymi z tego samego drzewa - wydaje się być najbardziej oczywistą i najmocniej zasugerowaną przez twórców odpowiedzią. Ale może się nam nasunąć też to, że jako przedstawiciel uprzywilejowanego bogatego zachodu, czuje się lepszy od ludzi, w których kraju przyszło mu prowadzić interesy i tym samym pozwala sobie na uzewnętrznianie wobec nich swoich najniższych instynktów. Można dostrzec taką postawę w jego braku zainteresowania (w przeciwieństwie do swojego brata) tradycjami tajskiego boksu; jego pogardliwym i prześmiewczym stosunku do nieformalnie zinstytucjonalizowanej prostytucji, której pełno na ulicach refnowskiego Bangkoku; i w końcu, chociaż nie widzimy jak został zatrzymany po zgwałceniu i zabiciu dziewczyny, w jego postawie względem Pansringarma i ojca swojej ofiary - wydaje się, że nie próbował uciekać, ani zgrywać niewinnego, ponieważ myślał, że nie będąc częścią tego świata będzie nietykalny dla praw w nim obowiązujących. Ten motyw wyższości człowieka Zachodu jest kontynuowany wraz z pojawieniem się matki braci. Kiedy Kristin Scott Thomas - przerysowana w swojej jędzowatości do granic absurdu, campu i czarnej komedii - po raz pierwszy pojawia się na ekranie, widzimy jak werbalnie atakuje pracowników hotelu, w którym się zatrzymuje, po czym daje kolejne, coraz bardziej niesamowite, popisy nieprzyjemnego zachowania, których kumulacją jest kolacja z Goslingiem i jego dziewczyną, a właściwie, prostytutką na punkcie której ma obsesję (Yayaying Rhatha Phongam). A poza byciem prawdziwie paskudną osobowością, Scott Thomas, spędza większość swojego ekranowego czasu w stylowym wnętrzu penthouse'u na szczycie luksusowego hotelu, gdzie, niczym bezlitosna, mafijna matka chrzestna - którą rzeczywiście jest - knuje zemstę przeciw ludziom odpowiedzialnym za śmierć jej syna.

No i mniej więcej w ten sposób jest przedstawiony każdy biały protagonista, który pojawia się w tym filmie. Wszyscy są amoralnymi kryminalistami, którzy prowadzą w Tajlandii jakieś szemrane interesy i bez skrupułów wykorzystują i zabijają tamtejszych ludzi, za co ostatecznie spotyka ich ostateczna kara w postaci Vithaya Pansringarma. Wyjątkiem jest Gosling, on okazuje się nie być aż tak spaczony jak reszta. Rozumie, że postępowanie jego ziomków jest niemoralne, a nawet, co jakiś czas, przeżywa dziwne prorocze wizje przestrzegające go przed tym co go czeka jeśli będzie się zachowywał tak jak oni. W związku z tym otrzymuje mniej dotkliwą karę - tzn. zostaje pobity, ośmieszony i wykastrowany, w różnych, mniej i bardziej metaforycznych, znaczeniach tego słowa. Można nawet powiedzieć, że czasami sam aktywnie wychodzi tej karze naprzeciw, jakby rozumiał, że upadek i wstyd, którego doświadcza są pokutą za jego występki.

Na ekranie, to wszystko wygląda trochę tak, jakby film był jednym z tych horrorów gdzie grupka turystów jedzie do jakiegoś egzotycznego kraju i tam okazuje się, że tubylcy to kanibale, albo że dla rozrywki, urządzają polowania na obcokrajowców. Twist polega na tym, że w Only God turyści to przestępcy, czarne charaktery, rzeczywiście zasługujący na to, co ich spotyka, a tubylcy, czy dokładniej mówiąc: Pansringarm, to bohater pozytywny. Na podobny pomysł, takiego zastosowania horrorowego schematu, ale z odwróceniem ról, wpadł też ostatnio Pete Travis i Alex Garland w Dredd (albo Dredd 3D, jak kto woli). Ich film to nic innego jak slasher z wielkim, niezniszczalnym mordercą i grupką ludzi, którzy są z nim uwięzieni w tym samym miejscu - tyle tylko, że grupka ludzi to przestępcy, a morderca to tytułowy bohater i (podobnie jak w Only God) faszystowski super policjant.

No ok, ale dlaczego właściwie ten film cieszy się taką niesławą? - ktoś mógłby zapytać. W końcu, jakby tak poszperać na necie za jakimiś recenzjami, to pewnie z czterech na pięć się dowiecie, że to pretensjonalny śmieć, że kontrowersyjny dla samej kontrowersji, i że w ogóle, WTF i na co to komu. I żeby być uczciwym, to nie jest podejście, z którym chcę specjalnie polemizować, bo oglądając film ciężko uwierzyć, że Refn nie był świadomy, że to, co tutaj tworzy, niezbyt pasuje do współczesnych standardów politycznej poprawności, czy gustów mainstreamowej (i nie mam tutaj na myśli pejoratywnych znaczeń tego słowa) publiczności.

Weźmy np. scenę, którą chyba większość osób uznała za najbrutalniejszą w całym filmie: w pewnym momencie Pansringarm i jego ludzie konfrontują Byrona Gibsona (w filmie, przemytnik i podwładny Scott Thomas, który organizuje nieudany zamach na tajlandzkiego "złego porucznika") w należącym do niego burdelu/barze karaoke, gdzie policjant, w obecności świadków, torturuje zbira poprzez wbijanie wielkich szpikulców w jego kończyny, uszy i oczodoły. Scena ta ładnie obrazuje motyw zderzania się kultur, o którym pisałem wcześniej. Otóż mamy tutaj bar wypełniony młodymi, urodziwymi tajlandzkimi dziewczętami, uczesaniem i odzianymi w sukienki w stylu lat 50. i 60. Wraz z wystrojem całego pomieszczenia wychodzi z tego osobliwa, kiczowata, ale jednocześnie stylowa, iluminowana neonową poświatą, mieszanka zachodu i egzotycznego orientu. A pośrodku tego obrazka siedzi sobie postać białego człowieka zachodu, który sam niedawno wmieszał się w życie tajlandzkiej metropolii i zburzył panujący w niej porządek doprowadzając do śmierci niewinnych, tajlandzkich, cywilów. Wtem zjawia się nasz bohater, Pansringarm, i wyrywa chwasta. Bezwzględnie, brutalnie i metodyczne - najpierw uderzając w nogi i ręce, czyniąc go bezbronnym i sprawiając, że nie będzie stanowił już zagrożenia, a potem pozbawiając go zmysłów. Atak na oczy i uszy, to oczywiście nawiązanie do postaci granej przez Goslinga, który w przeciwieństwie do Byrona, dzięki swoim fantasmagorycznym zwidom jest w stanie zrozumieć reguły i prawa obowiązujące w tym mieście - no wiecie, skoro Byron nie jest w stanie właściwie (czyt. tak jak Gosling) korzystać ze swoich zmysłów, to nie są mu one potrzebne.

(Wiem, że jak to czytacie, to brzmi jak jakaś ciężkawa symbolika, którą reżyser bije niemiłosiernie widza po głowie, ale zważcie, że w poprzednim filmie Refna mieliśmy bohatera, który nawigował ulice Miasta Aniołów podczas gdy w tle teksty piosenek typu: "...and you have proved to be / A real human being, and a real hero" albo "There's something inside you, it's hard to explain / They're talking about you boy, but you're still the same" starły się współgrać z przewijającymi się na ekranie obrazami, więc chyba po prostu mamy tu do czynienia z artystą, który pluje w twarz subtelności i świadomie wybiera stylizowane showmaństwo, które widz powinien brać z całym dobrodziejstwem inwentarza.)

Ale pal licho the ol' ultraviolence wspomnianej sceny, to co tak naprawdę nie współgra z bliskimi nam, współczesnym Europejczykom, normom politycznej poprawności jest to, co mówi jeden z towarzyszy Pansringarma, zanim ten zabierze się za katowanie swojej ofiary - pada rozkaz aby obecne na sali kobiety zamknęły oczy, natomiast mężczyźni mają patrzeć uważnie i wyciągać odpowiednie wnioski. Podobnie jest podczas całego seansu - chociaż to reprezentanci tajlandzkiej kultury są białymi kapeluszami tego dalekowschodniego westernu (podobno właśnie taki gatunkowy eksperyment był punktem wyjścia dla reżysera), to ciężko jest nam z nimi sympatyzować, bo ich świat jest pełen prostytucji i drabin społecznych, w których kobiety zajmują niskie, służalcze pozycje, a autorytarną władzę sprawuje wszechpotężny Pansringarm, którego preferencje do szybkich, prostych i lekceważących niuanse rozwiązań siłowych mogą niepokoić. (Chociaż trzeba przyznać, że surowemu bogu z ulic Bangkoku trochę mięknie serce, gdy w grę wchodzi rodzina, czy małe dzieci.) Nie zaprzeczam, że gdyby chodziło tylko o to, to można by to wszystko zamieść pod dywan, na wpół kokieteryjnej, na wpół łobuzerskiej, zabawy gatunkiem. Ale mamy jeszcze Kristin Scott Thomas - postać najbliższa typowemu nikczemnemu złoczyńcy w tym dziele. A Scott Thomas to teoretycznie silna kobieta, która jakimś sposobem (wydaje mi się, że było zasugerowanie, że tego też dokonała poprzez zmanipulowanie swoich synów ku zbrodni) wspięła się bardzo wysoko po szczeblach mafijnej, zmaskulinizowanej, władzy, więc jest swoistym pozytywnym archetypem dla walczących o równouprawnienie środowisk kobiecych. Tylko, że film sportretował ją jako obrzydliwego, manipulującego swoim otoczeniem człowieka i macierzyńskie monstrum, który wychowało zdegenerowanych, sadystycznych morderców i słabeuszy. No i żeby było śmieszniej, ta karykatura feminizmu zostaje ostatecznie uśmiercona przez Pansringarma, który jak wspomniałem jest tak jakby avatarem konserwatywnego, autorytarnego, patriarchalnego świata. Patrząc na to z tej strony, można zrozumieć konsternacje, które wywołał ten film.

Czy zatem Refn jest mizoginicznym reżyserem?

No nie wiem, w końcu widziałem tylko trzy filmy, ale prawdę mówiąc, wydaje mi się, że śmiało można go takim mianem określać. A jeśli miałbym jakoś bronić ten element Only God Forgives to... Hej, przynajmniej jest to znacznie lepszy obraz kobiet niż ten z Drive, gdzie grana przez Carey Mulligan bohaterka jest jak pusty, kompletnie nie zdający sobie sprawy z tego, co się wokół dzieje, przedmiot, którego jedyna funkcja polega na byciu pożądaną przez głównego bohatera. Ale pomimo tego wszystkiego OFG mi się podobał. Te cała oskarżenia o pretensjonalność, kontrowersje, głupotę i WTF są wprawdzie zupełnie zasadne, ale jak ktoś chce się zniżyć do poziomu, który reprezentuje ten obraz, to trafi na dziwny, pokręcony świat, gdzie zostają poruszane całkiem fascynujące tematy. I dlatego, 3- ode mnie.

No i to w sumie tyle, ale chciałem jeszcze wspomnieć o paru rzeczach. Soundtrack, a dokładniej, to całe śpiewanie tajlandzkich piosenek karaoke, to całkiem fajny pomysł był. Z tego co czytałem to oryginalnie chcieli wykorzystać amerykańskie szlagiery country (bardzo możliwe, że miały być śpiewane po tajlandzku, ale nie jestem pewien). W każdym razie, jak się okazało, nie mogli sobie pozwolić na opłaty za wykorzystanie amerykańskich piosenek i ostatecznie postawili na tajlandzki pop, co moim zdaniem, wypadło bardzo fajnie i atmosferycznie. A poza tym przypomniało mi Tōkyō nagaremono w reż. Seijuna Suzukiego - tam też były momenty, w których bohaterowie śpiewają piosenki. Nie powiem żeby film Suzukiego był na 100% inspiracją dla Refna, ale dokonania japońskiego reżysera to niewątpliwy filar dziwnych, noirowych kryminałów przestylizowanych do granic abstraktu i surrealizmu, więc warto znać. Natomiast jeśli chodzi o inspiracje, co do których jestem pewien, to dedykacja dla Alejandro Jodorowskiego na pewno naprowadzi każdego na właściwe tory. Refn już wcześniej dedykował chilijskiemu reżyserowi Drive, ale w przypadku Only God Forgives jest to tyle bardziej wskazane, że zaczerpnął bezczelnie wiele z Santa Sangre - kinowego przeboju roku 1989. Santa Sangre to taka psychodeliczna wariacja na temat hichcockowskiej Psychozy i jeśli oglądaliście Only God i waszymi ulubionymi elementami filmu były złe matki zmuszające niezrównoważonych synów do zbrodni, dziwne religijne motywy i odcinanie rąk, to zapewniam, że będziecie się świetnie przy Santa Sangre bawić.

I teraz to już naprawdę koniec.

---

wtorek, 24 września 2013

London is calling to the zombies of death: "Quit holding out, and draw another breath"

Jakiś czas temu na horror-blogu Buffy1977 pojawiła się recenzja Night of the Living Dead. (Tak tego Night of the Living Dead - jeśli o filmach da się bez popadania w hiperbole powiedzieć: ważny, kultowy, znany, definiujący gatunek i ceniony, to na pewno możemy tak mówić o niskobudżetowym, czarno-białym, reżyserskim debiucie George'a A. Romero.) Recenzja Buffy jest całkiem dobra, powiedziałabym, że trzyma standardowo wysoki poziom wszystkich tekstów, które możecie przeczytać na jej blogu, ale miałem do niej parę uwag, których oczywiście nie omieszkałem zgłosić w komentarzach. I w ten oto sposób ja, Buffy i koleś, który bloguję tutaj, natrzaskaliśmy pięćdziesiąt parę komentarzy o Night of the Living Dead i jego aktualności, zombie-filmach Romero, remake'u Saviniego z 1990, kryzysie ekonomicznym, strachu przed technologią, konsumpcjonizmie, politykach, kościele, Romeo i Julii i jeszcze paru innych rzeczach.

Nie namawiam was abyście poszli po linkach do recenzji Buffy i przeczytali wszystkie komentarze, bo pewnie się domyślacie jak się kończą internetowe rozmowy, w których ludzie mają odmienne zdania na jakiś temat i nie za bardzo chcą się ze sobą zgodzić, a jednocześnie nie zamierzają rezygnować z dyskusji, kiedy już zdadzą sobie sprawę, że osoba z którą rozmawiają ma inne zdanie i też nie chcę rezygnować z dyskusji. A jeśli się nie domyślacie, to takie rozmowy zwykle kończą się pięćdziesięcio paroma komentarzami wypełnionymi pasywno-agresywnymi docinkami i śmiesznymi teoriami, od których będziecie się drapać po głowie i krzywo uśmiechać. I gwoli ścisłości, mówię tu jak najbardziej o sobie, bo jeśli chodzi o śmieszne teorie (za którymi pewnie wciąż twardo stoję) i pasywno-agresywne docinki, to zdecydowanie bryluje, a nawet, wręcz monopolizuje rozmowę. Aczkolwiek, chociaż dyskusja na blogu Buffy ostatecznie bardzo mocno skręca w głupie, internetowe, słowne podchody, to dzięki niej zacząłem intensywniej myśleć o zmianach, które zaszły w gatunku zombie-rozrywki... Ok, to kłamstwo, tak naprawdę to zawsze myślę intensywnie o zombie-rozrywce. Ale to chyba normalne, nie? Każdy normalny człowiek myśli intensywnie o inwazji nieumarłych, pożerających ludzi potworów, mam rację? :)... Więc powinienem chyba powiedzieć: dyskusja na blogu Buffy skrystalizowała mi pewne teorie dotyczące rozwoju gatunku.

I tak, jeśli założymy, że filmowa zombie-post-apokalipsa albo w ogóle cała zombie-post-apokalipsa, nie ograniczając jej do filmów, miała swój początek w Night of the Living Dead - co pewnie nie jest do końca prawdą, ale załóżmy, że tak jest - to to co dzisiaj rozumiemy jako standardowe tropy zombie-gatunku, chociaż na pierwszy rzut oka, wcale nie wydają się zbyt oddalone od romerowskiego pierwowzoru, to pod pewnymi względami bardzo się różnią, a może nawet wręcz stoją w kompletnej opozycji do filmów Romero. Różnice, o których chcę tutaj pisać z grubsza sprowadzają się do sposobu, w jaki przedstawiani są ocaleni. Czyli ci ludzie, którzy zmagają się z przetrwaniem w świecie powolnie, ale dla nich i tak zbyt szybko, konającej cywilizacji; szarzy, przeciętni everymeni, z którymi identyfikuje się widz; ci, którzy spędzają lwią część romerowskiego filmowego klasyka zabarykadowani w jakimś pomieszczeniu, które ma ich chronić przed nieubłaganie snującymi w ich kierunku martwymi istotami mającymi jedynie swój niezaspokojony głód za przewodnika.

Tutaj powinienem dodać, że kiedy mówię "filmów Romero" albo "romerowskiego klasyka", to chodzi mi o jego klasyczną Trupo-trylogię: Night of the Living Dead, Dawn of the Dead i Day of the Dead. W tych trzech filmach praktycznie wszyscy "ocaleni" zachowują się w dość specyficzny sposób, tj. są naprawdę beznadziejni jeśli chodzi o przetrwanie w ich nowym post-apokaliptycznym otoczeniu. Pamiętacie jak w Night of the Living Dead, Ben (Duane Jones) i Tom (Keith Wayne) wyszli z domu, w którym się ukrywali, żeby zatankować ciężarówkę i pojechać po pomoc? No, to nie skończyło się najlepiej dla Toma i jego dziewczyny, Judy (Judith Ridley). Albo np. cały ten plan z ukryciem się w supermarkecie z Dawn of the Dead - jeśli pomyślimy o nim przez jakieś 5 sekund, to szybko dojdziemy do wniosku, że nie jest ani zbyt mądry, ani zbyt perspektywiczny. Nawet postacie, które teoretycznie wydaje się, że są dobrze przygotowane, czy, po prostu, oglądając film widzimy, że, w porównaniu z innymi, są w stanie sprawnie i świadomie poruszać się w tym nowym świecie - Ben z Night of the Living Dead komandosi SWAT (Peter [Ken Foree] i Roger [Scott Reiniger]) i gang motocyklowy Toma Saviniego z Dawn of the Dead, czy żołnierze z Day of the Dead - bardzo szybko, i często z własnej winy, tracą swoją przewagę i kończą jako pożywka dla bezmyślnych, powolnie człapiących zombiaków, które rozpanoszyły się na zgliszczach starego porządku. Jak dla mnie, nie ulega wątpliwości, że taka wizja post-apokaliptycznego świata i, bardzo krótko, żyjących w nim ludzi była jak najbardziej świadomą intencją reżysera - tzn. ogólnie mówiąc, Romero kąśliwie krytykuje gatunek ludzki i jego umiejętności przetrwania, albo raczej ich brak.

A teraz przyjrzyjmy się remake'owi Night of the Living Dead z 1990 r. Ten powstały 22 lata po oryginale film wydaje się mieć nieco schizofreniczny stosunek do czarno-białego klasyka - z jednej strony pozostaje mu dość wierny, a z drugiej mamy Barbarę. Judith O'Dea, która wcieliła się w postać Barbary w oryginale, zagrała postać przestraszoną, będąc na skraju załamania, histeryczną, kompletnie nie radzącą sobie z wydarzeniami przedstawionymi w filmie. Patricia Tallman (Barbara z remake'u Saviniego) natomiast, po początkowym szoku, który wywołuje w niej atak zombie, przeistacza się w kompetentną, zdeterminowana i aktywna bohaterkę, jedyną z garstki postaci przebywających w oblężonym domu, której udaje się przetrwać cały film. (Chociaż podobno już w latach 60, we wczesnych wersjach oryginalnego scenariusza, planowano przetrwanie tej postaci.) Co więcej, jej zachowanie, które obserwujemy podczas seansu wydaje się sugerować, że pewność siebie i siła są dla niej czymś nowym, czego nie posiadała w swoim życiu sprzed plagi zombie - to ekstremalna sytuacja, w której się znalazła, pozwoliła jej na rozbudzenie instynktów, które pozwalają jej przeżyć.

To co stało się z postacią Barbary być może była spowodowana zmianami obyczajowymi, jakie zaszły od lat 60.: chęcią dodania do historii wyraźnego elementu kobiecej emancypacji, której raczej brakowało w oryginale, albo zabiegiem formalnym: zaczerpnięciem ze struktury slashera (podgatunku horroru, który w dwóch poprzedzających remake dekadach cieszył się sporą popularnością) elementu "final girl", ale w praktyce mamy tutaj właśnie tą stojącą w opozycji w stosunku do oryginalnej romerowskiej trylogii ewolucje zombie-gatunku. Ludzie przestali być skazanym na pożarcie, albo gorzej, wymierającym gatunkiem, który w bezmyślnym stuporze zmierza od jednego głupiego pomysłu na przetrwanie do drugiego. Pojawiła się nadzieja - teraz mogli się zmienić, dostosować do nowego środowiska, przetrwać, a nawet można powiedzieć, że na swój sposób prosperować. Np. o ile dobrze pamiętam to grupka wieśniaków z końcówki filmu, ta która zebrała się, aby przeciwdziałać zombie-pladze, radzi sobie zupełnie nieźle w nowej sytuacji. No jasne, są okrutni, sadystyczni i bez skrupułów, a nawet z pewną przyjemnością, oddaje się eksterminacji pałętających się w pobliżu nieumarłych, ale tak właśnie musi się zachowywać człowiek aby przetrwać na post-apokaliptycznej Ziemi.

Ucieczka w zabójcze instynkty, porzucenie współczesnych norm, wartości i człowieczeństwa nie było rozwiązaniem, które młody Romero zignorował w swoich dziełach, oglądając je zauważymy przejawy takich zachowań. Ale w starych filmach nie są one brane pod uwagę jako alternatywa, która doprowadzi ludzi do przetrwania. W oryginalnym Night of the Living Dead, Romero przedstawił oddział walczących z zombiakami rednecków jako lękliwych, słabo zorganizowanych i głupich (w końcu, przez przypadek zabijają nam głównego bohatera). W Dawn of the Dead i Day of the Dead są i gang motocyklowy, i żołnierze, którzy swoim zachowaniem bardzo przypominają wiśniaków z filmu Saviniego. Ale ich przewaga - którą wypracowali niemoralnym, sadystycznym i bezwzględnym pragmatyzmem - okazuje się iluzoryczna. Nie chcę tutaj jakoś autorytatywnie stwierdzić, że Savini i Romero (który chyba sam wprowadził scenariuszowe poprawki do remake'u) zmienili w 1990 zasady gatunku, bo pewnie już wcześniej były filmy, które podchodziły do zombie-post-apokalipsy inaczej niż definiująca gatunek "Trupo-trylogia". Niektóre z tych filmów być może były zbliżone w wydźwięku do remake'u z 1990, a inne mogły iść w jeszcze jakimś zupełnie innym kierunku. Ale wspominam tutaj o remake'u oryginału, po pierwsze, dlatego, że to remake oryginału i dzięki temu dobrze w nim widać tą "stojącą w opozycji w stosunku do oryginalnej romerowskiej trylogii" ewolucje zombie-gatunku, a po drugie, to tylko przystanek na drodze do ostatecznego celu - czyli The Walking Dead.

Super popularny amerykański komiks stworzony przez Roberta Kirkmana i Tony'ego Moore'a, który w 2010 został zaadaptowany w jeszcze bardziej super popularny serial telewizyjny, z Frankiem Darabontem (The Shawshank Redemption, The Green Mile, The Mist) w roli showrunnera (a przynajmniej był nim w pierwszym sezonie), jest, z całą pewnością, uznawany przez współczesne pokolenie za ideał zombie-post-apokaliptycznego gatunku. Stoją za nim (za serialem i komiksem) zarówno sukcesy komercyjne, pozytywne opinie krytyki, jak i uwielbienie fanów, ale jak ten multimedialny zombie-fenomen ma się do opisywanych tutaj przeze mnie cech "Trupo-trylogii"? Zwłaszcza, że - o ile mi wiadomo - Robert Kirkman (scenarzysta komiksu) jest wielkim fanem filmów Romero i chętnie przyznaje, że to właśnie bogate w żywe trupy klasyki romerowskiej filmografii są naczelną inspiracją dla jego opus magnum.

(Zanim przejdę do rzeczy, jeszcze tylko szybko oznajmię, że nie jestem jakoś super obcykany w serialu The Walking Dead - widziałem tylko ze 3 czy 4 odcinki. Ale naczytałem się sporo oryginalnego komiksu i choć serial dodaje jakieś nowe postacie i zmienia niektóre wątki, to wydaje się dość wiernie oddawać ducha materiału źródłowego, więc czuje się względnie komfortowo podpinając te swoje wywody pod sam serial, ale... no nie wiem, tak na wszelki wypadek, informuje.)

A więc, kiedy śledzimy losy bohaterów The Walking Dead dość szybko okazuje się, że tutaj każdy jest jak Barbara (czy wieśniaki) u Saviniego. Postacie, które nie reagują poprawnie na zmiany zachodzące w fikcyjnym świecie, tj. nie wykształcają w sobie dość szybko pragmatycznego instynktu przetrwania, są szybko unicestwiane, bądź delegowane do roli tła, podczas gdy prawdziwi bohaterowie są w stanie przełamać desperację, odrzucić dawny styl życia i za pomocą mniej lub bardziej kontrowersyjnych poświęceń i kompromisów moralnych kroczyć dzielnie, niczym amerykańscy osadnicy zdobywający Dziki Zachód, ku zalążkom nowej cywilizacji. W pewien sposób ten nowy zombie-świat proponowany przez The Walking Dead, przypomina mi to co się stało w ostatniej dekadzie z nieumarłymi kolegami żywych trupów, tj. wampirami. W wampirzych romansach, które, chyba jeszcze wciąż można powiedzieć, cieszą się ogromną popularnością, pomimo że większość fanów horroru stara się od nich ostentacyjnie odciąć, widzimy jak bohaterka wchodzi w skrywany przed śmiertelnikami świat nieśmiertelnych krwiopijców, i choć tradycyjnie takie historie kończyły się mniej lub bardziej tragicznie dla młodej dzierlatki, to teraz taka dziewczyna potrafi ujarzmić polującego na płynący w jej żyłach, życiodajny płyn, drapieżce, i z grubsza, oswoić się z życiem w tajemnych kazamatach dzieci nocy. Teraz być może jacyś fani serialu zaczną się burzyć za takie porównanie, ale jeśli się nad tym uczciwie zastanowić, to czemu nie? W końcu satyryczno-krytyczno-czyniczne - i w konsekwencji katartyczny - obraz ludzkości, który prezentował Romero w swoich filmach, został zastąpiony serializowaną przygodą, która niby ma nas szokować swoim cynizmem i bezwzględnością, ale prawda jest taka, że my jako widzowie lgniemy do bohaterów takiego świata i się z nimi identyfikujemy. Przez to ten nurt horroru zmienił się w eskapistyczną fantazje o własnej wielkości. Stał się miejscem gdzie możemy się udać i odpocząć od pracy, rachunków, nudy i kłopotów normalnego życia. Zamiast tego przez czterdzieści parę minut tygodniowo obcujemy ze światem gdzie proste, niemoralne - ale w zaistniałej sytuacji, dające się usprawiedliwić - wybory decydują o "naszym" losie. Wypada się zastanowić czy w takim wypadku to jest jeszcze horror, bo tak właściwie myśl życia w postapokaliptycznej, zamieszkałej przez zombie rzeczywistości przestała być dla nas czymś wzbudzającym lęk czy dyskomfort, a zamiast tego zaczęliśmy się zastanawiać jak się w niej wygodnie urządzić. (M.in. stąd moje porównanie do wampirycznych romansów.)

Nie rozpisuję się tak tutaj, dlatego że uważam, że The Walking Dead to jakieś straszne gówno, czy że jak dla mnie stare horrory to były zajebiste, a teraz to nieporozumienie i misinterpretacja ideałów sierpnia... (Chociaż - prawdę mówiąc - raczej preferuję stare horrory, a The Walking Dead [komiks], dopóki się nie znudził - bo właściwe ciągnął w nieskończoność te same powtarzające się motywy - to  nawet mi się podobał... Serial, to nie wiem? Chyba tak ogólnie, to wydaje się być w porządku, ale myślę sobie, że gdybym go oglądał, to znudziłby mi się tak samo jak komiks.) Rozpisuję się tak dlatego, bo jestem ciekaw, co ty o tym myślisz, drogi czytelniku... A więc, co o tym myślisz, drogi czytelniku?

środa, 21 sierpnia 2013

RIP Elmore Leonard

Nie wiem czy wiecie, ale wczoraj zmarł Elmore Leonard: amerykański pisarz, autor głównie kryminałów i thrillerów (update: i wygląda na to, że napisał też parę scenariuszy filmowych i od groma westernów - tak się właśnie dzieje kiedy ktoś nie zrobi researchu, potem trzeba się poprawiać :)). Leonard był trochę jak Philip K. Dick, Stephen King i John Grisham w tym sensie, że jego proza była dość intensywnie eksploatowana przez kino i telewizję. Co więcej, eksploatacja ta doprowadziła do powstania kilku nierdzewnych klasyków amerykańskiej kinematografii gatunkowej. Mowa tu o takich rzeczach, jak: 3:10 to Yuma (razy dwa), Mr. Majestyk, 52 Pick-Up, Stick, Jackie Brown, Out of Sight, czy znakomity serial telewizji FX, Justified, który opiera się na jego opowiadaniu "Fire in the Hole". (Powstało też sporo nie-klasyków, ale tak ogólnie to całkiem sympatycznych filmów, jak np. Get Shorty, The Big Bounce, czy Be Cool.) Osobiście to nigdy nie czytałem żadnej z jego książek, ale wiem, że jego twórczość była bardzo ceniona przez fanów, kolegów po fachu i popularnych filmowców - nie raz, nawet chciałem się za coś zabrać, no ale wiecie, zawsze odkładałem to na później. Teraz, kiedy faceta nie ma już wśród nas, trochę mi smutno, że nie znalazłem czasu na twórczość, która zainspirowała jedne z fajniejszych filmów jakie widziałem.


sobota, 10 sierpnia 2013

You call your metal black? Its just plastic, lame, and weak - recenzja "Sinister"

Sinister (2012), reż. Scott Derrickson, IMDb
Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że Scott Derrickson ma dzisiaj pozycję reżysera horrorów, który nie dość że kreci autentycznie straszne i doceniane filmy, to jeszcze - z nawiązką - zwracające się komercyjnie. Nie mogę powiedzieć, żebym ja sam widział w nim takiego gatunkowego Midasa, ale z drugiej strony, nie śledzę też specjalnie jego kariery. Nie widziałem ani jego remake'u The Day the Earth Stood Still, ani bardzo popularnego, The Exorcism of Emily Rose (Chociaż z tym ostatnim, to nie jestem pewien, bo jak patrzę na trailer, to wygląda znajomo - może gdzieś mi kiedyś coś w telewizji mignęło.) Ale z jakieś, chyba, dziesięć lat temu, widziałem Hellraiser: Inferno: pierwszą część serii o Cenobitach, która nie miała premiery kinowej, i pierwszą, od oryginały, do której scenariusz powstał bez udziału Petera Atkinsa. Za napisanie Inferno wzięli się Derrickson i Paul Harris Boardman, czyli ten sam team, który pięć lat później napisał The Exorcism of Emily Rose. Nie wiem jakie teraz miałbym odczucia względem piątej części Hellraisera, ale pamiętam, że swego czasu, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, sprawnie łącząc klasyczne elementy uniwersum stworzonego przez Clive'a Barkera ze - stereotypową, ale całkiem fajną - stylistyką noir. Prawdę mówić była to jedna z moich ulubionych odsłon tej filmowej serii. Chyba nawet stawiałem ją na drugim miejscu zaraz po kultowej jedynce. No i tak z grubsza, do tej pory, wyglądała moja historia z filmografią Derricksona...

Aż do teraz, bo ostatnio uzupełniłem ją o Sinister: ostatni film amerykańskiego reżysera-scenarzysty, i horrorowy hit ubiegłego roku. Śledzimy w nim historię Ellisona Oswalta (Ethan Hawke), popularnego pisarza z gatunku true crime, który zdobywszy sławę poprzez napisanie kontrowersyjnego reportażu odsłaniającego kulisy jakiejś brutalnej zbrodni i obnażającego niekompetencje policjantów prowadzących dochodzenie, stara się utrzymać na czele literackiej stawki angażując się w research nad kolejnym makabrycznym morderstwem, które zastopowało lokalną policję.

Nasz bohater wraz z - nieświadomą co do przerażającej historii ich nowego gniazdka - rodziną (Juliet Rylance, Michael Hall D'Addario, Clare Foley), wprowadza się do domu, w którym poprzedni właściciele zostali powieszeni na stojącym nieopodal drzewie, a ich najmłodsza córka zaginęła bez śladu. Rozwikłując zagadkę nowego miejsca zamieszkania, dzielny pisarz, mógłby uczynić swoje odkrycia kanwą nowego bestsellera. I rzeczywiście, z początku wszystko wskazuje na to, że szczęście sprzyja Oswaltowi, gdyż bardzo szybko wpada mu w ręce tajemnicze pudełko z kolekcją domowej roboty filmów, wśród których znajduje się m.in. zapis ostatnich chwil ex-właścicieli... A dalej, the plot, as they say, thickens.

Nie mam jakoś specjalnie wielu ciekawych rzeczy do powiedzenia o tej produkcji, a to co mam, da się z grubsza streścić słowami: ten film jest z deka chujowy.

Ta chujowość przejawia się w kilku różnych elementach, a pierwszym, który rzuca się w oczy, jest brak jakiejkolwiek oryginalności. Twórcy kalkują, przede wszystkim, z trzech źródeł: The Shining, Peeping Tom i Ringu. Dlatego w filmie mamy rodzinę, której głową jest zmagający się ze swoją karierą pisarz, wprowadzającą się do pewnego miejsca z tajemniczą przeszłością, aby tatuś mógł poświęcić się pisaniu swojego dzieła. I poświęca się tak bardzo, że wpada w obsesję zamykania się w swoim pokoju i przeżywania, nakręconych super-ósemką, filmów snuff, w których pojawia się przerażająca postać o długich kruczoczarnych włosach, a od czasu do czasu, barierę oddzielającą projektowany obraz od świata materialnego przekroczy mała dziewczynka, czy jakieś inne dziecko. Poza zrzynkami ze wspomnianej trójki, w filmie, doświadczymy też nieświadomie przyzwanego sumeryjskiego demona (tak zgadza się, cała intryga oscyluje wokół sumeryjskiego bóstwa, czy demona, co jest z mojej strony spojlerem, ale whatever), a tutaj, poniekąd, Evil Dead się kłania. No i jest jeszcze scena, w której syn głównego bohatera robi mostek jak dziewczyna z The Exorcist. Wymieniłem tu tylko te rzeczy, które rozpoznałem, ale jestem pewien, że jest tego dużo więcej. Nie wiem, może scenarzysta i reżyser założyli się z kimś o to ile im się uda wepchnąć horrorowych nawiązań do jednego filmu. I nie twierdzę, że takie szafowanie filmowymi cytatami, to jakaś straszna, dyskwalifikująca wada - wręcz przeciwnie, lubię takie zabiegi - ale w przypadku Sinister, wszystkie nawiązania są z dobrze znanych "żelaznych klasyków" i raczej nie było szans na to, że Derrickson i spółka przebiją oryginały. A ponieważ nie ma się też wrażenia (przynajmniej ja nie miałem), że jest to jakaś postmodernistyczna zabawa czy błyskotliwy komentarz nad gatunkiem, to te wszystkie hołdy składane horrorowym gigantom bardzo szybko robią się strasznie wkurzające.

Kolejną rzeczą, która budzi moje wątpliwości, jest fakt, że ten film nie jest straszny. I żeby było jasne. Nie jestem kolesiem, który zapodaje sobie odświętnie horror i jak coś nie zajarzy, i się wynudzi, to powie, że film "nie jest straszny". Nie, nic z tych rzeczy. Otóż, dokładnie sobie ten film przeanalizowałem (you know, with my mind) i wyszło mi, że klimat i atmosfera grozy, które, przyznaje, z początku nawet dają radę - głównie za sprawą nawet ciekawej zagadki, wizualnej strony filmu, a także muzyce i efektom dźwiękowym (które są bez wątpienia najmocniejszym elementem tej produkcji) - zostają kompletnie zaprzepaszczone poprzez, delikatnie mówiąc, głupie i kuriozalne decyzje reżysera. I tak, ucharakteryzowanie swojego slasherowego mordercy, który tak naprawdę jest duchem, który tak naprawdę jest częścią starożytnego sumeryjskiego panteonu na gitarzystę Slipknota nie jest zbyt rewelacyjnym pomysłem. Podobnie, wzbudzać zastrzeżenia może ubranie, opętanych przez wredne bóstwo, małych dzieci w jakieś łachy, usmolenie twarzy, a potem zmuszanie ich do odtańczenia jakiegoś tańca współczesnego wokół Ethana Hawke'a. A wiecie co byłoby dobrym pomysłem? Dobrym pomysłem byłoby np. postaranie się o to, aby drugi akt nie powtarzał ciągle scen, w których jakiś tajemniczy odgłos budzi bohatera ze snu i ten zaczyna chodzić, przestraszony, po domu - bo to się szybko robi nudne.

Nie mówiąc już o tym, że te repetycje raczej rozbrajają ogólny efekt jaki twórcy chcieli osiągnąć slipknotowym cosplayerem i materiałami found footage, które ogląda Ellison. W końcu, nawet jeśli podoba wam się image antagonisty (a z tego co czytałem to się ludziom nawet podoba), to kiedy okaże się, że jedyne co robi (antagonista) przez cały film to pojawiania się znikąd przy nagłym dźwiękowo-muzycznym szarpnięciu i złowieszcze wpatrywanie się swoimi martwymi, czarnymi ślepiami, to zapewniam, że szybko stracicie do niego szacunek, którym powinno się dążyć takie ekranowe monstrum.

Analogicznie sytuacja ma się z filmikami przedstawiającymi zabójstwa rodzin. Z początku są w porządku. Pierwszy raz zobaczycie jeden na samym początku filmu, i jest całkiem ok, buduje klimat, atmosferę, ogólnie spełnia swoje zadanie. Ale potem, wraz z bohaterem, oglądamy go znowu, i znowu, i potem oglądamy jakiś następny, i następny. I te filmy powoli stają się parodiami samych siebie. I zaczynają niemiłosiernie irytować. I jak już napisałem, cała groza gdzieś się ulatnia.

OK, żeby już wyjść na kompletnego pedantycznego dupka, muszę jeszcze wspomnieć o scenariuszu - konkretnie chodzi o modus operandi sumeryjskiego bożka. Otóż w filmie wygląda to następująco: główny bohater ogląda taśmy z nagraniami morderstw i w ten sposób, nieświadomie, wprasza do domowego ogniska pogańską zjawę, która (i tutaj uwaga, bo zacznę spojlerami sypać) zaczyna nawiedzać bohatera i sukcesywnie opanowywać umysł jego córki. W końcu, Ethan Hawke ma już dość siedzenia w nawiedzonym domu, zabiera rodzinę i postanawia uciec od tego całego koszmaru, ale, and here's the twist, zmiana miejsca zamieszkania dopełnia sumeryjską klątwę, bo teraz nasz demon może wykorzystać opętaną dziewczynkę do zgładzenia, niczego nie podejrzewającej, rodziny i posiąść jej nieśmiertelną duszę... or somethin'.

A więc po pierwsze, cały ten pomysł to upośledzona wersja kasety wideo z Ringu - tam ludzie oglądali przeklętą kasetę wideo, a po tygodniu umierali w tajemniczych okolicznościach, a tutaj, oglądają taśmy, a umierają (w tajemniczych okolicznościach) po przeprowadzce do innego domu. A po drugie, to jest po prostu głupie, bo okazuje się, że to samo co przeżywa (wraz z rodziną) Ethan Hawke, spotkało też tych ludzi, w których domu zamieszkał - tych co zawiśli na drzewie, na początku filmu. Tzn. wcześniej mieszkali w innym domu, w którym też została zamordowana rodzina i znaleźli pudełko z taśmami, które ktoś musiał zacząć oglądać. A przed nimi to samo spotkało tą rodzinę zamordowaną w ich domu. I jeszcze wcześniej też to kogoś spotkało, i jeszcze wcześniej też, i wcześniej też itd. (do kilkudziesięciu lat wstecz). I gdzieś tak minutę po uświadomieniu sobie tych rewelacji strzelacie sobie plaskacza w czoło i mamroczecie: "Ok, to te dwie godziny życia mogę już uznać za zmarnowane". (W sumie, to jak jesteście mądrzejsi ode mnie - co nie jest specjalnie trudne - to możecie sobie strzelić tego plaskacza gdzieś tak po 30 sekundach albo nawet w połowie filmu, jak już się domyślicie gdzie to wszystko zmierza).

Problem z tym rozwiązaniem polega na tym, że człowiek zaczyna się zastanawiać dlaczego np. rodzina, która zawisła na drzewie nie powiadomiła policji o tym, że znalazła pudełko z filmami snuff w swoim domu (tzn. w tym domu, w którym wcześniej mieszkali). I wiem, że Ethan Hawke też nie zawiadomił, ale on miał powód - chciał sam rozwiązać zagadkę, żeby być sławny i bogaty. No, i to głupi powód i czyni z niego mało sympatycznego protagonistę, ale go miał, a pozostałe rodziny, to już nie wiadomo czemu nie mogli tego zrobić. Poza tym, policjanci w tym filmie są przedstawieni jako niekompetentni idioci, ale dżizas, naprawdę mam wierzyć, że nigdy nie zauważyli, że jedna z tych rodzin, które zostały brutalnie zamordowane i ich dziecko zapadło się pod ziemię, kilkanaście lat wcześniej mieszkała w domu, w którym zdarzył się coś podobnego, i że może się to jakoś łączy? Bo tu już chyba trochę przesadzają z tym dobrowolnym zawieszeniem niewiary.

Zdaje sobie sprawę, że jeśli istnieje piekło, to pewnie jest w nim specjalnie przygotowane miejsce dla idiotów, którzy narzekają, że filmy są nierealistyczne, i to co się dzieje w Sinister nie jest pewnie nawet w pierwszej dziesiątce głupot jakie wymyślali scenarzyści horrorów, ale ten film, z grubsza, ogląda się tylko dla rozwiązanie tej zagadki. Nie ma w nim ani wielowymiarowych bohaterów, ani głęboka zakamuflowanych przesłań o prawdziwej naturze człowieka, ani nawet odpowiednio krwawej horror-jatki, która by odwróciła uwagę od scenariuszowych głupot - cały ten film to po prostu niby klimatyczny, detektywistyczno-proceduralny horror. A więc, jeśli z miejsca zauważymy, że rozwiązanie zagadki jest głupie czy nielogiczne, to to na pewno nie wpłynie pozytywnie na odbiór tego obrazu.

No dobra, to daje 2. Oceniłbym niżej, ale dzięki brawurowemu wykorzystaniu muzyki - no i jakby tak zmrużyć oczy, to można by powiedzieć, że aktorstwo jest w miarę kompetentne - ten film dźwiga się z kompletnego gówna na poziom nijakiej średniości. W sumie, to jakby ktoś tak kiedyś trafił na Sinister w telewizji nie mając żadnej wiedzy o tym filmie, to jestem w stanie sobie wyobrazić, że po seansie wzruszy ramionami, machanie ręką, powie, że ogólnie to mogło być, a następnego dnia zapomni, że w ogóle coś oglądał, ale mając świadomość, że coś takiego było okrzyknięte jednym z najlepszych horrorów 2012, to ciężko nie być rozczarowanym.

---
  • Zobacz trailer.
  • Gif z filmu znalazłem na tumblerze... Nie, nie wiem na czyim tumblerze, po prostu wpisałem w google i mi wyskoczyło. Nie wiem jak działa tumblr, jestem stary... Dajcie mi spokój.
---

PS Ostatnio oglądałem też Session 9 z 2001 - film w reżyserii Brada Andersona i z Peterem Mullanem, Davidem Caruso (jeszcze zanim wspiął się na szczyty drewnianego aktorstwa w serialu CSI: Miami) i Brendanem Sextonem III w rolach głównych - i to w sumie całkiem podobny film do Sinister, czyli z deka shiningowy, atmosferyczny horror osadzony w ponurym miejscu, które w subtelny sposób wydaje się wzbudzać szaleństwo w grupce przebywających tam bohaterów (w tym wypadku jest to ekipa robotników usuwających azbest). Film w ambiwalentny sposób wysuwa tezy co do źródła przedstawionych w nim zdarzeń, sugerując nam, że przyczyny mogą być zarówno paranormalne, jak i krucha ludzka psychika. Jest nawet wątek, w którym jeden z protagonistów stara się - w podobnie do postaci Ethana Hawke'a, obsesyjny, sposób - zgłębić przeszłość tajemniczego miejsca pracy poprzez, tym razem, odsłuchiwanie taśm magnetofonowych. A także klimatyczna dark ambientowa ścieżka dźwiękowa. Ale w przeciwieństwie do Sinister, Session 9 tworzy, i utrzymuje do samego końca, gęstą atmosferę, podkreśloną przez kilka całkiem fajnych i zapadających w pamięć "strasznych" sekwencji, które są oparte głównie na zręcznym i pomysłowym operowaniu kamerą... I skoro mowa o kamerach, to trzeba też dodać, że ten film wygląda trochę dziwnie, tzn. jak produkcja Teatru Telewizji, czy coś takiego. Z tego co wyczytałem, to był jeden z pierwszych filmów kręconych kamerą Sony 24P HD (która nagrywa 24 klatki na sekundę) i w większości przy naturalnym świetle, więc to pewnie dlatego tak wygląda... Ale summa summarum, chcę powiedzieć, że jak chcecie obejrzeć coś w klimacie Sinister, ale żeby przyzwoite było, to sprawdźcie sobie Session 9.

sobota, 1 czerwca 2013

Psycho killer! Qu'est-ce que c'est? Fa fa fa fa fa fa fa fa far far better. Run run run run run run run away - recenzja "Maniac"

Maniac (2012), reż. Franck Khalfoun, IMDb
Normalnie nie mam jakoś ciśnienia na oglądanie remake'ów starych slasherów, ale nowy Maniac zgarnął parę pozytywnych recenzji, więc pomyślałem, że nie zaszkodzi sprawdzić.

Kiedyś oglądałem oryginalny film Williama Lustiga i nie mogę powiedzieć żebym należał do grona wielbicieli, ale to zupełnie solidnie zrobiona rzecz, sławę zawdzięczająca głównie efektownie zrealizowanym scenom mordów i skalpowania ofiar, która to czynność była wizytówką seryjnego mordercy, tytułowego maniaka, granego przez aktora charakterystycznego, Joe Spinella (również producenta i scenarzysty filmu), znanego między innymi z takich kultowych obrazów (no, może nie tyle znanego, co się gdzieś tam w nich, na bliższym lub dalszym planie, przewinął) jak: The Godfather, The Seven-Ups, Taxi Driver, Rocky, Sorcerer i wielu innych. Krwawe sceny, z oryginalnego Maniaca, zawdzięczają swoją "extra-krwistość" Tomowi Saviniemu, który większości z nas - nie obeznanych z "kulturą wysoką" czytelników i pisarzy blogów filmowych, którym się wydaje, że poznali ścieżki X Muzy w stopniu zadowalającym - może się skojarzyć z odzianym w skóry i wyposażonym w szybkostrzelnego, sztucznego, rewolwero-penisa bywalcy spelunki znanej jako, Titty Twister, i... No, to w sumie też dobrze, bo to on, ale powinniście raczej pomyśleć: Aha, Tom Savini: żywa legenda kina grozy i człowiek, który stworzonymi przez siebie efektami specjalnymi i make-upem już od pięciu dekad wywołuje problemy z trawieniem u horror-fanów na całym świecie. Pomijając udział Saviniego, ejtisowy Maniac to brzydki, tani i z dzisiejszej perspektywy, śmieszny i niedorzeczny film (zresztą, z perspektywy ówczesnego widza pewnie też był śmieszny i niedorzeczny... i brzydki... i tani), co nie znaczy, że nie oferujący pewnych, charakterystycznych dla swojego gatunku, prostych przyjemności. I tak, reżyseria Lustiga jest solidna niczym ceglany sracz stojący za domem, a sceny mordów posiadają napięcie zbudowane z niemalże hitchcockowską precyzją. Ponadto, film w ciekawy sposób rezygnuje z konwencjonalnego sposobu opowiadania historii i skupia się na pokazywaniu dosadnej przemocy, jednocześnie dbając o to, by widz mógł sobie wyłuskać motywację i background głównego bohatera poprzez subtelne (tzn. no... tak subtelne jak tylko potrafią być niskobudżetowe horrory klasy B) aluzje zawarte w dialogach i zachowaniu naszego maniaka. Na wzmiankę zasługuje też rola Spinella, który choć śmieszny i niedorzeczny, zagrał w sposób absolutnie brawurowy i zapadający w pamięć.

I to tyle o oryginalnym Maniacu.

A teraz przewińcie sobie o 22 lata do przodu, kiedy to francuski aktor, reżyser - Franck Khalfoun; zaliczający się do New French Extremity, a obecnie robiący karierę w Stanach przeróbkami klasycznych horrorów, reżyser i scenarzysta - Alexandre Aja; scenopisarski partner Aja'y - Grégory Levasseur; i aktorska gwiazda tego przedsięwzięcia - Elijah Wood, połączyli siły, aby odświeżyć historię Franka Zito. Panowie odświeżyli ją w sposób raczej kosmetyczny, uwspółcześniając i zmieniając pewne szczegóły, ale ogólnie dość wiernie trzymając się oryginału, tzn. śledzimy poczynania Franka (Elijah Wood), który spędziwszy dzieciństwo w cieniu rozwiązłej, i psychicznie maltretującej i poniżającej go matki, będzie jako dorosły człowiek starał się opanować swoją psychopatyczną żądzę krwi skierowaną wobec napotykanych kobiet. Film jest slasherem, więc pewnie już się domyślacie, że te jego starania nie będą mu wychodziły zbyt rewelacyjnie. Przysłowiowym asem w rękawie Francka Khalfouna, tym co ma odróżnić jego wersję od oryginału i wyróżnić spośród innych współczesnych horrorów o seryjnych mordercach, ma być... eee... Tak właściwie to Khalfoun ma dwa takie asy. Pierwszym jest obsadzenie w roli głównej Elijah'a Wooda, który fizycznie nie ma wiele wspólnego z Joe Spinellem, co filmowcy postanowili w raczej niezręczny i irytujący sposób wytknąć w jednej z pierwszych scen filmu - kiedy Frank idzie na spotkanie z dziewczyną poznaną na internetowym serwisie randkowym, a ta widząc go oznajmia, że spodziewała się grubego olbrzyma z długimi, tłustymi włosami i ospowatą twarzą. A drugim (asem), efektowna audiowizualna otoczka filmu, na którą składa się skomponowana przez niejakiego Roba muzyka, przywodząca na myśl, stworzone przez Jaya Chattaway'a, kompozycje z oryginalnego Manica jak i inspirowane latami 80., bogate w syntezatorowe brzmienia, soundtrackowe dokonania Cliffa Martineza*. A także konsekwentne filmowanie niemalże wszystkich wydarzeń w stylu POV (à la Smack My Bitch Up).

Jak rozumiem, kręcenie filmu w taki sposób i dodawanie dialogów Wooda w postprodukcji musiało się wiązać z licznymi technicznymi i logistycznymi trudnościami, których pokonywanie dało filmowcom mnóstwo satysfakcji. Trzeba przyznać, że jest to też niecodzienny pomysł na opowiedzenie historii, wizualnie intrygujący i dający się na różne, ciekawe sposoby interpretować, a także świadczy o pewnego rodzaju filmowej erudycji u Khalfouna (czy też u kogoś, kto wpadł na pomysł takiego przedstawienia filmowej intrygi). Otóż na początku lat 60. Michael Powell - połowa brytyjskiego, scenariuszo-reżysersko-producenckiego duetu znanego jako The Archers (49th Parallel, Black Narcissus, The Red Shoes, The Tales of Hoffmann) - nakręcił, w swoim czasie budzący wielkie kontrowersje i podobnie jak współczesny Maniac korzystający (chociaż nie aż tak obficie) z widoku z pierwszej osoby, proto-slasher pt. Peeping Tom. Film Powella został zmiażdżony przez krytyków, co poważnie zaszkodziło karierze reżysera, nawet doprowadzając do wykluczenia go z brytyjskiego środowiska filmowego. Zła sława, która go otaczała trwała do drugiej połowy lat 70. kiedy to filmy Archersów doczekały się krytycznej reewaluowacji. A pochlebne opinie posypały się ze strony młodych, wpływowych filmowców tamtej dekady - m.in. Francisca Forda Coppoli, Martina Scorsese, Briana De Palmy, czy George`a A Romero. Peeping Tom nagle stał się klasykiem brytyjskiej kinematografii i jednym z najlepszych dreszczowców, jakie kiedykolwiek powstały na Wyspach, a wspomnieni Scorsese i Romero - który obecnie jest współwłaścicielem praw do zrimejkowania filmu Powella - byli jednymi z bardziej udzielających się piewców geniuszu historii filmowca-podglądacza.

Teraz, jeśli w swoich celuloidowych wojażach zaliczyliście seans z Tomem, i siądziecie do Maniaca z 1980, to może wam przyjść do głowy myśl, że Lustig i Spinell czerpali co nieco z tego, o dwadzieścia lat starszego, gatunkowego protoplasty. Widać to między innymi w postaciach bohaterów, którzy obaj są mężczyznami z psychiką rozszarpaną przez metody wychowawcze jednego z ich rodziców**, a w czasie trwania seansu możemy obserwować, jak mimo woli, brutalnie pochłania ich szaleństwo. Kolejnym podobieństwem jest klimaktyczny finał obu filmów. Oba kończą się zejściem głównego bohatera, kiedy to ukrywając się w swoim domu, otoczony trofeami i pamiątkami ze swoich zbrodni, lub też, symbolami swoich obsesji - czy będą to przyozdobione skalpami i ubrane w ubrania ofiar, manekiny w Maniacu, czy aparaty fotograficzne, kamery, sprzęt filmowy i filmy nakręcone przez bohatera Peeping Toma - przeżywa ostatnie, makabryczne załamanie... Hmm, chyba właśnie zespojlowałem wam oba te filmy... No cóż, tak bywa.

Co ciekawe, Maniac w najnowszej odsłonie, idzie w swojej inspiracji, Peeping Tomem, jeszcze dalej niż ejtisowy oryginał. Nie chodzi tylko o filmowanie w stylu POV, ale też o uczynienie z Franka Zito nieśmiałego, introwertycznego artysty, który zakochuje się w młodej artystce (Nora Arnezeder) i pomaga jej w realizacji artystycznego przedsięwzięcia, co również jest bezpośrednim nawiązaniem do filmu Powella. Są wprawdzie podobne wątki w Maniacu Lustiga, ale nie są to aż tak oczywiste nawiązania do Toma.

No ale wiecie, wszystkie te bzdury są bardzo fajne i można by o nich jeszcze długo rozprawiać, ale to nie zmienia faktu, że nowy Maniac po prostu nie jest dobrym filmem. Jak dla mnie winę za to ponosi właśnie sposób w jaki został nakręcony. Wspomniane już kilkakrotnie POV, które momentami wygląda całkiem nieźle - głównie wtedy, gdy Frank stalkuje swoje ofiary - jest zdecydowanie nadużywane. W scenach, w których Frank rozmawia z innymi postaciami, czy zmaga się z wewnętrznymi demonami, novum tej technicznej zabawy kamerami bardzo szybko się wyczerpuje. Poza tym, ma się wrażenie, że wydymali Wooda obsadzając go w takiej roli. Nie chodzi mi o to, że się nie nadaje, tylko że ograniczając jego czas ekranowy do minimum, i przedstawiając nam graną przez niego postać za pomocą przefiltrowanych przez studyjne pogłosy dialogów i pojawiających się z offu części ciała nie dali mu za bardzo szansy na pokazanie aktorskich umiejętności, czy stworzenia postaci, która by robiła na widzach takie wrażenie, jak kreacje Spinella czy Karlheinza Böhma. Nie mogę wprawdzie powiedzieć, żeby aktorstwo jakie prezentuje ta dwójka w swoich filmach było nie wiadomo jak wybitne, ale przypuszczam, że zrobi na każdym wrażenie. A Elijah Wood kiedy, już pojawi się na ekranie, to najczęściej budzi skojarzenia z małym hobbitem, który stara się, zwalczyć zgubne efekty Jedynego Pierścienia, tylko że zamiast wielkich, owłosionych stóp ma rzadki zarost i niemodne ubranie.

Reasumując, film jest na 2+. Da się obejrzeć, ale nie oferuje zbyt wiele poza technicznymi popisami i nawiązaniami do klasyki gatunku - nie epatuje niskobudżetową ohydą równie skutecznie jak oryginał, ani nie komentuje równie ciekawie na temat obsesyjno-wojerystycznych skłonności osób, które robią i oglądają takie filmy (czy też po prostu: "robią i oglądają filmy") jak Peeping Tom. Nowy Maniac jest po prostu...

---
---

*Tutaj mam na myśli, oczywiście, muzykę z Drive. Muszę przyznać, że to skojarzenie mogłoby nie być dla mnie takie oczywiste, gdyby nie recenzja Arka Szpaka, którą przeczytałem przed seansem z khalfounowskim Maniaciem. Nie wiem czy to nawiązanie było zamierzonym działaniem francuskich filmowców, ale taka kradzież / czerpanie z filmu Winding Refna jest poniekąd usprawiedliwione, gdyż rozsadzenie głowy Christiny Hendricks, mogło być zainspirowane sceną śmierci Disco boya z oryginalnego Maniaca, potwierdzając tym samym po raz kolejny, że popularny duński reżyser jest irytującą, europejską, mniej utalentowaną wersją Quentina Tarantino i w ogóle, przestańcie go wszyscy aż tak chwalić.

**Ponieważ w przypadku Maniaca jest to matka, można przypuszczać, że twórcy mogli się trochę zainspirować, również powstałym w 1960 r., innym filmem, innego angielskiego reżysera, który o wiele szybciej doczekał się pochwał ze strony krytyków, a dziś także jest uznawany - i to pewnie znacznie bardziej niż Peeping Tom - za kamień milowy w rozwoju gatunku.

Sound and Vision 01.06.13 (In Search of Steve Ditko)

W celach edukacyjnych prezentuje...

In Search of Steve Ditko (2007), reż. Peter Boyd Maclean


Dokument BBC przybliżający postać Steve'a Ditko - amerykańskiego rysownika i scenarzysty komiksów. Ditko to ten prawdziwy geniusz (sorry Stan) stojący za stworzeniem postaci Spider-Mana (i wielu innych, mniej popularnych bohaterów), który swoją kreatywnością i legendą dorównuje samemu Jackowi "Królowi" Kirby'emu. Do tego wyróżnia się jedną z bardziej bezkompromisowych postaw wobec amerykańskiego, komiksowego, mainstreamu i tego jak wykorzystuje, przeżuwa i wypluwa pracujących w tymże mainstreamie artystów. Tzn. możliwe, że trochę koloryzuje, bo postawa Ditko wynika raczej z tego, że został przez ten mainstream upupiony, niż z tego, że czuje jakąś braterską solidarność z innymi komiksowymi rysownikami. Ale i tak, fascynująca z niego osobowość... No i lubi Ayn Rand, no wiecie, jak ten koleś z Mad Menów.

Jak to zwykle bywa w tego typu dokumentach, będzie sporo wypowiedzi, standardowo przewijających się przez takie produkcje, komiksowych glitterati... i Jonathana Rossa.

sobota, 23 marca 2013

Biting Elbows - Bad Motherfucker / Usher & The Afghan Whigs - OMG (Live)

Bad Motherfucker, Biting Elbows (jeszcze link do ich bandcampa) (2013, EP-ka: Bad Motherfucker)

Ilya Naishuller, młody rosyjski reżyser i frontman zespołu Biting Elbows, pokazał światu jak powinien być zrobiony każdy film oparty na komputerowym / konsolowym first person shooterze. Tutaj macie jego wcześniejsze dzieło.


---

OMG, Usher & The Afghan Whigs (2013, live. OMG jest oryginalnie z albumu Raymond v. Raymond wydanym w 2010 r.)

No, Usher i The Afghan Whigs razem na żywo, chyba nie ma co dodawać :)

Giorgio Moroder - Chase / Killer Mike feat. Roc D the Legend - Swimming

Chase, Giorgio Moroder (1978, album: Midnight Express - Music From The Original Motion Picture Soundtrack albo 1978, singiel 12'': Chase)

Chase, oryginalnie na soundtracku do wyreżyserowanego przez Alana Parkera i wyscenariuszowanego przez Olivera Stone'a filmu, Midnight Express, soundtracku w całości skomponowanego przez jednego z największych musical geniuses, jakich dała światu Italia. Jeśli kiedyś zacznę prześladować jakąś dziewczynę, co bądźmy szczerzy, prędzej czy później się stanie, to to będzie muzyka, która będzie leciała w moim odtwarzaczu mp3 podczas śledzenia jej na ulicy i wpatrywania się w nią moim szalonym wzrokiem... No co ?! Przecież nie ma w tym nic dziwnego. Każdy dobiera sobie jakąś muzykę do słuchania podczas monotonnych, codziennych czynności, np. to jest piosenka (przyznaję, mało oryginalny wybór), którą sobie zapuszczam kiedy raz w tygodniu spotykam się z chłopakami, żeby powalczyć na noże :)


---

Swimming, Killer Mike feat. Roc D the Legend (2011, album: PL3DGE albo 2010, składanka: Adult Swim Singles Project)

Killer Mike wymiata. Tutaj w produkcji Flying Lotusa (jeśli podążycie za tym linkiem, to wiedzcie, że David Lewandowski, reżyser tego teledysku, robił visual effects do TRON: Legacy i nadchodzącego Oblivion).

niedziela, 10 marca 2013

Sound and Vision 10.03.13 (Mœbius Redux)

Mija rok od śmierci Jeana Henri Gastona Girauda, aka Mœbiusa. Człowiek to dobrze znany wszystkim miłośnikom komiksu i SF na świecie i powszechnie uważany za najlepszego artystę komiksowego EVER! Ok, tutaj pewnie można by się spierać, ale z tych sporów najprawdopodobniej wyjdzie, że jednak tym najlepszym EVER artystą komiksowym był. A więc, zamieszczam na blogu dokument przybliżający postać tego tytana wyrosłego z małego, pogardzanego, kazirodczego medium.

Mœbius Redux: Una Via en Images/ Ein Leben in Bildern / Mœbius Redux: A Life in Pictures (2007) reż. Hasko Baumann

Część 1


Część 2


Tutaj macie niemiecko-angielsko-fińską koprodukcje finansowaną przez telewizje: Arte, BBC, ZDF, YLE. Innymi słowy, wersja dla snobów znających francuski. Yes, you know who you are, we all hate you.

Mœbius Redux: A Life in Pictures / In Search of Mœbius (2007) reż. Hasko Baumann

Część 1



Część 2



Część 3



A to krótsza wersja dla BBC... Z napisami, dla ciężko pracujących ludzi nie znających francuskiego albo tych, którzy mieli na studiach zajęcia z francuskiego, ale nie chciało im się słuchać co mówi prowadząca, bo to były ostatni zajęcia w piątek i byli zmęczeni, i myślami gdzie indziej, a tak w ogóle, francuski to głupi język i nie chcieli się go uczyć. Tak jest! To jest wersja dla nich, dla tych cichych bohaterów, prawdziwą sól tej ziemi.

sobota, 9 marca 2013

Divine Fits - My Love Is Real / Gianna - La Cocaina

My Love Is Real, Divine Fits (2012, album: A Thing Called Divine Fits)

Pierwszy singiel amerykańsko-kanadyjskiej indie supergrupy, Divine Fits, to nawet całkiem ciekawa propozycja dla fanów kina. Po pierwsze mamy nawiązanie do Polańskiego w tekście utworu - and if I was the king, she's the knife in the water (miły polski akcent, nieprawdaż?). A po drugie, soniczna warstwa piosenki, czerpie garściami z bardzo przyjemnego dla ucha, synthowego* pierdzenia carpenterowskich soundtracków... Może to tylko mój nadpobudliwy nerdyzm, ale wyczuwam też trochę zapożyczeń z innego ejtisowego mocarza od ilustrowania filmowego obrazu dźwiękiem - Jana Hammera. Ale w sumie, co ja tam wiem. Jak się czegoś za dużo słucha, to mózg robi nam różne figle. Moje pierwsze skojarzenie to Prefab Sprout, no bo wiecie klimat lat 80. i dwuznaczny tekst o miłości.

*Kurde, uwielbiam ten motyw, synthy mruczą jak zwinięty w kłębek kotek.




Tak przy okazji, na płycie, A Thing Called Divine Fits, jest też Shivers, cover The Boys Next Door, pochodzący oryginalnie z albumu Door, Door. Jakby ktoś nie wiedział, The Boys Next Door to The Birthday Party, czyli wampiry, z którymi bujał się Nick Cave zanim został tym bardziej znanym Nickiem Cave'em. Chłopaki zmienili nazwę zespołu kiedy, w ejtisach, przenieśli się z gorącej Australii w bardziej przyjazne im klimatycznie regiony Londynu i zachodniego Berlina. Fajny cover fajnej piosenki.




---

La Cocaina, Gianna (Ok, tutaj będzie trochę problem. Piosenka jest chyba z 1966, ale gdzie ją znaleźć, to nie wiem. Pewnie jest gdzieś zakopana wśród dziwnych winylowych singli w jakimś dziwnym muzycznym komisie. Podobno znajduje się na składance Sin-Sa-Tion! Vol. 2 More Wild Exotic Grooves And Beats!. A teraz uważajcie, w sklepie muzycznym fan.pl jest do kupenia winyl Sin-Sa-Tion!. Jeśli macie konto na fanie i po zalogowaniu wejdziecie na stronę tego winyla, to zauważycie, że pojawił się tam numer katalogowy "7406" - przynajmniej to chyba jest numer katalogowy. A jeśli porównać nr. z fana z danymi podanymi w bazie Discogs to zauważycie, że nr. tam podany jest bardzo podobny - "LDM 74-06". Oczywiście nie wiem, i niczego nie obiecuje, ale jak komuś bardzo zależy na posiadaniu fizycznej kopii La Cocaina, to bardzo możliwe, że płyta dostępna na fanie to właśnie Sin-Sa-Tion! Vol. 2 More Wild Exotic Grooves And Beats!. Ok, trochę się naprodukowałem. Jak znam życie, to pewnie zaraz ktoś w komentarzach napisze, że można sobie kupić singiel za 5 zł, na allegro)

Gianna jest prawdziwie gangsta, zaprawdę, powiadam wam. Tak właściwie to nic nie wiem o karierze muzycznej tej pani, ale z tego co się zorientowałem, jej pełne imię to Gianna Spagnulo i była członkinią (a właściwie to może nawet jeszcze jest, nie wiem czy oni jeszcze działają?) I Cantori Moderni di Alessandroni: ośmioosobowego chóru zmontowanego przez Alessandro Alessandroniego. Alessandroni to multiinstrumentalista, kompozytor i ziom Ennio Morricone. I on, i jego chór (czyli również Gianna) wspomagali wielkiego Ennio (i nie tylko) przy tworzeniu muzyki do jego najsłynniejszych makaroniarskich westernów. I tak np. Il Buono, Il Brutto, Il Cattivo (Titoli) zaczyna się od trzech króciutkich motywików, które symbolizują bohaterów tej słynnej końskiej sagi: pierwszy to Clint Eastwood (Dobry), drugi to Eli Wallach (Brzydki), a trzeci to Lee Van Cleef (Zły). Motywik "Brzydkiego" jest wyśpiewany przez ludzi, a jedną z tych ludzi, eee, osób jest właśnie Gianna Spagnulo. Jak chcecie czegoś bardziej substancjalnego, to pani Spagnulo miała znacznie więcej do roboty na soundtracku do Navajo Joe.

piątek, 1 marca 2013

Grimes - Oblivion / Chairlift - I Belong in Your Arms

Oblivion, Grimes (2012, album: Visions)

Wszystkie fajne dzieciaki, które słuchają modnej muzyki już dawno zdążyły zapoznać się z i przetrawić muzykę Grimes, a ja obczajam dopiero teraz... No i jest bardzo fajnie. Wreszcie wiem co by się stało gdyby Wednesday Addams zaczęła śpiewać pop.


---

I Belong in Your Arms, Chairlift (2012, album: Something)

Kiedy słychać te hiya hiya hiya yaya, pod koniec piosenki, to jest w taki bezczelny sposób zerżnięta jedna z zagrywek Kate Bush, mam rację? O fuck, niech ktoś mi pomoże, nie mogę przestać klikać na przycisk Repeat.