czwartek, 24 stycznia 2013

Feel the freeze burn skin, salt your open wounds - recenzja "The Grey"

The Grey (2011) reż. Joe Carnahan, pol. tyt. Przetrwanie, IMDb
Łłłoookeeej! Oto moja pierwsza recenzja w roku 2013. Jak ocenię ten film? Będzie kit? Czy będzie hit? Aby się dowiedzieć, czytaj dalej! Albo nie czytaj, to wolny kraj. Możesz np. przeskrolować w dół, zobaczyć jaką wystawiłem ocenę, i też się dowiesz. The choice is, as they say, yours.

Pod koniec 2011 roku producenci (Ridley i Tony Scott), reżyser i jedna z gwiazd The A-Team (filmu akcji, który był próbą rewitalizacji klasycznego ejtisowego serialu) wypuścili film, w którym Liam Neeson (wspomniana wyżej gwiazda The A-Team) walczy z wilkami pośród zaśnieżonej, dzikiej głuszy Alaski. Scenariusz napisali Joe Carnahan (wspomniany wyżej reżyser The A-Team) i Ian Mackenzie Jeffers (ten pan napisał też opowiadanie Ghost Walker, na którym opiera się ten film). Neeson gra Johna Ottwaya, myśliwego irlandzkiego pochodzenia, eksperta od przetrwani, i ogólnie rzecz biorąc, super twardziela po ciężkich życiowych przejściach, który został zatrudniony jako ochroniarz mający zapewnić bezpieczeństwo pracownikom jakąś bliżej nie sprecyzowanej firmy nafciarskiej. Jego praca z grubsza polega na ślęczeniu na zimnie - wspomniałem już, że akcja toczy się na Alasce? - w jakichś zaroślach, i "zdejmowaniu" za pomocą swojego wiernego karabinka myśliwskiego pałętających się w pobliżu wilków. W wolnych chwilach, wraz z resztą nafciarskiej braci, zagląda do kielonka w lokalnej knajpie albo siedzi samotnie w swoim pokoju, rozmyślając o swojej żonie i pisząc do niej listy, których nigdy nie wysyła, albo kontempluje samobójstwo. Aż tu w końcu nadchodzi dzień, w którym robota została wykonana i ekipa, wraz z Ottwayem, wsiada w wyczarterowany lot, by wyruszyć w podróż do domu. Niestety samolot rozbija się pośrodku mroźnego pustkowia i tylko ośmiu mężczyzn wychodzi cało z katastrofy. Co gorsza, jak się wkrótce okazuje, znajdują się w samym środku terytorium łowieckiego uber-groźnej watahy wilków. Wobec czego, Liam... Znaczy się, John, ustawia siebie jako samca alpha "watahy ocalałych" i postanawia wyprowadzić swoich podopiecznych z terytorium wroga.

Być może widzieliście ten film w kinie? Być może widzieliście go na DVD? A być może słyszeliście o nim, ale go zignorowaliście, bo nie obchodzą was thrillery z szorstką, męską przyjaźnią w których człowiek walczy z naturą i występują elementy "animal attack"? No więc, jeśli należycie do tej ostatniej grupy, to strzeliliście sobie w stopę, bo The Grey to jeden z najlepszych filmów ostatniego roku i najlepszy macho-dramat 2012. Tzn. był jeszcze Warrior, ale film Gavina O'Connora miał światową premierę niedaleko połowy 2011, a u nas wyszedł chyba z pół roku później, po jakichś dziwnych dystrybucyjnych zawirowaniach (znaczy się, chyba tylko na płytach DVD).

Na papierze, film Carnahana to carpenterowskie The Thing, pod względem geograficznym, jak i w sposobie przedstawiania natury, która jest raczej zimna, okrutna i zabójcza, niż majestatyczna czy piękna... I może nawet bardziej, spielbergowskie Jaws, z którym skojarzenia nasuwają się, gdy widzimy, że wilki pojawiające się na ekranie są równie skutecznymi zabójcami, co osławiony mechaniczny rekin. Podobnie też jak ich sławniejszy kolega, psowate z The Grey, raczej dość oszczędnie się na tym całym ekranie pojawiają. Ale jeśli już mamy porównywać do Spielberga, to o wiele ciekawiej będzie przyjrzeć się jak obaj reżyserzy potraktowali ducha przygody i męską przyjaźń rodząca się ze wspólnie pokonywanych przeszkód, które są chlebem powszednim tego typu produkcji. Otóż u Carnahana nie ma mowy o jakiejkolwiek przygodzie czy romantyzowaniu ekstremalnych sytuacji, a nawet jeśli coś takiego się pojawia, to tylko po to, by zostać szybko i bezwzględnie stłamszone przez ponurą rzeczywistość. Rzeczywistość, która wg twórców wygląda z grubsza tak: kiedy walczysz w dziczy o przetrwanie, nie liczą się twoje umiejętności, siła, czy to, że jesteś twardym operatorem urządzeń wiertniczych z twarzą wyciosaną przez zimny, północny wiatr; albo zginiesz od razu (śmiercią brutalną, krwawą i okrutną), albo stracisz wszystkie opcje, a twoja psychika ulegnie powolnej, perwersyjnej destrukcji, i wtedy, kompletnie pozbawiony nadziei, zginiesz (śmiercią brutalną, krwawą i okrutną).

Film oczywiście jest najprawdziwszym kinem gatunkowym, ale o tym, że ma zamiar w taki radosny, bezceremonialny sposób naciągać gatunkowe klisze, aż w końcu zaczną pękać, dowiadujemy się już na samym początku. Pierwsza scena przedstawia Neesona idącego do baru, a w tle słychać jego wewnętrzny monolog, który przypomina trochę przemyślenia Philipa Marlowe'a. I od razu nasuwa nam się myśl: ok, ten facet to twardy, doświadczony, cyniczny - ale tak naprawdę szlachetny - bohater tej opowieści. Nic z tego, bo za chwilę okaże się, że to wcale nie jest poza, która jak pancerz ma chronić go przed niebezpieczeństwami otaczającego świata, tylko, po prostu, depresja. A kiedy mija kolejna chwila i widzimy jak Neeson wkłada sobie lufę do ust, to robi się jeszcze poważniej, ale myślimy sobie: spoko, zaraz dadzą mu jakiegoś Rogera Murtaugha do zrównoważenia jego Martina Riggsa. No i znowu nic z tego. Dalej właściwie będzie już tylko gorzej, aż w końcu (w świetnie zgranej scenie), Ottway będzie (dosłownie, i tu mały spojler) pytał Boga: dude, what the fuck się tak uwziąłeś!?

W ostatnim zadaniu było o aktorstwie to może powiem coś o aktorstwie. Postacie w takich filmach zwykle są dość schematyczne i The Grey nie jest pod tym względem wyjątkiem. Mamy irytującego kolesia, który szybko przestaje być irytujący, bo szybko ginie (Joe Anderson); mamy sympatycznego kolesia, który mówi o swojej rodzinie (Dermot Mulroney); mamy sympatycznego kolesia, który nie mówi o swojej rodzinie (Dallas Roberts); mamy dupka, który trochę zbyt dosadnie mówi jak sprawy stoją (Frank Grillo), itd. Tak jak powiedziałem, schemat, i pewnie byłoby to wadą filmu, ale wszyscy aktorzy, nawet kiedy scenariusz nie bywa im zbyt przychylny, wykrzesali ze swoich postaci całkiem imponujące pokłady osobowości. Nie czuć też fałszu w ich charakteryzacji na nafciarskich robotników. Chociaż kilku panów znalem z innych produkcji, to np. o tym, że Frank Grillo, Dermot Mulroney i James Badge Dale grają w tym filmie, połapałem się dopiero, gdy zobaczyłem ich nazwiska na napisach końcowych (ale faktem jest, że Jamesa Badge Dale'a łatwo przegapić), a Dallasa Robertsa rozpoznałem w samej końcówce. Ale numero uno jest oczywiście Liam Neeson. Idealnie pasuje do swojej postaci i w końcówce filmu daje kapitalny występ, aż trudno uwierzyć, że oryginalnie twórcy chcieli zaangażować do jego roli Bradley Coopera (Buźka w carnahanowskiej The A-Team). Tak sobie spekuluję, że Neeson nie był związany z tym projektem od samego początku, z powodu jego tematyki. W końcu film jest poniekąd o śmierci, i o bezsilności wobec bezlitosnego losu. Główny bohater regularnie musi mierzyć się z faktem, że nie jest w stanie, albo nie potrafi, nic zrobić, aby uratować otaczające go osoby. A to w dość makabryczny sposób koresponduje z życiem prywatnym aktora, wiec może Carnahan uznał, że niestosowne będzie zapraszanie go do takiej produkcji. Ale pomimo tych kontrowersji uważam, że filmowi wyszło to jak najbardziej na dobre, bo Neeson dodaje swojej postaci niebywałego wręcz autentyzmu.

Wcześniej wspomniałem o Warriorze O'Connora, i nie zrobiłem tego tylko dlatego, że oba tytuły dostarczył mi mnóstwo znakomitej rozrywki, od której włosy rosną na klacie i podnosi się poziom testosteronu. Tak naprawdę oba dzieła łączy trochę więcej. Po pierwsze Frank Grillo (znakomita rola trenera Joela Edgertona w Warriorze), który jak dla mnie jest teraz jednym z najfajniejszych aktorów charakterystycznych pracujących w Hollywoodzie. W najbliższej przyszłości planuje zapoznać się z End of Watch i Zero Dark Thirty, i optymistycznie zakładam, że jego status jako dobrego ducha fajnych hollywoodzkich filmów będzie się tylko umacniał. No i po drugie (i tutaj nadstawcie uszu), Masanobu Takayanagi odpowiedzialny za zdjęcia do obu filmów. Warrior był wizualnie na bardzo przyzwoitym poziomie, ale praca Takayanagiego była raczej z gatunku tych subtelnych. Dopóki nie myślało się o wkładzie operatora, dopóty nie zauważało się jego ponad przeciętnych umiejętności. W The Grey pozwolił sobie na popisy. Kiedy oglądałem film po raz pierwszy, to po scenie katastrofy lotniczej musiałem spauzować, włączyć światło i przez jakieś pięć minut szukać swojej szczęki, która z wrażenia wpadła gdzieś pod kanapę. W trakcie tych poszukiwań, pomyślałem sobie nawet, że dobrze, że na tym w kinie nie byłem bo chyba by mi łeb urwało. Z innych popisów, jest jeszcze ostatnie trzydzieści minut filmu, w których Japończyk zmienia tą produkcję w jedną z celuloidowych wizji Terrenca Malicka. Przy czym zważcie, że to tylko najbardziej efektowne wyczyny operatora. Zrobiłem sobie kilka seansów z tym filmem i podczas jednego z nich postanowiłem przyjrzeć się dokładniej jego pracy. Nie to, że jestem jakimś znawcą w tej dziedzinie, ale uważam, że pod tym względem cały film wygląda niesamowicie - zwłaszcza oświetlenie jest arcymistrzowskie. Zapamiętajcie moje słowa. Za parę lat Takayanagi będzie miał w domu półkę zawaloną Oskarami, Złotymi Żabami, Bocianami i całym tym zwierzyńcem. Zwróćcie uwagę, że już teraz kręci się w tym towarzystwie. Silver Linings Playbook w reżyserii Davida O. Russella - jeszcze nie widziałem, ale planuję sprawdzić: Russell to jeden z moich zawodników (Three Kings motherfuckers! Best movie ever) - to też jego robota i choć film nie jest jakoś specjalnie chwalony od strony wizualnej, to za montaż nominację (oskarową) dostał, czyli coś tam się ciekawego dzieje.

Skoro już siedzimy w sprawach technicznych, to trzeba jeszcze wspomnieć o dzwiękowcach. Pamiętacie urywającą łeb scenę katastrofy lotniczej, to w dużej mierze ich zasługa. No i odgłosy wilków oczywiście. Nie no, nie ulega wątpliwości, że ludzie odpowiedzialni za dźwięk w tym filmie spisali się na medal.

Ok, chyba się już trochę rozjeżdżam, więc pora kończyć. Z ocen wystawiam mocarną 3+ i gorąco wszystkim polecam. Tak naprawdę to nie znam filmów Carnahana. The A-Team nie byłem specjalnie zainteresowany, a Smokin' Aces, bez obejrzenia, uznałem za słabą tarantinowską podróbę i nawet nie chciało mi się weryfikować tych opinii. Ale teraz ten reżyser jawi mi się jako auteur, który podstępem wkradł się do Hollywoodu i pod przykrywką komercyjnego kina, perfidnie bawi się gatunkami. Czyli nie ma wyjścia - teraz muszę sprawdzić inne jego dokonania.


PS Albo właściwie to mam jeszcze parę rzeczy do dodania. Zajrzałem na Filmweb żeby zobaczyć jak ten film jest oceniany. Rzadko to robię, bo nie mam tam konta i ludzie raczej słabo oceniają rzeczy, które mi się podobają, więc po takich wizytach przeważnie czuje się trochę niedowartościowany. Ale w przypadku The Grey zajrzałem, i chciałem się odnieść do kilku co częściej spotykanych krytycznych uwag, kierowanych w stronę tego filmu. Ludziom się np. wygląd wilków nie podobał: a to, że wyglądają jak wilkołaki a nie wilki; a to że CGI słabe; albo że nie zachowują się jak prawdziwe wilki. Może najpierw mała ciekawostka: Gregory Nicotero, facet odpowiedzialny za animatronikę i nie generowany komputerowo (czyli możne by powiedzieć, że ten "wilkołakowy") wygląd wilków, to taki trochę weteran efektów specjalnych z imponującym dorobkiem i do tego uczeń Wielkiego Toma Saviniego. Tak więc, nie mamy tu do czynienia z żadną amatorszczyzną. Mi się wilki podobały. Bohaterowie walczą nie tylko z naturą, ale też z symbolami, wewnętrznymi demonami itd. A nienaturalny, monstrualny wygląd i zachowanie zwierząt, choć nie jest  realistyczne, potęguje ten aspekt filmu. Niektórzy narzekali też na wiersz głównego bohatera (Ottway bardzo często wspomina wiersz, który napisał jego, nieżyjący, ojciec). Fakt, że ten wiersz to raczej grafomaństwo, ale zwróćcie uwagę, że ojcem Ottwaya był brutalny, zapijaczony, irlandzki robol, a nie William Butler Yeats. Tak więc, to że ten wiersz nie ociera się o klasykę światowej liryki, nie powinno nikogo specjalnie dziwić. Zresztą jego jakość nie ma tu znaczenia. Możemy przypuszczać, że dla ojca Ottwaya był czymś w rodzaju modlitwy albo mantry, dzięki której radził sobie z trudnościami, które go spotkały w życiu. W trakcie wydarzeń przedstawionych w filmie, widzimy jak jego syna kolejno zawodzi wszystko w czym pokłada nadzieję, aż w końcu jedyne co mu pozostaje, i jedyne co sprawia, że się nie poddaje, to zaklęcie jego ojca. Wg mnie to bardzo poruszająca i satysfakcjonująca wizja. No i do tego, bardzo dobrze zrealizowana przez filmowców.

4 komentarze:

suzarro pisze...

No to dla tych wilków może kiedyś obejrzę:D A co do opinii na filmwebie, to ja zawsze czuję się jak tak zwany młotek, bo zbyt pozytywnie oceniam niektóre produkcje.

Daniel Muszyński pisze...

Fajnie, że cię zaciekawiło. Naprawdę gorąco polecam.

No, z tym filmwebem to tak już jakoś jest. Właściwie to nie mam nic przeciwko mocno negatywnym opiniom, które tam można wyczytać. Czasami taki kubeł zimnej wody może dobrze zrobić. Zresztą, ja też lubię się wyżyć jak coś mi się nie podoba. A te zarzuty, o których piszę w recenzji, to nie są jeszcze takie złe - można się o nie spierać. Najgorzej jest jak ktoś jakiegoś filmu, czy gatunku filmowego, z definicji nie lubi i ucina całą dyskusję.

Kamysto pisze...

Ja osobiście nie oglądałem filmu. Spoko recenzja. Nawiasem mówiąc, piszesz najdłuższe recenzje jakie widziałem na blogach, a troche blogów już widziałem :).

pozdrawiam

Daniel Muszyński pisze...

Dzięki.

Wiem, że te moje recenzje są trochę przydługie :) To chyba taki trochę zły nawyk początkującego blogera. Jestem marnym pisarzem i po tym jak wypluje z siebie taką ilość tekstu mam ochotę sobie zrobić miesiąc albo dwa przerwy (nawet nie chce się błędów poprawiać - co pewnie widać :p), a to przecież nie o to chodzi z tym całym blogowaniem. Trzeba regularnie coś tam, tą klawiaturą, wystukać :) Dlatego pewnie będę pracował na tym, żeby te recenzje się coraz bardziej esencjonalne (czyt. krótsze) robiły.

Pozdro.