sobota, 9 marca 2013

Divine Fits - My Love Is Real / Gianna - La Cocaina

My Love Is Real, Divine Fits (2012, album: A Thing Called Divine Fits)

Pierwszy singiel amerykańsko-kanadyjskiej indie supergrupy, Divine Fits, to nawet całkiem ciekawa propozycja dla fanów kina. Po pierwsze mamy nawiązanie do Polańskiego w tekście utworu - and if I was the king, she's the knife in the water (miły polski akcent, nieprawdaż?). A po drugie, soniczna warstwa piosenki, czerpie garściami z bardzo przyjemnego dla ucha, synthowego* pierdzenia carpenterowskich soundtracków... Może to tylko mój nadpobudliwy nerdyzm, ale wyczuwam też trochę zapożyczeń z innego ejtisowego mocarza od ilustrowania filmowego obrazu dźwiękiem - Jana Hammera. Ale w sumie, co ja tam wiem. Jak się czegoś za dużo słucha, to mózg robi nam różne figle. Moje pierwsze skojarzenie to Prefab Sprout, no bo wiecie klimat lat 80. i dwuznaczny tekst o miłości.

*Kurde, uwielbiam ten motyw, synthy mruczą jak zwinięty w kłębek kotek.




Tak przy okazji, na płycie, A Thing Called Divine Fits, jest też Shivers, cover The Boys Next Door, pochodzący oryginalnie z albumu Door, Door. Jakby ktoś nie wiedział, The Boys Next Door to The Birthday Party, czyli wampiry, z którymi bujał się Nick Cave zanim został tym bardziej znanym Nickiem Cave'em. Chłopaki zmienili nazwę zespołu kiedy, w ejtisach, przenieśli się z gorącej Australii w bardziej przyjazne im klimatycznie regiony Londynu i zachodniego Berlina. Fajny cover fajnej piosenki.




---

La Cocaina, Gianna (Ok, tutaj będzie trochę problem. Piosenka jest chyba z 1966, ale gdzie ją znaleźć, to nie wiem. Pewnie jest gdzieś zakopana wśród dziwnych winylowych singli w jakimś dziwnym muzycznym komisie. Podobno znajduje się na składance Sin-Sa-Tion! Vol. 2 More Wild Exotic Grooves And Beats!. A teraz uważajcie, w sklepie muzycznym fan.pl jest do kupenia winyl Sin-Sa-Tion!. Jeśli macie konto na fanie i po zalogowaniu wejdziecie na stronę tego winyla, to zauważycie, że pojawił się tam numer katalogowy "7406" - przynajmniej to chyba jest numer katalogowy. A jeśli porównać nr. z fana z danymi podanymi w bazie Discogs to zauważycie, że nr. tam podany jest bardzo podobny - "LDM 74-06". Oczywiście nie wiem, i niczego nie obiecuje, ale jak komuś bardzo zależy na posiadaniu fizycznej kopii La Cocaina, to bardzo możliwe, że płyta dostępna na fanie to właśnie Sin-Sa-Tion! Vol. 2 More Wild Exotic Grooves And Beats!. Ok, trochę się naprodukowałem. Jak znam życie, to pewnie zaraz ktoś w komentarzach napisze, że można sobie kupić singiel za 5 zł, na allegro)

Gianna jest prawdziwie gangsta, zaprawdę, powiadam wam. Tak właściwie to nic nie wiem o karierze muzycznej tej pani, ale z tego co się zorientowałem, jej pełne imię to Gianna Spagnulo i była członkinią (a właściwie to może nawet jeszcze jest, nie wiem czy oni jeszcze działają?) I Cantori Moderni di Alessandroni: ośmioosobowego chóru zmontowanego przez Alessandro Alessandroniego. Alessandroni to multiinstrumentalista, kompozytor i ziom Ennio Morricone. I on, i jego chór (czyli również Gianna) wspomagali wielkiego Ennio (i nie tylko) przy tworzeniu muzyki do jego najsłynniejszych makaroniarskich westernów. I tak np. Il Buono, Il Brutto, Il Cattivo (Titoli) zaczyna się od trzech króciutkich motywików, które symbolizują bohaterów tej słynnej końskiej sagi: pierwszy to Clint Eastwood (Dobry), drugi to Eli Wallach (Brzydki), a trzeci to Lee Van Cleef (Zły). Motywik "Brzydkiego" jest wyśpiewany przez ludzi, a jedną z tych ludzi, eee, osób jest właśnie Gianna Spagnulo. Jak chcecie czegoś bardziej substancjalnego, to pani Spagnulo miała znacznie więcej do roboty na soundtracku do Navajo Joe.

12 komentarzy:

Simply pisze...

... seventisowego, przecież Hammer grał w Mahavishnu Orchestra.
,,Shivers'' = miazga, a BND mają teżkawałek o Polańskim.

Daniel Muszyński pisze...

Chodziło mi o filmowo / soundtrackowe dokonania Hammera. Przede wszystkim Miami Vice, no bo wiadomo, najlepszy serial, jaki kiedykolwiek powstał :) Tutaj pozwolę sobie na dygresje - mówi się, że Tarantino ma smykałkę do soundtracków, ale Michael Mann też zasługuje, żeby go pod tym względem wyróżniać. Ale w sumie masz rację Mahavishnu Orchestra nie powinno się ignorować.

Ja pierwszy raz usłyszałem Shivers w latach 90 na Vivie Zwai (u mnie w domu MTV nie było) w wykonaniu The Screaming Jets - w teledysku mieli fajną laskę, która w sexi bieliźnie pływała w basenie, ale oryginalne wykonanie jest dużo lepsze :)

Roman Roman jest spoko :D

Simply pisze...

A no pewnie, ze Manna pasuje wyróznic, tak samo Scorsesego - jeśli mowa o kompilowaniu gotowych kawałków do scieżek dżwiekowych.
Zwłaszcza, że Tarantino już pod tym wzgledem nudzi - ten zestaw do ,,Django Unchained'' wcale dupy nie urywa, takie smuty bez pazura i wyczucia.
A najlepszym serialem policyjyem ever wcale nie jest ,, Miami Vice'' a ,, Crime Story'' - też 80-te i również z muzą wielkiego klawiszowca ( sixtisowego ) Ala Koopera - no, przynajmniej moim skromnym (?) zdaniem...

Daniel Muszyński pisze...

Fakt, zapomniałem o Scorsese, on też jest mistrzem w doborze muzyki do filmu. Ha! W ogóle mam taką teorię (pewnie mało oryginalną), że Tarantino to taka młodsza wersja Scorsese. Obaj to reżyserzy kinofilskie nerdy, obaj lubią dłubać w soundtrackach itd. Chociaż Tarantino, to pewnie wolałby być porównywany do De Palmy.

Chyba się zgodzę co do Django Unchained OST. Ogólnie to źle nie jest, ale ewidentnych hiciorów brakuje, a wcześniej zawsze jakieś perełki były w jego soundtrackach.

Crime Story, zajebiste - też produkcja Manna. Klasyczna czołówka z Runaway i genialny Dennis Farina w roli głównej. Ale jak dla mnie Miami Vice is king - byłem w odpowiednim wieku kiedy zetknąłem się z tym serialem i teraz mam dekadenckie Miami lat 80. w swoim DNA. Lubię nawet film z Farrellem i Foxxem, a tutaj nawet hardcorowi wyznawcy Manna wymiękają :)

Kooper to ten od hammondów na Like a Rolling Stone? Spoko :)

Simply pisze...

Dennis Farina zanim zaczął aktorzyc, był gliniarzem - to musiało wypalic na maxa.
Abel Ferrara robił pilota, Todd Rundgren dłubał przy soundtrackach, Ray Luka ( Anthony Dennison) był w ciul stylowym villianem, wogóle serial miał nieprawdopodobny klimat.Dla mnie najczystszy KVLT & KRIEG:D
A Mann nawet jedną scenę wytransferował w stanie niezmienionym do ,, Gorączki''.
Miami Vice w swoim czasie stał się dyktatorem mody, te letnie marynarki Dona Johnsona i jego laczki na gołą stopę. też takie wtedy miałem.
Chociaz trzeba pamiętac, że fason pt. marynara na T-shirt, to patent Marlona Brando jeszcze z lat 50-tych.
Tarantino, jak chodzi o muzykę, całkowicie imo utracił to całe zuchwalstwo i bunczucznośc, jakie jeszcze do niedawna posiadał.
De Palma to jeden z największych mistrzów w historii kina, jak chodzi o prowadzenie kamery i kadrowania a przede wszystkim ruchu - jego filmy płyną.
Tarantino nawet nie próbował się do tego zbliżyc - w ,,Django Unchained'' są świetne zdjęcia pod względem ekspozycji i barwy, ale potwornie statyczne.

Daniel Muszyński pisze...

Pierwsza scena z Reservoir Dogs, to taka bezczelna wizualna zrzynka z De Palmy. Ja myślę, że jak Tarantino blefuje z tym szybkim odchodzeniem na emeryturę, to jego filmy, od strony zdjęć, mogą się jeszcze sporo poprawić - jak wziął na warsztat ten element filmoróbstwa (gdzieś tak po Jackie Brown), to szybko nadrabiał zaległości. Ale fakt, że filmy De Palmy, to zajebiście ładne są. Nawet jak ktoś chce być czepialski i mu zarzucać remixowanie Hitchcocka (chociaż Dressed to Kill i Body Double to przefilmy), to wizualnie miażdży.

A w ogóle, scena koszmaro / łazienkowa z Dressed to Kill, to ten chłystek, Winding Refn, ją bezczelnie zagarnął w tym swoim Driverze.

Wiesz kto jeszcze miał zajebiście wyglądajace filmy? Tony Scott!

Simply pisze...

Tony Scott, to przede wszystkim ,,Hunger'', jak chodzi o urodę zdjęc.
Tak, intro do ,, Reservoir Dogs''
kopiuje początek ,, Scarface'a''.
Identycznie sfilmowaną scenę (kamera powoli okrąża gościa podczas przesłuchania ) mamy w o parę lat wczesniejszym odcinku 07 Zgłos się, pt. ,,Rozkład Jazdy'' starring Wojciech Standełło - bez kitu najlepszy seryjny morderca w historii polskiego kina.
Na pewno nie jest to zwała ( bo kurwa, jakim cudem ?! ), a jeden z wielu przykładów na to, że ludzie często myślą równolegle. Oto kolejny przykład:
Na pierwszym singlu TSA - ,,Wpadka'' jest riff, który parę lat pózniej otwiera ,, Owners of the Lonely Hearts'' Yes - identycznie, co do taktu.

Daniel Muszyński pisze...

No Hunger, to pewnie najbardziej oczywisty przykład - sadomasohistyczna, fetyszyzująca fashion, wampiry, Susan Sarandon, Catherine Deneuve i David Bowie, to musiało wyglądać dobrze (kojarzysz takiego porno reżysera Andrew Blake'a - on się chyba naoglądał za dużo Hungera). Ale Scott pieścił swoje filmy przez całą karierę: Top Gun, Beverly Hills Cop II, Days of Thunder, The Last Boy Scout, True Romance, Top Gun, Enemy of the State, Spy Game, Domino, Deja Vu, The Taking of Pelham 123, wszystko wygląda dużo lepiej niż powinno biorąc pod uwagę target tych filmów. Starszy Scott też tak miał, co widać zwłaszcza na początku - Alien, Blade Runner, Legend. Może to jest taka przypadłość kolesi, którzy zaczynali od reklamy - Michael Bay też potrafi czasami złożyć scenę, która może zlasować mózg, ale on jest bardziej wulgarny od Ridleya. Ale znowu wracając do Tony'iego, on jest bardziej artystą, studiował malarstwo, w późniejszych filmach robi się impresjonistyczny :)

Rozwaliłeś mnie tym 07 zgłoś się i TSA - uwielbam Owner of a Lonely Heart :D

Simply pisze...

Tego Andrew Blake'a nie kojarzę w ogóle.
Przyznam szczerze, że Tony'ego Scotta miałem raczej za utalentowanego rzemieślnika, niż artychę obrazu, jakoś pod tym kątem w te jego filmy nie wchodziłem. Może i coś mi umknęło...
Ridley z kolei, to mnie zauroczył ,,Pojedynkowiczami'' - to jest dopiero cudeńko.
Michael Bay to niech spierdala na szczaw !
A wracając do De Palmy - nawet w jego słabych filmach zawsze idzie natrafic na fenomenalnie skręcone sceny. Chocby w ,, Oczach Węża''; na początku jest mastershot, który trwa kilkanaście minut, albo lepiej. On powinien wybierac lepsze scenariusze - wtedy będzie git.

Daniel Muszyński pisze...

Blake'a można obczaić jako ciekawostkę. Na wiki jest napisane, że on określa swoje filmy jako erotic fashion i to chyba całkiem trafne określenie. Jego dzieła wyglądają jak połączenie Hunger i teledysków Georga Michaela z pierwszej połowy lat 90. (tutaj chodzi mi o Freedom! '90 i Too Funky). W czasach kiedy nie było takiego łatwego dostępu do internetowej pornografii, a właściwie to nie było łatwego dostępu do internetu, i żeby zobaczyć cycki siedziało się przed jakimś Polsatem do późnych godzin wieczornych, bo nadawali programy z playboyowymi teledyskami, to niektóre z nich były własnie nakręcone przez Blake'a. Tak z grubsza to takie włoskie pornosy, nie ma fabuły ani dialogów, tylko jakaś laska lub dwie (bo tam najczęściej same dziewczyny są) osadzona w jakiejś lokacji typu Art Deco, Art Moderne, Bauhaus, międzynarodowy czy postmodernizm. Sam seks jest najczęściej pokazany jako fantazja albo podróż przez krainę snów. Nie są zbyt użyteczne (jeśli wiesz co mam na myśli), przez ten senny klimat, brak dynamiki i muzykę, robią się monotonne jeszcze szybciej niż prawdziwe pornosy, ale wyglądają całkiem fajnie :)

Z innych porn directors poleciłbym jeszcze Joe D'Amato, ale po twoich komentarzach, które widziałem na innych blogach wnioskuję, że jesteś znawcą klasycznego, europejskiego kina gatunkowego, więc postać Evil Ed Wooda pewnie nie jest ci obca :)

Nie widziałem jeszcze The Duellists, ale ostrze sobie na niego zęby już od jakiegoś czasu.

Ja Baya nawet lubię, tzn. jego filmy są głupie jak wiadro gwoździ, ale czasami nakręci całkiem fajną scenę, np. pościg w The Island, czy helikopter w Bad Boys 2. No i Bad Boys 2 ma jak do tej pory najlepszego one-linera XXI wieku.

Pamiętam, że mi się Snake Eyes podobało, ale dawno już widziałem i nie przypominam sobie sceny o której mówisz. Tam przypadkiem nie było takiego myku, że cała fabuła działa się w czasie rzeczywistym.

Jak dla mnie takim lekkim De Palmowskim niewypałem, ale bardzo ładnym, była Black Dahlia, chociaż tego filmu też już dawno nie widziałem i może trzeba by go sobie odświeżyć.

Jak masz HBO to chyba za tydzień w poniedziałek będzie Hanna, Joe Wrighta. To jest nawet całkiem ładny film, zwłaszcza jedna scena, jak Eric Bana wychodzi z autobusowego dworca w jakimś niemieckim mieście, obczaja, że jest śledzony przez CIA, schodzi do podziemnego przejścia i tam konfrontuje prześladowców - wszystko bez cięć, długim, płynnym ruchem kamery, która przez cały czas śledzi albo wisi sobie obok Bana'y.

Simply pisze...

Pewnie, ze znam Joe D'Amato, ale tylko horrory. Jego pornoli ani erotyków nie widziałem ( a tego natłukł od cholery ). Wcześniej był calkiem niezłym operatorem. Lubię gościa.
Przy ,, Snake Eyes'' chodziło mi o początkową scenę, jak kamera prowadzi Cage'a przez prawie 20 minut, jak łazi, gada z różnymi kolesiami, robi zakłady, etc.

Daniel Muszyński pisze...

Ja widziałem ze trzy Emanuelle, Atora i jakiś jeden horror, ale jak się patrz na imdb tego gościa, to są tam kosmiczne rzeczy.

Chyba coś mi świta z tym Snake Eyesem - muszę sobie ten film powtórzyć.