sobota, 1 czerwca 2013

Psycho killer! Qu'est-ce que c'est? Fa fa fa fa fa fa fa fa far far better. Run run run run run run run away - recenzja "Maniac"

Maniac (2012), reż. Franck Khalfoun, IMDb
Normalnie nie mam jakoś ciśnienia na oglądanie remake'ów starych slasherów, ale nowy Maniac zgarnął parę pozytywnych recenzji, więc pomyślałem, że nie zaszkodzi sprawdzić.

Kiedyś oglądałem oryginalny film Williama Lustiga i nie mogę powiedzieć żebym należał do grona wielbicieli, ale to zupełnie solidnie zrobiona rzecz, sławę zawdzięczająca głównie efektownie zrealizowanym scenom mordów i skalpowania ofiar, która to czynność była wizytówką seryjnego mordercy, tytułowego maniaka, granego przez aktora charakterystycznego, Joe Spinella (również producenta i scenarzysty filmu), znanego między innymi z takich kultowych obrazów (no, może nie tyle znanego, co się gdzieś tam w nich, na bliższym lub dalszym planie, przewinął) jak: The Godfather, The Seven-Ups, Taxi Driver, Rocky, Sorcerer i wielu innych. Krwawe sceny, z oryginalnego Maniaca, zawdzięczają swoją "extra-krwistość" Tomowi Saviniemu, który większości z nas - nie obeznanych z "kulturą wysoką" czytelników i pisarzy blogów filmowych, którym się wydaje, że poznali ścieżki X Muzy w stopniu zadowalającym - może się skojarzyć z odzianym w skóry i wyposażonym w szybkostrzelnego, sztucznego, rewolwero-penisa bywalcy spelunki znanej jako, Titty Twister, i... No, to w sumie też dobrze, bo to on, ale powinniście raczej pomyśleć: Aha, Tom Savini: żywa legenda kina grozy i człowiek, który stworzonymi przez siebie efektami specjalnymi i make-upem już od pięciu dekad wywołuje problemy z trawieniem u horror-fanów na całym świecie. Pomijając udział Saviniego, ejtisowy Maniac to brzydki, tani i z dzisiejszej perspektywy, śmieszny i niedorzeczny film (zresztą, z perspektywy ówczesnego widza pewnie też był śmieszny i niedorzeczny... i brzydki... i tani), co nie znaczy, że nie oferujący pewnych, charakterystycznych dla swojego gatunku, prostych przyjemności. I tak, reżyseria Lustiga jest solidna niczym ceglany sracz stojący za domem, a sceny mordów posiadają napięcie zbudowane z niemalże hitchcockowską precyzją. Ponadto, film w ciekawy sposób rezygnuje z konwencjonalnego sposobu opowiadania historii i skupia się na pokazywaniu dosadnej przemocy, jednocześnie dbając o to, by widz mógł sobie wyłuskać motywację i background głównego bohatera poprzez subtelne (tzn. no... tak subtelne jak tylko potrafią być niskobudżetowe horrory klasy B) aluzje zawarte w dialogach i zachowaniu naszego maniaka. Na wzmiankę zasługuje też rola Spinella, który choć śmieszny i niedorzeczny, zagrał w sposób absolutnie brawurowy i zapadający w pamięć.

I to tyle o oryginalnym Maniacu.

A teraz przewińcie sobie o 22 lata do przodu, kiedy to francuski aktor, reżyser - Franck Khalfoun; zaliczający się do New French Extremity, a obecnie robiący karierę w Stanach przeróbkami klasycznych horrorów, reżyser i scenarzysta - Alexandre Aja; scenopisarski partner Aja'y - Grégory Levasseur; i aktorska gwiazda tego przedsięwzięcia - Elijah Wood, połączyli siły, aby odświeżyć historię Franka Zito. Panowie odświeżyli ją w sposób raczej kosmetyczny, uwspółcześniając i zmieniając pewne szczegóły, ale ogólnie dość wiernie trzymając się oryginału, tzn. śledzimy poczynania Franka (Elijah Wood), który spędziwszy dzieciństwo w cieniu rozwiązłej, i psychicznie maltretującej i poniżającej go matki, będzie jako dorosły człowiek starał się opanować swoją psychopatyczną żądzę krwi skierowaną wobec napotykanych kobiet. Film jest slasherem, więc pewnie już się domyślacie, że te jego starania nie będą mu wychodziły zbyt rewelacyjnie. Przysłowiowym asem w rękawie Francka Khalfouna, tym co ma odróżnić jego wersję od oryginału i wyróżnić spośród innych współczesnych horrorów o seryjnych mordercach, ma być... eee... Tak właściwie to Khalfoun ma dwa takie asy. Pierwszym jest obsadzenie w roli głównej Elijah'a Wooda, który fizycznie nie ma wiele wspólnego z Joe Spinellem, co filmowcy postanowili w raczej niezręczny i irytujący sposób wytknąć w jednej z pierwszych scen filmu - kiedy Frank idzie na spotkanie z dziewczyną poznaną na internetowym serwisie randkowym, a ta widząc go oznajmia, że spodziewała się grubego olbrzyma z długimi, tłustymi włosami i ospowatą twarzą. A drugim (asem), efektowna audiowizualna otoczka filmu, na którą składa się skomponowana przez niejakiego Roba muzyka, przywodząca na myśl, stworzone przez Jaya Chattaway'a, kompozycje z oryginalnego Manica jak i inspirowane latami 80., bogate w syntezatorowe brzmienia, soundtrackowe dokonania Cliffa Martineza*. A także konsekwentne filmowanie niemalże wszystkich wydarzeń w stylu POV (à la Smack My Bitch Up).

Jak rozumiem, kręcenie filmu w taki sposób i dodawanie dialogów Wooda w postprodukcji musiało się wiązać z licznymi technicznymi i logistycznymi trudnościami, których pokonywanie dało filmowcom mnóstwo satysfakcji. Trzeba przyznać, że jest to też niecodzienny pomysł na opowiedzenie historii, wizualnie intrygujący i dający się na różne, ciekawe sposoby interpretować, a także świadczy o pewnego rodzaju filmowej erudycji u Khalfouna (czy też u kogoś, kto wpadł na pomysł takiego przedstawienia filmowej intrygi). Otóż na początku lat 60. Michael Powell - połowa brytyjskiego, scenariuszo-reżysersko-producenckiego duetu znanego jako The Archers (49th Parallel, Black Narcissus, The Red Shoes, The Tales of Hoffmann) - nakręcił, w swoim czasie budzący wielkie kontrowersje i podobnie jak współczesny Maniac korzystający (chociaż nie aż tak obficie) z widoku z pierwszej osoby, proto-slasher pt. Peeping Tom. Film Powella został zmiażdżony przez krytyków, co poważnie zaszkodziło karierze reżysera, nawet doprowadzając do wykluczenia go z brytyjskiego środowiska filmowego. Zła sława, która go otaczała trwała do drugiej połowy lat 70. kiedy to filmy Archersów doczekały się krytycznej reewaluowacji. A pochlebne opinie posypały się ze strony młodych, wpływowych filmowców tamtej dekady - m.in. Francisca Forda Coppoli, Martina Scorsese, Briana De Palmy, czy George`a A Romero. Peeping Tom nagle stał się klasykiem brytyjskiej kinematografii i jednym z najlepszych dreszczowców, jakie kiedykolwiek powstały na Wyspach, a wspomnieni Scorsese i Romero - który obecnie jest współwłaścicielem praw do zrimejkowania filmu Powella - byli jednymi z bardziej udzielających się piewców geniuszu historii filmowca-podglądacza.

Teraz, jeśli w swoich celuloidowych wojażach zaliczyliście seans z Tomem, i siądziecie do Maniaca z 1980, to może wam przyjść do głowy myśl, że Lustig i Spinell czerpali co nieco z tego, o dwadzieścia lat starszego, gatunkowego protoplasty. Widać to między innymi w postaciach bohaterów, którzy obaj są mężczyznami z psychiką rozszarpaną przez metody wychowawcze jednego z ich rodziców**, a w czasie trwania seansu możemy obserwować, jak mimo woli, brutalnie pochłania ich szaleństwo. Kolejnym podobieństwem jest klimaktyczny finał obu filmów. Oba kończą się zejściem głównego bohatera, kiedy to ukrywając się w swoim domu, otoczony trofeami i pamiątkami ze swoich zbrodni, lub też, symbolami swoich obsesji - czy będą to przyozdobione skalpami i ubrane w ubrania ofiar, manekiny w Maniacu, czy aparaty fotograficzne, kamery, sprzęt filmowy i filmy nakręcone przez bohatera Peeping Toma - przeżywa ostatnie, makabryczne załamanie... Hmm, chyba właśnie zespojlowałem wam oba te filmy... No cóż, tak bywa.

Co ciekawe, Maniac w najnowszej odsłonie, idzie w swojej inspiracji, Peeping Tomem, jeszcze dalej niż ejtisowy oryginał. Nie chodzi tylko o filmowanie w stylu POV, ale też o uczynienie z Franka Zito nieśmiałego, introwertycznego artysty, który zakochuje się w młodej artystce (Nora Arnezeder) i pomaga jej w realizacji artystycznego przedsięwzięcia, co również jest bezpośrednim nawiązaniem do filmu Powella. Są wprawdzie podobne wątki w Maniacu Lustiga, ale nie są to aż tak oczywiste nawiązania do Toma.

No ale wiecie, wszystkie te bzdury są bardzo fajne i można by o nich jeszcze długo rozprawiać, ale to nie zmienia faktu, że nowy Maniac po prostu nie jest dobrym filmem. Jak dla mnie winę za to ponosi właśnie sposób w jaki został nakręcony. Wspomniane już kilkakrotnie POV, które momentami wygląda całkiem nieźle - głównie wtedy, gdy Frank stalkuje swoje ofiary - jest zdecydowanie nadużywane. W scenach, w których Frank rozmawia z innymi postaciami, czy zmaga się z wewnętrznymi demonami, novum tej technicznej zabawy kamerami bardzo szybko się wyczerpuje. Poza tym, ma się wrażenie, że wydymali Wooda obsadzając go w takiej roli. Nie chodzi mi o to, że się nie nadaje, tylko że ograniczając jego czas ekranowy do minimum, i przedstawiając nam graną przez niego postać za pomocą przefiltrowanych przez studyjne pogłosy dialogów i pojawiających się z offu części ciała nie dali mu za bardzo szansy na pokazanie aktorskich umiejętności, czy stworzenia postaci, która by robiła na widzach takie wrażenie, jak kreacje Spinella czy Karlheinza Böhma. Nie mogę wprawdzie powiedzieć, żeby aktorstwo jakie prezentuje ta dwójka w swoich filmach było nie wiadomo jak wybitne, ale przypuszczam, że zrobi na każdym wrażenie. A Elijah Wood kiedy, już pojawi się na ekranie, to najczęściej budzi skojarzenia z małym hobbitem, który stara się, zwalczyć zgubne efekty Jedynego Pierścienia, tylko że zamiast wielkich, owłosionych stóp ma rzadki zarost i niemodne ubranie.

Reasumując, film jest na 2+. Da się obejrzeć, ale nie oferuje zbyt wiele poza technicznymi popisami i nawiązaniami do klasyki gatunku - nie epatuje niskobudżetową ohydą równie skutecznie jak oryginał, ani nie komentuje równie ciekawie na temat obsesyjno-wojerystycznych skłonności osób, które robią i oglądają takie filmy (czy też po prostu: "robią i oglądają filmy") jak Peeping Tom. Nowy Maniac jest po prostu...

---
---

*Tutaj mam na myśli, oczywiście, muzykę z Drive. Muszę przyznać, że to skojarzenie mogłoby nie być dla mnie takie oczywiste, gdyby nie recenzja Arka Szpaka, którą przeczytałem przed seansem z khalfounowskim Maniaciem. Nie wiem czy to nawiązanie było zamierzonym działaniem francuskich filmowców, ale taka kradzież / czerpanie z filmu Winding Refna jest poniekąd usprawiedliwione, gdyż rozsadzenie głowy Christiny Hendricks, mogło być zainspirowane sceną śmierci Disco boya z oryginalnego Maniaca, potwierdzając tym samym po raz kolejny, że popularny duński reżyser jest irytującą, europejską, mniej utalentowaną wersją Quentina Tarantino i w ogóle, przestańcie go wszyscy aż tak chwalić.

**Ponieważ w przypadku Maniaca jest to matka, można przypuszczać, że twórcy mogli się trochę zainspirować, również powstałym w 1960 r., innym filmem, innego angielskiego reżysera, który o wiele szybciej doczekał się pochwał ze strony krytyków, a dziś także jest uznawany - i to pewnie znacznie bardziej niż Peeping Tom - za kamień milowy w rozwoju gatunku.

Sound and Vision 01.06.13 (In Search of Steve Ditko)

W celach edukacyjnych prezentuje...

In Search of Steve Ditko (2007), reż. Peter Boyd Maclean


Dokument BBC przybliżający postać Steve'a Ditko - amerykańskiego rysownika i scenarzysty komiksów. Ditko to ten prawdziwy geniusz (sorry Stan) stojący za stworzeniem postaci Spider-Mana (i wielu innych, mniej popularnych bohaterów), który swoją kreatywnością i legendą dorównuje samemu Jackowi "Królowi" Kirby'emu. Do tego wyróżnia się jedną z bardziej bezkompromisowych postaw wobec amerykańskiego, komiksowego, mainstreamu i tego jak wykorzystuje, przeżuwa i wypluwa pracujących w tymże mainstreamie artystów. Tzn. możliwe, że trochę koloryzuje, bo postawa Ditko wynika raczej z tego, że został przez ten mainstream upupiony, niż z tego, że czuje jakąś braterską solidarność z innymi komiksowymi rysownikami. Ale i tak, fascynująca z niego osobowość... No i lubi Ayn Rand, no wiecie, jak ten koleś z Mad Menów.

Jak to zwykle bywa w tego typu dokumentach, będzie sporo wypowiedzi, standardowo przewijających się przez takie produkcje, komiksowych glitterati... i Jonathana Rossa.