sobota, 10 sierpnia 2013

You call your metal black? Its just plastic, lame, and weak - recenzja "Sinister"

Sinister (2012), reż. Scott Derrickson, IMDb
Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że Scott Derrickson ma dzisiaj pozycję reżysera horrorów, który nie dość że kreci autentycznie straszne i doceniane filmy, to jeszcze - z nawiązką - zwracające się komercyjnie. Nie mogę powiedzieć, żebym ja sam widział w nim takiego gatunkowego Midasa, ale z drugiej strony, nie śledzę też specjalnie jego kariery. Nie widziałem ani jego remake'u The Day the Earth Stood Still, ani bardzo popularnego, The Exorcism of Emily Rose (Chociaż z tym ostatnim, to nie jestem pewien, bo jak patrzę na trailer, to wygląda znajomo - może gdzieś mi kiedyś coś w telewizji mignęło.) Ale z jakieś, chyba, dziesięć lat temu, widziałem Hellraiser: Inferno: pierwszą część serii o Cenobitach, która nie miała premiery kinowej, i pierwszą, od oryginały, do której scenariusz powstał bez udziału Petera Atkinsa. Za napisanie Inferno wzięli się Derrickson i Paul Harris Boardman, czyli ten sam team, który pięć lat później napisał The Exorcism of Emily Rose. Nie wiem jakie teraz miałbym odczucia względem piątej części Hellraisera, ale pamiętam, że swego czasu, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, sprawnie łącząc klasyczne elementy uniwersum stworzonego przez Clive'a Barkera ze - stereotypową, ale całkiem fajną - stylistyką noir. Prawdę mówić była to jedna z moich ulubionych odsłon tej filmowej serii. Chyba nawet stawiałem ją na drugim miejscu zaraz po kultowej jedynce. No i tak z grubsza, do tej pory, wyglądała moja historia z filmografią Derricksona...

Aż do teraz, bo ostatnio uzupełniłem ją o Sinister: ostatni film amerykańskiego reżysera-scenarzysty, i horrorowy hit ubiegłego roku. Śledzimy w nim historię Ellisona Oswalta (Ethan Hawke), popularnego pisarza z gatunku true crime, który zdobywszy sławę poprzez napisanie kontrowersyjnego reportażu odsłaniającego kulisy jakiejś brutalnej zbrodni i obnażającego niekompetencje policjantów prowadzących dochodzenie, stara się utrzymać na czele literackiej stawki angażując się w research nad kolejnym makabrycznym morderstwem, które zastopowało lokalną policję.

Nasz bohater wraz z - nieświadomą co do przerażającej historii ich nowego gniazdka - rodziną (Juliet Rylance, Michael Hall D'Addario, Clare Foley), wprowadza się do domu, w którym poprzedni właściciele zostali powieszeni na stojącym nieopodal drzewie, a ich najmłodsza córka zaginęła bez śladu. Rozwikłując zagadkę nowego miejsca zamieszkania, dzielny pisarz, mógłby uczynić swoje odkrycia kanwą nowego bestsellera. I rzeczywiście, z początku wszystko wskazuje na to, że szczęście sprzyja Oswaltowi, gdyż bardzo szybko wpada mu w ręce tajemnicze pudełko z kolekcją domowej roboty filmów, wśród których znajduje się m.in. zapis ostatnich chwil ex-właścicieli... A dalej, the plot, as they say, thickens.

Nie mam jakoś specjalnie wielu ciekawych rzeczy do powiedzenia o tej produkcji, a to co mam, da się z grubsza streścić słowami: ten film jest z deka chujowy.

Ta chujowość przejawia się w kilku różnych elementach, a pierwszym, który rzuca się w oczy, jest brak jakiejkolwiek oryginalności. Twórcy kalkują, przede wszystkim, z trzech źródeł: The Shining, Peeping Tom i Ringu. Dlatego w filmie mamy rodzinę, której głową jest zmagający się ze swoją karierą pisarz, wprowadzającą się do pewnego miejsca z tajemniczą przeszłością, aby tatuś mógł poświęcić się pisaniu swojego dzieła. I poświęca się tak bardzo, że wpada w obsesję zamykania się w swoim pokoju i przeżywania, nakręconych super-ósemką, filmów snuff, w których pojawia się przerażająca postać o długich kruczoczarnych włosach, a od czasu do czasu, barierę oddzielającą projektowany obraz od świata materialnego przekroczy mała dziewczynka, czy jakieś inne dziecko. Poza zrzynkami ze wspomnianej trójki, w filmie, doświadczymy też nieświadomie przyzwanego sumeryjskiego demona (tak zgadza się, cała intryga oscyluje wokół sumeryjskiego bóstwa, czy demona, co jest z mojej strony spojlerem, ale whatever), a tutaj, poniekąd, Evil Dead się kłania. No i jest jeszcze scena, w której syn głównego bohatera robi mostek jak dziewczyna z The Exorcist. Wymieniłem tu tylko te rzeczy, które rozpoznałem, ale jestem pewien, że jest tego dużo więcej. Nie wiem, może scenarzysta i reżyser założyli się z kimś o to ile im się uda wepchnąć horrorowych nawiązań do jednego filmu. I nie twierdzę, że takie szafowanie filmowymi cytatami, to jakaś straszna, dyskwalifikująca wada - wręcz przeciwnie, lubię takie zabiegi - ale w przypadku Sinister, wszystkie nawiązania są z dobrze znanych "żelaznych klasyków" i raczej nie było szans na to, że Derrickson i spółka przebiją oryginały. A ponieważ nie ma się też wrażenia (przynajmniej ja nie miałem), że jest to jakaś postmodernistyczna zabawa czy błyskotliwy komentarz nad gatunkiem, to te wszystkie hołdy składane horrorowym gigantom bardzo szybko robią się strasznie wkurzające.

Kolejną rzeczą, która budzi moje wątpliwości, jest fakt, że ten film nie jest straszny. I żeby było jasne. Nie jestem kolesiem, który zapodaje sobie odświętnie horror i jak coś nie zajarzy, i się wynudzi, to powie, że film "nie jest straszny". Nie, nic z tych rzeczy. Otóż, dokładnie sobie ten film przeanalizowałem (you know, with my mind) i wyszło mi, że klimat i atmosfera grozy, które, przyznaje, z początku nawet dają radę - głównie za sprawą nawet ciekawej zagadki, wizualnej strony filmu, a także muzyce i efektom dźwiękowym (które są bez wątpienia najmocniejszym elementem tej produkcji) - zostają kompletnie zaprzepaszczone poprzez, delikatnie mówiąc, głupie i kuriozalne decyzje reżysera. I tak, ucharakteryzowanie swojego slasherowego mordercy, który tak naprawdę jest duchem, który tak naprawdę jest częścią starożytnego sumeryjskiego panteonu na gitarzystę Slipknota nie jest zbyt rewelacyjnym pomysłem. Podobnie, wzbudzać zastrzeżenia może ubranie, opętanych przez wredne bóstwo, małych dzieci w jakieś łachy, usmolenie twarzy, a potem zmuszanie ich do odtańczenia jakiegoś tańca współczesnego wokół Ethana Hawke'a. A wiecie co byłoby dobrym pomysłem? Dobrym pomysłem byłoby np. postaranie się o to, aby drugi akt nie powtarzał ciągle scen, w których jakiś tajemniczy odgłos budzi bohatera ze snu i ten zaczyna chodzić, przestraszony, po domu - bo to się szybko robi nudne.

Nie mówiąc już o tym, że te repetycje raczej rozbrajają ogólny efekt jaki twórcy chcieli osiągnąć slipknotowym cosplayerem i materiałami found footage, które ogląda Ellison. W końcu, nawet jeśli podoba wam się image antagonisty (a z tego co czytałem to się ludziom nawet podoba), to kiedy okaże się, że jedyne co robi (antagonista) przez cały film to pojawiania się znikąd przy nagłym dźwiękowo-muzycznym szarpnięciu i złowieszcze wpatrywanie się swoimi martwymi, czarnymi ślepiami, to zapewniam, że szybko stracicie do niego szacunek, którym powinno się dążyć takie ekranowe monstrum.

Analogicznie sytuacja ma się z filmikami przedstawiającymi zabójstwa rodzin. Z początku są w porządku. Pierwszy raz zobaczycie jeden na samym początku filmu, i jest całkiem ok, buduje klimat, atmosferę, ogólnie spełnia swoje zadanie. Ale potem, wraz z bohaterem, oglądamy go znowu, i znowu, i potem oglądamy jakiś następny, i następny. I te filmy powoli stają się parodiami samych siebie. I zaczynają niemiłosiernie irytować. I jak już napisałem, cała groza gdzieś się ulatnia.

OK, żeby już wyjść na kompletnego pedantycznego dupka, muszę jeszcze wspomnieć o scenariuszu - konkretnie chodzi o modus operandi sumeryjskiego bożka. Otóż w filmie wygląda to następująco: główny bohater ogląda taśmy z nagraniami morderstw i w ten sposób, nieświadomie, wprasza do domowego ogniska pogańską zjawę, która (i tutaj uwaga, bo zacznę spojlerami sypać) zaczyna nawiedzać bohatera i sukcesywnie opanowywać umysł jego córki. W końcu, Ethan Hawke ma już dość siedzenia w nawiedzonym domu, zabiera rodzinę i postanawia uciec od tego całego koszmaru, ale, and here's the twist, zmiana miejsca zamieszkania dopełnia sumeryjską klątwę, bo teraz nasz demon może wykorzystać opętaną dziewczynkę do zgładzenia, niczego nie podejrzewającej, rodziny i posiąść jej nieśmiertelną duszę... or somethin'.

A więc po pierwsze, cały ten pomysł to upośledzona wersja kasety wideo z Ringu - tam ludzie oglądali przeklętą kasetę wideo, a po tygodniu umierali w tajemniczych okolicznościach, a tutaj, oglądają taśmy, a umierają (w tajemniczych okolicznościach) po przeprowadzce do innego domu. A po drugie, to jest po prostu głupie, bo okazuje się, że to samo co przeżywa (wraz z rodziną) Ethan Hawke, spotkało też tych ludzi, w których domu zamieszkał - tych co zawiśli na drzewie, na początku filmu. Tzn. wcześniej mieszkali w innym domu, w którym też została zamordowana rodzina i znaleźli pudełko z taśmami, które ktoś musiał zacząć oglądać. A przed nimi to samo spotkało tą rodzinę zamordowaną w ich domu. I jeszcze wcześniej też to kogoś spotkało, i jeszcze wcześniej też, i wcześniej też itd. (do kilkudziesięciu lat wstecz). I gdzieś tak minutę po uświadomieniu sobie tych rewelacji strzelacie sobie plaskacza w czoło i mamroczecie: "Ok, to te dwie godziny życia mogę już uznać za zmarnowane". (W sumie, to jak jesteście mądrzejsi ode mnie - co nie jest specjalnie trudne - to możecie sobie strzelić tego plaskacza gdzieś tak po 30 sekundach albo nawet w połowie filmu, jak już się domyślicie gdzie to wszystko zmierza).

Problem z tym rozwiązaniem polega na tym, że człowiek zaczyna się zastanawiać dlaczego np. rodzina, która zawisła na drzewie nie powiadomiła policji o tym, że znalazła pudełko z filmami snuff w swoim domu (tzn. w tym domu, w którym wcześniej mieszkali). I wiem, że Ethan Hawke też nie zawiadomił, ale on miał powód - chciał sam rozwiązać zagadkę, żeby być sławny i bogaty. No, i to głupi powód i czyni z niego mało sympatycznego protagonistę, ale go miał, a pozostałe rodziny, to już nie wiadomo czemu nie mogli tego zrobić. Poza tym, policjanci w tym filmie są przedstawieni jako niekompetentni idioci, ale dżizas, naprawdę mam wierzyć, że nigdy nie zauważyli, że jedna z tych rodzin, które zostały brutalnie zamordowane i ich dziecko zapadło się pod ziemię, kilkanaście lat wcześniej mieszkała w domu, w którym zdarzył się coś podobnego, i że może się to jakoś łączy? Bo tu już chyba trochę przesadzają z tym dobrowolnym zawieszeniem niewiary.

Zdaje sobie sprawę, że jeśli istnieje piekło, to pewnie jest w nim specjalnie przygotowane miejsce dla idiotów, którzy narzekają, że filmy są nierealistyczne, i to co się dzieje w Sinister nie jest pewnie nawet w pierwszej dziesiątce głupot jakie wymyślali scenarzyści horrorów, ale ten film, z grubsza, ogląda się tylko dla rozwiązanie tej zagadki. Nie ma w nim ani wielowymiarowych bohaterów, ani głęboka zakamuflowanych przesłań o prawdziwej naturze człowieka, ani nawet odpowiednio krwawej horror-jatki, która by odwróciła uwagę od scenariuszowych głupot - cały ten film to po prostu niby klimatyczny, detektywistyczno-proceduralny horror. A więc, jeśli z miejsca zauważymy, że rozwiązanie zagadki jest głupie czy nielogiczne, to to na pewno nie wpłynie pozytywnie na odbiór tego obrazu.

No dobra, to daje 2. Oceniłbym niżej, ale dzięki brawurowemu wykorzystaniu muzyki - no i jakby tak zmrużyć oczy, to można by powiedzieć, że aktorstwo jest w miarę kompetentne - ten film dźwiga się z kompletnego gówna na poziom nijakiej średniości. W sumie, to jakby ktoś tak kiedyś trafił na Sinister w telewizji nie mając żadnej wiedzy o tym filmie, to jestem w stanie sobie wyobrazić, że po seansie wzruszy ramionami, machanie ręką, powie, że ogólnie to mogło być, a następnego dnia zapomni, że w ogóle coś oglądał, ale mając świadomość, że coś takiego było okrzyknięte jednym z najlepszych horrorów 2012, to ciężko nie być rozczarowanym.

---
  • Zobacz trailer.
  • Gif z filmu znalazłem na tumblerze... Nie, nie wiem na czyim tumblerze, po prostu wpisałem w google i mi wyskoczyło. Nie wiem jak działa tumblr, jestem stary... Dajcie mi spokój.
---

PS Ostatnio oglądałem też Session 9 z 2001 - film w reżyserii Brada Andersona i z Peterem Mullanem, Davidem Caruso (jeszcze zanim wspiął się na szczyty drewnianego aktorstwa w serialu CSI: Miami) i Brendanem Sextonem III w rolach głównych - i to w sumie całkiem podobny film do Sinister, czyli z deka shiningowy, atmosferyczny horror osadzony w ponurym miejscu, które w subtelny sposób wydaje się wzbudzać szaleństwo w grupce przebywających tam bohaterów (w tym wypadku jest to ekipa robotników usuwających azbest). Film w ambiwalentny sposób wysuwa tezy co do źródła przedstawionych w nim zdarzeń, sugerując nam, że przyczyny mogą być zarówno paranormalne, jak i krucha ludzka psychika. Jest nawet wątek, w którym jeden z protagonistów stara się - w podobnie do postaci Ethana Hawke'a, obsesyjny, sposób - zgłębić przeszłość tajemniczego miejsca pracy poprzez, tym razem, odsłuchiwanie taśm magnetofonowych. A także klimatyczna dark ambientowa ścieżka dźwiękowa. Ale w przeciwieństwie do Sinister, Session 9 tworzy, i utrzymuje do samego końca, gęstą atmosferę, podkreśloną przez kilka całkiem fajnych i zapadających w pamięć "strasznych" sekwencji, które są oparte głównie na zręcznym i pomysłowym operowaniu kamerą... I skoro mowa o kamerach, to trzeba też dodać, że ten film wygląda trochę dziwnie, tzn. jak produkcja Teatru Telewizji, czy coś takiego. Z tego co wyczytałem, to był jeden z pierwszych filmów kręconych kamerą Sony 24P HD (która nagrywa 24 klatki na sekundę) i w większości przy naturalnym świetle, więc to pewnie dlatego tak wygląda... Ale summa summarum, chcę powiedzieć, że jak chcecie obejrzeć coś w klimacie Sinister, ale żeby przyzwoite było, to sprawdźcie sobie Session 9.

10 komentarzy:

Simply pisze...

A wszyscy tak to zachwalali... Nie widziałem, to i dyskutował nie będę.
Faktem jest, że 2012 był wyjątkowo nędzny w horrorze, nawet jak na trwająca od lat ogólną mizerię. Programowy brak nawet szczątkowej oryginalności wychodzi obecnie na jakieś signum temporis - czego dowodem jest byc może najlepszy horror z tego roku, dyskontujący właśnie fenomen wtórnego kanibalizmu gatunkowych patentów ('Cabin in the Woods').
Piątka 'Hellraisera' bardzo fajna, mimo zmiany dizajnu Cenobitów i braku Pinheada. Ale szóstka -'Hellseeker' - jeszcze lepsza , imo druga po bogu ( jedynce): zrobił to koleś o afrykanerskim nazwisku Rick Botha, siódemkę też.
'Session 9' doskonały! Tak właśnie powinno się budowac atmosferę ; DO KOŃCA,a nie tylko przez pierwsze 30-40 minut, a potem metodycznie zjebac to wszystko, jak to teraz na ogół wygląda. Anderson się znakomicie zapowiadał ( 'Mechanik' , odcinek ' Masters of Horror', fajny, spokojni thrillerek ' Transamerican' ) - ale też jakoś przyklapnął.
Jak chcesz obejrzec zajebisty i na prawdę oryginalny thriller z nowości, zapodaj hiszpańsko-kolumbijski ' La Cara Occulta' (Ukryta Twarz ).

Daniel Muszyński pisze...

No chyba własnie te wszystkie pochwały, które słyszałem (przeczytałem) sprawiły, że potknięcia tego filmu mnie aż tak bardzo irytowały. Wydaje mi się, że najzagorzalsi zwolennicy Sinister to chyba młodzież wychowana na teen-horrorach Jamesa Wana i Eli Rotha i może nie mają zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki.

Masz chyba rację co do poziomu 2012 roku. Ja osobiście za Cabin nie przepadam. Wg mnie Joss Whedon ma taki irytujący scenopisarski nawyk, który z grubsza polega na tym, że jego postacie mają świadomość, że to co im się przytrafia to jakaś gatunkowa klisza i zawsze to jakoś skomentują. Problem polega na tym, że (Whedon) robi to tak często, że to przestaje być zabawne, a zaczyna się robić irytujące - Cabin in the Woods jest idealnym przykładem takiego nadużycia. Poza tym wydaje mi się, że ten film chciał być taką krytyką czy komentarzem na temat horroru, ale nie poszedł dość daleko i nie wyciągnął ostatecznych wniosków z tej krytyki/komentarza i przez to ostatecznie jest raczej nijaki. Ale sceny z Richardem Jenkinsem i Bradley Whitfordem były całkiem fajne.

Jakby tak trochę pokombinować z datami premier, to ja bym chyba uznał Kill List, We Need to Talk About Kevin (to niby nie horror, ale na bezrybiu...) i może The Innkeepers za najlepsze rzeczy z 2012. Poza tym jeszcze nie widziałem, ale słyszałem, że Berberian Sound Studio jest całkiem niczego sobie.

No, szóstka Hellraisera też była fajna. Pamiętam że to był taki okres rewitalizacji dla serii, bo od 2 do 4, to się tak raczej dla zajebistych tekstów Pinheada oglądało - "Pain is pleasure" (trochę parafrazuje) i tego typu rzeczy :) 7 to mnie chyba mineła, a 8 to chyba była kaszana raczej, ale już dawno widziałem.

Z innych rzeczy Andersona, to widziałem tylko Mechanika (i nawet lubię), ale w sumie, to chętnie sprawdziłbym inne rzeczy - chyba ostatnio jakiś film z Halle Berry zrobił :)

La cara oculta wygląda ciekawie, pewnie obczaję - dzięki.

Simply pisze...

Bohaterowie 'CITW' sami są kliszami, tak miało byc. Ja ten film odebrałem
jako coś w rodzaju parodii takiego właśnie krytyczno-diagnostycznego spojrzenia na gatunek. Generalnie, jak na mainstream, jest na prawdę spoko, moim zdaniem.
'Kill List'to prawdziwy powiew świeżosci, który zostawia w tobie drażniacy niepokój. Film jest trochę niedopracowany, ale to nie ma znaczenia, gdyż w przeciwieństwie do prawie wszystkich horrorów z drugiej dekady tego tysiąclecia daje poczucie autentycznego 'touch of EVIL' - ten film ma duszę. Chorą i zepsutą, jak trza :)
'Innkeepers' mnie prawdę mówiąc rozczarował, po autorze 'House of the Devil' dużo więcej się spodziewałem.
A Brad Anderson kręci w tej chwili thriller na motywach ' Systemu Doktora Smoły i Profesora Pierza' Edgara Allana Poe.

Daniel Muszyński pisze...

Tzn. ja wiem, że bohaterowie kliszami byli, ale jak to oglądałem to takie wrażenie miałem, że oni tam chcieli krytykować gatunek filmowy za różne mniejsze i większe grzeszki - to, że postacie to często napaleni idioci, albo że jedyny czarny w całym filmie zawsze ginie. No i niby skrytykowali, ale ostatecznie, kiedy film dobiegł końca, to wszystkie te grzeszki sami też mieli na sumieniu. Wg mnie jak chcieli rozwalać system, to powinni to zrobić porządnie, a nie na pół gwizdka. Ja tym filmem byłem rozczarowany jak wyszedł, ale teraz jak na to patrzę, to rzeczywiście jest klasa wyżej niż taki Sinister.

"Film jest trochę niedopracowany, ale to nie ma znaczenia, gdyż w przeciwieństwie do prawie wszystkich horrorów z drugiej dekady tego tysiąclecia daje poczucie autentycznego 'touch of EVIL' - ten film ma duszę. Chorą i zepsutą, jak trza :)"

W pełni się zgadzam :) Widziałeś najnowszy film Wheatley'a - A Field in England? Jak dla mnie też spoko. W ogóle widziałem też Sightseers i Down Terrace i jak dla mnie Wheatley to teraz dobry zawodnik, którego poczynania trzeba śledzić.

Widziałem House of the Devil po Innkeepers i jak dla mnie jednak minimalnie słabszy. Kiedy dziewczyna z HotD kręci się sama po domu satanistów, to napięcie jest trzymane na uwięzi tak długo, że czułem się trochę nieusatysfakcjonowany finałem, który jak dla mnie był trochę zbyt szybki. Ale tak ogólnie to IMO oba filmy są bardzo dobre.

"A Brad Anderson kręci w tej chwili thriller na motywach ' Systemu Doktora Smoły i Profesora Pierza' Edgara Allana Poe."

Nie czytałem literackiego pierwowzoru, ale sprawdziłem na wiki i to może być całkiem fajne. Beckinsale, Caine, Kingsley, Gleeson - fajna obsada.

Simply pisze...

'Field of England' to zdaje się komedia? Jasne , że trzeba obadac, w końcu Angole są w tym najlepsi, ale wolałbym, żeby Wheatley dalej serwował koszmary.
Mnie ten przeciągniety środek w HOTD jakoś nie przeszkadzał - to jest zawsze diablo trudne wyzwanie, budowac napięcie mając do dyspozycji tylko jedną postac zamkniętą w pomieszczeniu. Poza tym jak dostajesz na wejściu tak silną , a do tego enigmatyczną co do meritum zajawkę, że coś bardzo złego się wydarzy, to całe oczekiwanie zyskuje inny wymiar.
A jak na domiar złego wiesz, że ma to związek z Tomem Noonanem, to siłą rzeczy siedzisz, jak na gwożdziach. A finał był właśnie konkretny, idealny w proporcjach. Dobrze, że go nie przeciągnięto.

Daniel Muszyński pisze...

"'Field of England' to zdaje się komedia?"

Nie wiem czy nie myślisz przypadkiem o Sightseers. A Field in England ma sporo zabawnych momentów, ale to raczej nie jest komedia. To taki czarno-biały, historyczno-psychodeliczny thriller o mentalnym pojedynku dwóch uczniów alchemika, który odbywa się na, jak wskazuje tytuł, polu w Anglii :)Kiliknij TUTAJ, żeby sprawdzić trailer.

Co do House of the Devil to się niby z tobą zgadzam - pewnie rzeczywiście budowanie napięcia jedną postacią zamkniętą w pomieszczeniu może być arcytrudne (przypuszczam, że Ti West (reżyser) nie chciał się mierzyć w Innkeepers z podobnym problemem i właśnie dlatego w tym filmie bohaterka nie siedzi sama w hotelu i ma z kim rozmawiać). Ale właśnie mnie ta końcówka trochę zawiodła, bo czekałem na nią tak długo i spodziewałem się czegoś tak makabrycznego, że jednak byłem trochę zawiedziony. Nie wiem, może gdyby ona tam tak, jak w hooperowskiej Texas Chainsaw biegała przez 20 min po lesie i non stop krzyczała, to by to napięcie się jakoś trochę lepiej rozładowało niż przy takim trochę antyklajmaksie. Dla mnie jednak było trochę bardziej satysfakcjonujące to jak usypiali i wybudzali napięcie w Innkeepers.

Askadasuna pisze...

Ze mnie jest taki trzęsiportek, że czytając tekst już zaczęłam się bać...
Zdecydowanie nie lubię takich filmów, nawet jeśli są słabe.

Daniel Muszyński pisze...

Spoko :) Tak prawdę mówiąc, to jakość takich filmów jest często tak słaba, że nie tracisz żadnych wybitnych estetycznych doznań poprzez ignorowanie takich produkcji. Zresztą mi się wydaje, że horrory to są głównie dla ludzi, którym w dzieciństwie rodzic skrzywił psychikę poprzez puszczanie na vhs-ie filmów typu: Galaxy of Terror, Evil Dead II, A Return to Salem's Lot, czy Bikini Island (co właśnie mi się przytrafiło :)), a pozostałym zawsze będzie się trudniej wczuć w takie klimaty.

Buffy1977 pisze...

"Wydaje mi się, że najzagorzalsi zwolennicy Sinister to chyba młodzież wychowana na teen-horrorach Jamesa Wana i Eli Rotha i może nie mają zbyt wysoko zawieszonej poprzeczki."

Zagorzałą fanką tego filmu nie jestem, ale podobał mi się. Nie kwalifikuję się już do młodzieży, a wychowałam się na "Egzorcyście", "Koszmarze z ul. Wiązów", "Candymanie" itp. więc tym bardziej Twoje uogólnienie nietrafne;)
Ps. Nie wydaje mi się, żeby Wan robił teen-horrory (gdzie w jego filmach młodzież?) - już prędzej ghost stories, ale to tylko moje zdanie.
Moim zdaniem nie każdemu musi się wszystko podobać - różne gusta, a nie tylko kwestia wieku - dlatego nie bardzo rozumiem Twoją obelgę wymierzoną w fanów "Sinistera"...

Daniel Muszyński pisze...

Przyznaje, że to była jak najbardziej z premedytacją rzucona złośliwa obelga skierowana w stronę fanów tego filmu - internetowo-forowo-blogowy terroryzm i prowokacja, hejting i trolling niemalże :)

Zanim obejrzałem Sinister przeczytałem twoją recenzję i wiem, że jesteś zwolenniczką tego filmu. Wiem, że masz całkiem dobry gust i oglądasz sporo klasyki, i jeśli ten film ci się podoba to spoko - tak jak powiedziałaś, gusta są różne.

A co do Wana, to wrzuciłem go tutaj jako taki joke. Bo jego Insidious dostał rating PG-13, co mnie kiedyś bardzo rozbawiło. Kiedy użyłem określenia teen-horror, to chodziło mi o horrory, którymi ekscytują się nastolatki, a nie o horrory, których bohaterami są nastolatki.