wtorek, 24 września 2013

London is calling to the zombies of death: "Quit holding out, and draw another breath"

Jakiś czas temu na horror-blogu Buffy1977 pojawiła się recenzja Night of the Living Dead. (Tak tego Night of the Living Dead - jeśli o filmach da się bez popadania w hiperbole powiedzieć: ważny, kultowy, znany, definiujący gatunek i ceniony, to na pewno możemy tak mówić o niskobudżetowym, czarno-białym, reżyserskim debiucie George'a A. Romero.) Recenzja Buffy jest całkiem dobra, powiedziałabym, że trzyma standardowo wysoki poziom wszystkich tekstów, które możecie przeczytać na jej blogu, ale miałem do niej parę uwag, których oczywiście nie omieszkałem zgłosić w komentarzach. I w ten oto sposób ja, Buffy i koleś, który bloguję tutaj, natrzaskaliśmy pięćdziesiąt parę komentarzy o Night of the Living Dead i jego aktualności, zombie-filmach Romero, remake'u Saviniego z 1990, kryzysie ekonomicznym, strachu przed technologią, konsumpcjonizmie, politykach, kościele, Romeo i Julii i jeszcze paru innych rzeczach.

Nie namawiam was abyście poszli po linkach do recenzji Buffy i przeczytali wszystkie komentarze, bo pewnie się domyślacie jak się kończą internetowe rozmowy, w których ludzie mają odmienne zdania na jakiś temat i nie za bardzo chcą się ze sobą zgodzić, a jednocześnie nie zamierzają rezygnować z dyskusji, kiedy już zdadzą sobie sprawę, że osoba z którą rozmawiają ma inne zdanie i też nie chcę rezygnować z dyskusji. A jeśli się nie domyślacie, to takie rozmowy zwykle kończą się pięćdziesięcio paroma komentarzami wypełnionymi pasywno-agresywnymi docinkami i śmiesznymi teoriami, od których będziecie się drapać po głowie i krzywo uśmiechać. I gwoli ścisłości, mówię tu jak najbardziej o sobie, bo jeśli chodzi o śmieszne teorie (za którymi pewnie wciąż twardo stoję) i pasywno-agresywne docinki, to zdecydowanie bryluje, a nawet, wręcz monopolizuje rozmowę. Aczkolwiek, chociaż dyskusja na blogu Buffy ostatecznie bardzo mocno skręca w głupie, internetowe, słowne podchody, to dzięki niej zacząłem intensywniej myśleć o zmianach, które zaszły w gatunku zombie-rozrywki... Ok, to kłamstwo, tak naprawdę to zawsze myślę intensywnie o zombie-rozrywce. Ale to chyba normalne, nie? Każdy normalny człowiek myśli intensywnie o inwazji nieumarłych, pożerających ludzi potworów, mam rację? :)... Więc powinienem chyba powiedzieć: dyskusja na blogu Buffy skrystalizowała mi pewne teorie dotyczące rozwoju gatunku.

I tak, jeśli założymy, że filmowa zombie-post-apokalipsa albo w ogóle cała zombie-post-apokalipsa, nie ograniczając jej do filmów, miała swój początek w Night of the Living Dead - co pewnie nie jest do końca prawdą, ale załóżmy, że tak jest - to to co dzisiaj rozumiemy jako standardowe tropy zombie-gatunku, chociaż na pierwszy rzut oka, wcale nie wydają się zbyt oddalone od romerowskiego pierwowzoru, to pod pewnymi względami bardzo się różnią, a może nawet wręcz stoją w kompletnej opozycji do filmów Romero. Różnice, o których chcę tutaj pisać z grubsza sprowadzają się do sposobu, w jaki przedstawiani są ocaleni. Czyli ci ludzie, którzy zmagają się z przetrwaniem w świecie powolnie, ale dla nich i tak zbyt szybko, konającej cywilizacji; szarzy, przeciętni everymeni, z którymi identyfikuje się widz; ci, którzy spędzają lwią część romerowskiego filmowego klasyka zabarykadowani w jakimś pomieszczeniu, które ma ich chronić przed nieubłaganie snującymi w ich kierunku martwymi istotami mającymi jedynie swój niezaspokojony głód za przewodnika.

Tutaj powinienem dodać, że kiedy mówię "filmów Romero" albo "romerowskiego klasyka", to chodzi mi o jego klasyczną Trupo-trylogię: Night of the Living Dead, Dawn of the Dead i Day of the Dead. W tych trzech filmach praktycznie wszyscy "ocaleni" zachowują się w dość specyficzny sposób, tj. są naprawdę beznadziejni jeśli chodzi o przetrwanie w ich nowym post-apokaliptycznym otoczeniu. Pamiętacie jak w Night of the Living Dead, Ben (Duane Jones) i Tom (Keith Wayne) wyszli z domu, w którym się ukrywali, żeby zatankować ciężarówkę i pojechać po pomoc? No, to nie skończyło się najlepiej dla Toma i jego dziewczyny, Judy (Judith Ridley). Albo np. cały ten plan z ukryciem się w supermarkecie z Dawn of the Dead - jeśli pomyślimy o nim przez jakieś 5 sekund, to szybko dojdziemy do wniosku, że nie jest ani zbyt mądry, ani zbyt perspektywiczny. Nawet postacie, które teoretycznie wydaje się, że są dobrze przygotowane, czy, po prostu, oglądając film widzimy, że, w porównaniu z innymi, są w stanie sprawnie i świadomie poruszać się w tym nowym świecie - Ben z Night of the Living Dead komandosi SWAT (Peter [Ken Foree] i Roger [Scott Reiniger]) i gang motocyklowy Toma Saviniego z Dawn of the Dead, czy żołnierze z Day of the Dead - bardzo szybko, i często z własnej winy, tracą swoją przewagę i kończą jako pożywka dla bezmyślnych, powolnie człapiących zombiaków, które rozpanoszyły się na zgliszczach starego porządku. Jak dla mnie, nie ulega wątpliwości, że taka wizja post-apokaliptycznego świata i, bardzo krótko, żyjących w nim ludzi była jak najbardziej świadomą intencją reżysera - tzn. ogólnie mówiąc, Romero kąśliwie krytykuje gatunek ludzki i jego umiejętności przetrwania, albo raczej ich brak.

A teraz przyjrzyjmy się remake'owi Night of the Living Dead z 1990 r. Ten powstały 22 lata po oryginale film wydaje się mieć nieco schizofreniczny stosunek do czarno-białego klasyka - z jednej strony pozostaje mu dość wierny, a z drugiej mamy Barbarę. Judith O'Dea, która wcieliła się w postać Barbary w oryginale, zagrała postać przestraszoną, będąc na skraju załamania, histeryczną, kompletnie nie radzącą sobie z wydarzeniami przedstawionymi w filmie. Patricia Tallman (Barbara z remake'u Saviniego) natomiast, po początkowym szoku, który wywołuje w niej atak zombie, przeistacza się w kompetentną, zdeterminowana i aktywna bohaterkę, jedyną z garstki postaci przebywających w oblężonym domu, której udaje się przetrwać cały film. (Chociaż podobno już w latach 60, we wczesnych wersjach oryginalnego scenariusza, planowano przetrwanie tej postaci.) Co więcej, jej zachowanie, które obserwujemy podczas seansu wydaje się sugerować, że pewność siebie i siła są dla niej czymś nowym, czego nie posiadała w swoim życiu sprzed plagi zombie - to ekstremalna sytuacja, w której się znalazła, pozwoliła jej na rozbudzenie instynktów, które pozwalają jej przeżyć.

To co stało się z postacią Barbary być może była spowodowana zmianami obyczajowymi, jakie zaszły od lat 60.: chęcią dodania do historii wyraźnego elementu kobiecej emancypacji, której raczej brakowało w oryginale, albo zabiegiem formalnym: zaczerpnięciem ze struktury slashera (podgatunku horroru, który w dwóch poprzedzających remake dekadach cieszył się sporą popularnością) elementu "final girl", ale w praktyce mamy tutaj właśnie tą stojącą w opozycji w stosunku do oryginalnej romerowskiej trylogii ewolucje zombie-gatunku. Ludzie przestali być skazanym na pożarcie, albo gorzej, wymierającym gatunkiem, który w bezmyślnym stuporze zmierza od jednego głupiego pomysłu na przetrwanie do drugiego. Pojawiła się nadzieja - teraz mogli się zmienić, dostosować do nowego środowiska, przetrwać, a nawet można powiedzieć, że na swój sposób prosperować. Np. o ile dobrze pamiętam to grupka wieśniaków z końcówki filmu, ta która zebrała się, aby przeciwdziałać zombie-pladze, radzi sobie zupełnie nieźle w nowej sytuacji. No jasne, są okrutni, sadystyczni i bez skrupułów, a nawet z pewną przyjemnością, oddaje się eksterminacji pałętających się w pobliżu nieumarłych, ale tak właśnie musi się zachowywać człowiek aby przetrwać na post-apokaliptycznej Ziemi.

Ucieczka w zabójcze instynkty, porzucenie współczesnych norm, wartości i człowieczeństwa nie było rozwiązaniem, które młody Romero zignorował w swoich dziełach, oglądając je zauważymy przejawy takich zachowań. Ale w starych filmach nie są one brane pod uwagę jako alternatywa, która doprowadzi ludzi do przetrwania. W oryginalnym Night of the Living Dead, Romero przedstawił oddział walczących z zombiakami rednecków jako lękliwych, słabo zorganizowanych i głupich (w końcu, przez przypadek zabijają nam głównego bohatera). W Dawn of the Dead i Day of the Dead są i gang motocyklowy, i żołnierze, którzy swoim zachowaniem bardzo przypominają wiśniaków z filmu Saviniego. Ale ich przewaga - którą wypracowali niemoralnym, sadystycznym i bezwzględnym pragmatyzmem - okazuje się iluzoryczna. Nie chcę tutaj jakoś autorytatywnie stwierdzić, że Savini i Romero (który chyba sam wprowadził scenariuszowe poprawki do remake'u) zmienili w 1990 zasady gatunku, bo pewnie już wcześniej były filmy, które podchodziły do zombie-post-apokalipsy inaczej niż definiująca gatunek "Trupo-trylogia". Niektóre z tych filmów być może były zbliżone w wydźwięku do remake'u z 1990, a inne mogły iść w jeszcze jakimś zupełnie innym kierunku. Ale wspominam tutaj o remake'u oryginału, po pierwsze, dlatego, że to remake oryginału i dzięki temu dobrze w nim widać tą "stojącą w opozycji w stosunku do oryginalnej romerowskiej trylogii" ewolucje zombie-gatunku, a po drugie, to tylko przystanek na drodze do ostatecznego celu - czyli The Walking Dead.

Super popularny amerykański komiks stworzony przez Roberta Kirkmana i Tony'ego Moore'a, który w 2010 został zaadaptowany w jeszcze bardziej super popularny serial telewizyjny, z Frankiem Darabontem (The Shawshank Redemption, The Green Mile, The Mist) w roli showrunnera (a przynajmniej był nim w pierwszym sezonie), jest, z całą pewnością, uznawany przez współczesne pokolenie za ideał zombie-post-apokaliptycznego gatunku. Stoją za nim (za serialem i komiksem) zarówno sukcesy komercyjne, pozytywne opinie krytyki, jak i uwielbienie fanów, ale jak ten multimedialny zombie-fenomen ma się do opisywanych tutaj przeze mnie cech "Trupo-trylogii"? Zwłaszcza, że - o ile mi wiadomo - Robert Kirkman (scenarzysta komiksu) jest wielkim fanem filmów Romero i chętnie przyznaje, że to właśnie bogate w żywe trupy klasyki romerowskiej filmografii są naczelną inspiracją dla jego opus magnum.

(Zanim przejdę do rzeczy, jeszcze tylko szybko oznajmię, że nie jestem jakoś super obcykany w serialu The Walking Dead - widziałem tylko ze 3 czy 4 odcinki. Ale naczytałem się sporo oryginalnego komiksu i choć serial dodaje jakieś nowe postacie i zmienia niektóre wątki, to wydaje się dość wiernie oddawać ducha materiału źródłowego, więc czuje się względnie komfortowo podpinając te swoje wywody pod sam serial, ale... no nie wiem, tak na wszelki wypadek, informuje.)

A więc, kiedy śledzimy losy bohaterów The Walking Dead dość szybko okazuje się, że tutaj każdy jest jak Barbara (czy wieśniaki) u Saviniego. Postacie, które nie reagują poprawnie na zmiany zachodzące w fikcyjnym świecie, tj. nie wykształcają w sobie dość szybko pragmatycznego instynktu przetrwania, są szybko unicestwiane, bądź delegowane do roli tła, podczas gdy prawdziwi bohaterowie są w stanie przełamać desperację, odrzucić dawny styl życia i za pomocą mniej lub bardziej kontrowersyjnych poświęceń i kompromisów moralnych kroczyć dzielnie, niczym amerykańscy osadnicy zdobywający Dziki Zachód, ku zalążkom nowej cywilizacji. W pewien sposób ten nowy zombie-świat proponowany przez The Walking Dead, przypomina mi to co się stało w ostatniej dekadzie z nieumarłymi kolegami żywych trupów, tj. wampirami. W wampirzych romansach, które, chyba jeszcze wciąż można powiedzieć, cieszą się ogromną popularnością, pomimo że większość fanów horroru stara się od nich ostentacyjnie odciąć, widzimy jak bohaterka wchodzi w skrywany przed śmiertelnikami świat nieśmiertelnych krwiopijców, i choć tradycyjnie takie historie kończyły się mniej lub bardziej tragicznie dla młodej dzierlatki, to teraz taka dziewczyna potrafi ujarzmić polującego na płynący w jej żyłach, życiodajny płyn, drapieżce, i z grubsza, oswoić się z życiem w tajemnych kazamatach dzieci nocy. Teraz być może jacyś fani serialu zaczną się burzyć za takie porównanie, ale jeśli się nad tym uczciwie zastanowić, to czemu nie? W końcu satyryczno-krytyczno-czyniczne - i w konsekwencji katartyczny - obraz ludzkości, który prezentował Romero w swoich filmach, został zastąpiony serializowaną przygodą, która niby ma nas szokować swoim cynizmem i bezwzględnością, ale prawda jest taka, że my jako widzowie lgniemy do bohaterów takiego świata i się z nimi identyfikujemy. Przez to ten nurt horroru zmienił się w eskapistyczną fantazje o własnej wielkości. Stał się miejscem gdzie możemy się udać i odpocząć od pracy, rachunków, nudy i kłopotów normalnego życia. Zamiast tego przez czterdzieści parę minut tygodniowo obcujemy ze światem gdzie proste, niemoralne - ale w zaistniałej sytuacji, dające się usprawiedliwić - wybory decydują o "naszym" losie. Wypada się zastanowić czy w takim wypadku to jest jeszcze horror, bo tak właściwie myśl życia w postapokaliptycznej, zamieszkałej przez zombie rzeczywistości przestała być dla nas czymś wzbudzającym lęk czy dyskomfort, a zamiast tego zaczęliśmy się zastanawiać jak się w niej wygodnie urządzić. (M.in. stąd moje porównanie do wampirycznych romansów.)

Nie rozpisuję się tak tutaj, dlatego że uważam, że The Walking Dead to jakieś straszne gówno, czy że jak dla mnie stare horrory to były zajebiste, a teraz to nieporozumienie i misinterpretacja ideałów sierpnia... (Chociaż - prawdę mówiąc - raczej preferuję stare horrory, a The Walking Dead [komiks], dopóki się nie znudził - bo właściwe ciągnął w nieskończoność te same powtarzające się motywy - to  nawet mi się podobał... Serial, to nie wiem? Chyba tak ogólnie, to wydaje się być w porządku, ale myślę sobie, że gdybym go oglądał, to znudziłby mi się tak samo jak komiks.) Rozpisuję się tak dlatego, bo jestem ciekaw, co ty o tym myślisz, drogi czytelniku... A więc, co o tym myślisz, drogi czytelniku?