czwartek, 31 października 2013

Bangkok! Oriental setting... And the city don't know that the city is getting the crème de la crème of the chess world in a show with everything but Yul Brynner - recenzja "Only God Forgives"

Only God Forgives (2013), reż. Nicolas Winding Refn, pol. tyt. Tylko Bóg wybacza, IMDb

Hm... Noooo to było dużo lepsze niż Drive. The end.

...

...

He he, nie no żartuję... tzn. żartuję co do tego, że to już koniec recenzji. Jeszcze trochę o Only God Forgives popiszę, ale to, że tegoroczny film Winding Refna jest lepszy od poprzedniego, to było jak najbardziej na serio.

Do tej pory znalem tylko jeden film Duńczyka - no wiecie, ten, w którym Ryan Gosling mało mówi, ale zamiast tego wyraża całą zawartą w sobie emocjonalną głębię za pomocą smutnych spojrzeń i złotej kurtki z naszytym skorpionem na plecach - i byłem raczej pod umiarkowanie chłodnym wrażeniem jego reżyserskich umiejętności. Ale teraz jestem już po seansach z Valhalla Rising i Only God Forgives, i mogę oficjalnie, i ku uciesze wszystkich zgromadzonych, ogłosić, że nastąpiło ocieplenie stosunków. Nie ma co prawda między nami jeszcze prawdziwej pasji i ogni namiętności, ale zbliżyłem się trochę do szacunku i estymy, którymi wydają się darzyć Refna liczni uczestnicy blogosfery.

Ale zaraz, zaraz! - ktoś zakrzyknie. Przecież Only God Forgives to film kontrowersyjny i polaryzujący opinie, jakim cudem zdołał mnie przekonać do twórczości popularnego reżysera?

Otóż wydaje mi się, że to dzięki temu, że obejrzałem go prawie w tym samym czasie, co wspomniane wyżej Valhalla Rising. Oba filmy łączy podobny, ociężały, medytatywny, przypominający sen, przeładowany mniej lub bardziej czytelnymi symbolami, a lekki w naturalistyczne dialogi (albo właściwie w ogóle lekki w dialogi) klimat. A do tego, oba wydają się poruszać podobne wątki i motywy. Co pewnie było zamiarem reżysera... tzn. to chyba było zamiarem reżysera. (Nie jestem tak do końca pewien, ale wydaje mi się, że Refn kręci swoje filmy jako takie tematyczne trylogie - to pewnie jakąś świecka tradycja w Danii... no wiecie, podobnie jak wymyślanie dziwnych zasad kręcenia filmów, które zaraz potem kompletnie się ignoruje - i OGF i Valhalla, to chyba właśnie części takiej luźnej trylogii, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie czytając, piąte przez dziesiąte, różne recenzje tych filmów.) W każdym razie, dzięki podobieństwom między tymi filmami można zrozumieć, o co może w nich chodzić.

Może najlepiej będzie jak pokrótce wyjaśnię co miałem na myśli z tym poruszaniem podobnych wątków i motywów.

Jeśli nie widzieliście Valhalla Rising (a jeśli nie widzieliście to warto obejrzeć - jak na razie, to moja ulubiona pozycja wśród dokonań Refna), to film jest tak mniej więcej z grubsza o grupce chrześcijańskich krzyżowców, którzy nie popisali się umiejętnościami żeglarskiej nawigacji i zamiast na Bliski Wschód trafiają w tajemnicze miejsce - prawdopodobnie Amerykę - i okraszają je mianem "swojego nowego Jeruzalem". Ale ponieważ bardzo szybko zaczynają sobie uzurpować prawo do nowego lądu, i ogólnie zachowują się jak dupki straszne, tubylcy zaczynają na nich polować - i Only God Forgives jest właściwe o tym samym.

Na początku filmu poznajemy dwóch braci, Amerykanów (Gosling i Tom Burke), którzy pod przykrywką szkoły muay thai prowadzą, w Bangkoku, działalność przemytniczą. I wtedy brat, który nie jest Ryanem Goslingiem wychodzi na miasto i gwałci, a potem zabija nieletnią tajlandzką prostytutkę. To skutkuje prawie natychmiastowym pojmaniem brata przez policje, a ściślej, przez Vithaya Pansringarma - stoickiego super-glinę, posługującego się maczetą do wymierzania bezwzględnie surowej, szybkiej, czarno-białej (niczym jego strój) sprawiedliwości. Pansringarm wzywa do siebie ojca (i jednocześnie alfonsa) zgwałconej dziewczyny i domaga się, aby ten wymierzył karę obcokrajowcowi. I tak Tom Burke zostaje przerobiony na krwawy miąższ i kończy się jego udział w tym filmie. Interesującą rzeczą w tych scenach jest to, że jak się później dowiadujemy, to Burke, a nie jego brat, był mózgiem przestępczej działalności Amerykanów. Postać grana przez Goslinga wydaje się czerpać prawdziwą przyjemność z zajmowania się klubem bokserskim i menedżerowaniem zawodników. Oczywiście pod tym wszystkim skrywa w sobie niezrównoważonego furiata, który przez jakieś nie do końca sprecyzowane (ale wiadomo, że mocno osadzone w edypowych klimatach) występki był zmuszony do opuszczenia swojej ojczyzny i życie wygnańca pod opieką swojego brata. A więc dlaczego, kiedy oglądamy film, to brat, który teoretycznie powinien być bardziej zrównoważony - w końcu jest odnoszącym sukcesy kryminalistą - zachowuje się jak psychopatyczny pedofil? Dlatego, że został źle wychowany; dlatego że obaj są zgniłymi owocami pochodzącymi z tego samego drzewa - wydaje się być najbardziej oczywistą i najmocniej zasugerowaną przez twórców odpowiedzią. Ale może się nam nasunąć też to, że jako przedstawiciel uprzywilejowanego bogatego zachodu, czuje się lepszy od ludzi, w których kraju przyszło mu prowadzić interesy i tym samym pozwala sobie na uzewnętrznianie wobec nich swoich najniższych instynktów. Można dostrzec taką postawę w jego braku zainteresowania (w przeciwieństwie do swojego brata) tradycjami tajskiego boksu; jego pogardliwym i prześmiewczym stosunku do nieformalnie zinstytucjonalizowanej prostytucji, której pełno na ulicach refnowskiego Bangkoku; i w końcu, chociaż nie widzimy jak został zatrzymany po zgwałceniu i zabiciu dziewczyny, w jego postawie względem Pansringarma i ojca swojej ofiary - wydaje się, że nie próbował uciekać, ani zgrywać niewinnego, ponieważ myślał, że nie będąc częścią tego świata będzie nietykalny dla praw w nim obowiązujących. Ten motyw wyższości człowieka Zachodu jest kontynuowany wraz z pojawieniem się matki braci. Kiedy Kristin Scott Thomas - przerysowana w swojej jędzowatości do granic absurdu, campu i czarnej komedii - po raz pierwszy pojawia się na ekranie, widzimy jak werbalnie atakuje pracowników hotelu, w którym się zatrzymuje, po czym daje kolejne, coraz bardziej niesamowite, popisy nieprzyjemnego zachowania, których kumulacją jest kolacja z Goslingiem i jego dziewczyną, a właściwie, prostytutką na punkcie której ma obsesję (Yayaying Rhatha Phongam). A poza byciem prawdziwie paskudną osobowością, Scott Thomas, spędza większość swojego ekranowego czasu w stylowym wnętrzu penthouse'u na szczycie luksusowego hotelu, gdzie, niczym bezlitosna, mafijna matka chrzestna - którą rzeczywiście jest - knuje zemstę przeciw ludziom odpowiedzialnym za śmierć jej syna.

No i mniej więcej w ten sposób jest przedstawiony każdy biały protagonista, który pojawia się w tym filmie. Wszyscy są amoralnymi kryminalistami, którzy prowadzą w Tajlandii jakieś szemrane interesy i bez skrupułów wykorzystują i zabijają tamtejszych ludzi, za co ostatecznie spotyka ich ostateczna kara w postaci Vithaya Pansringarma. Wyjątkiem jest Gosling, on okazuje się nie być aż tak spaczony jak reszta. Rozumie, że postępowanie jego ziomków jest niemoralne, a nawet, co jakiś czas, przeżywa dziwne prorocze wizje przestrzegające go przed tym co go czeka jeśli będzie się zachowywał tak jak oni. W związku z tym otrzymuje mniej dotkliwą karę - tzn. zostaje pobity, ośmieszony i wykastrowany, w różnych, mniej i bardziej metaforycznych, znaczeniach tego słowa. Można nawet powiedzieć, że czasami sam aktywnie wychodzi tej karze naprzeciw, jakby rozumiał, że upadek i wstyd, którego doświadcza są pokutą za jego występki.

Na ekranie, to wszystko wygląda trochę tak, jakby film był jednym z tych horrorów gdzie grupka turystów jedzie do jakiegoś egzotycznego kraju i tam okazuje się, że tubylcy to kanibale, albo że dla rozrywki, urządzają polowania na obcokrajowców. Twist polega na tym, że w Only God turyści to przestępcy, czarne charaktery, rzeczywiście zasługujący na to, co ich spotyka, a tubylcy, czy dokładniej mówiąc: Pansringarm, to bohater pozytywny. Na podobny pomysł, takiego zastosowania horrorowego schematu, ale z odwróceniem ról, wpadł też ostatnio Pete Travis i Alex Garland w Dredd (albo Dredd 3D, jak kto woli). Ich film to nic innego jak slasher z wielkim, niezniszczalnym mordercą i grupką ludzi, którzy są z nim uwięzieni w tym samym miejscu - tyle tylko, że grupka ludzi to przestępcy, a morderca to tytułowy bohater i (podobnie jak w Only God) faszystowski super policjant.

No ok, ale dlaczego właściwie ten film cieszy się taką niesławą? - ktoś mógłby zapytać. W końcu, jakby tak poszperać na necie za jakimiś recenzjami, to pewnie z czterech na pięć się dowiecie, że to pretensjonalny śmieć, że kontrowersyjny dla samej kontrowersji, i że w ogóle, WTF i na co to komu. I żeby być uczciwym, to nie jest podejście, z którym chcę specjalnie polemizować, bo oglądając film ciężko uwierzyć, że Refn nie był świadomy, że to, co tutaj tworzy, niezbyt pasuje do współczesnych standardów politycznej poprawności, czy gustów mainstreamowej (i nie mam tutaj na myśli pejoratywnych znaczeń tego słowa) publiczności.

Weźmy np. scenę, którą chyba większość osób uznała za najbrutalniejszą w całym filmie: w pewnym momencie Pansringarm i jego ludzie konfrontują Byrona Gibsona (w filmie, przemytnik i podwładny Scott Thomas, który organizuje nieudany zamach na tajlandzkiego "złego porucznika") w należącym do niego burdelu/barze karaoke, gdzie policjant, w obecności świadków, torturuje zbira poprzez wbijanie wielkich szpikulców w jego kończyny, uszy i oczodoły. Scena ta ładnie obrazuje motyw zderzania się kultur, o którym pisałem wcześniej. Otóż mamy tutaj bar wypełniony młodymi, urodziwymi tajlandzkimi dziewczętami, uczesaniem i odzianymi w sukienki w stylu lat 50. i 60. Wraz z wystrojem całego pomieszczenia wychodzi z tego osobliwa, kiczowata, ale jednocześnie stylowa, iluminowana neonową poświatą, mieszanka zachodu i egzotycznego orientu. A pośrodku tego obrazka siedzi sobie postać białego człowieka zachodu, który sam niedawno wmieszał się w życie tajlandzkiej metropolii i zburzył panujący w niej porządek doprowadzając do śmierci niewinnych, tajlandzkich, cywilów. Wtem zjawia się nasz bohater, Pansringarm, i wyrywa chwasta. Bezwzględnie, brutalnie i metodyczne - najpierw uderzając w nogi i ręce, czyniąc go bezbronnym i sprawiając, że nie będzie stanowił już zagrożenia, a potem pozbawiając go zmysłów. Atak na oczy i uszy, to oczywiście nawiązanie do postaci granej przez Goslinga, który w przeciwieństwie do Byrona, dzięki swoim fantasmagorycznym zwidom jest w stanie zrozumieć reguły i prawa obowiązujące w tym mieście - no wiecie, skoro Byron nie jest w stanie właściwie (czyt. tak jak Gosling) korzystać ze swoich zmysłów, to nie są mu one potrzebne.

(Wiem, że jak to czytacie, to brzmi jak jakaś ciężkawa symbolika, którą reżyser bije niemiłosiernie widza po głowie, ale zważcie, że w poprzednim filmie Refna mieliśmy bohatera, który nawigował ulice Miasta Aniołów podczas gdy w tle teksty piosenek typu: "...and you have proved to be / A real human being, and a real hero" albo "There's something inside you, it's hard to explain / They're talking about you boy, but you're still the same" starły się współgrać z przewijającymi się na ekranie obrazami, więc chyba po prostu mamy tu do czynienia z artystą, który pluje w twarz subtelności i świadomie wybiera stylizowane showmaństwo, które widz powinien brać z całym dobrodziejstwem inwentarza.)

Ale pal licho the ol' ultraviolence wspomnianej sceny, to co tak naprawdę nie współgra z bliskimi nam, współczesnym Europejczykom, normom politycznej poprawności jest to, co mówi jeden z towarzyszy Pansringarma, zanim ten zabierze się za katowanie swojej ofiary - pada rozkaz aby obecne na sali kobiety zamknęły oczy, natomiast mężczyźni mają patrzeć uważnie i wyciągać odpowiednie wnioski. Podobnie jest podczas całego seansu - chociaż to reprezentanci tajlandzkiej kultury są białymi kapeluszami tego dalekowschodniego westernu (podobno właśnie taki gatunkowy eksperyment był punktem wyjścia dla reżysera), to ciężko jest nam z nimi sympatyzować, bo ich świat jest pełen prostytucji i drabin społecznych, w których kobiety zajmują niskie, służalcze pozycje, a autorytarną władzę sprawuje wszechpotężny Pansringarm, którego preferencje do szybkich, prostych i lekceważących niuanse rozwiązań siłowych mogą niepokoić. (Chociaż trzeba przyznać, że surowemu bogu z ulic Bangkoku trochę mięknie serce, gdy w grę wchodzi rodzina, czy małe dzieci.) Nie zaprzeczam, że gdyby chodziło tylko o to, to można by to wszystko zamieść pod dywan, na wpół kokieteryjnej, na wpół łobuzerskiej, zabawy gatunkiem. Ale mamy jeszcze Kristin Scott Thomas - postać najbliższa typowemu nikczemnemu złoczyńcy w tym dziele. A Scott Thomas to teoretycznie silna kobieta, która jakimś sposobem (wydaje mi się, że było zasugerowanie, że tego też dokonała poprzez zmanipulowanie swoich synów ku zbrodni) wspięła się bardzo wysoko po szczeblach mafijnej, zmaskulinizowanej, władzy, więc jest swoistym pozytywnym archetypem dla walczących o równouprawnienie środowisk kobiecych. Tylko, że film sportretował ją jako obrzydliwego, manipulującego swoim otoczeniem człowieka i macierzyńskie monstrum, który wychowało zdegenerowanych, sadystycznych morderców i słabeuszy. No i żeby było śmieszniej, ta karykatura feminizmu zostaje ostatecznie uśmiercona przez Pansringarma, który jak wspomniałem jest tak jakby avatarem konserwatywnego, autorytarnego, patriarchalnego świata. Patrząc na to z tej strony, można zrozumieć konsternacje, które wywołał ten film.

Czy zatem Refn jest mizoginicznym reżyserem?

No nie wiem, w końcu widziałem tylko trzy filmy, ale prawdę mówiąc, wydaje mi się, że śmiało można go takim mianem określać. A jeśli miałbym jakoś bronić ten element Only God Forgives to... Hej, przynajmniej jest to znacznie lepszy obraz kobiet niż ten z Drive, gdzie grana przez Carey Mulligan bohaterka jest jak pusty, kompletnie nie zdający sobie sprawy z tego, co się wokół dzieje, przedmiot, którego jedyna funkcja polega na byciu pożądaną przez głównego bohatera. Ale pomimo tego wszystkiego OFG mi się podobał. Te cała oskarżenia o pretensjonalność, kontrowersje, głupotę i WTF są wprawdzie zupełnie zasadne, ale jak ktoś chce się zniżyć do poziomu, który reprezentuje ten obraz, to trafi na dziwny, pokręcony świat, gdzie zostają poruszane całkiem fascynujące tematy. I dlatego, 3- ode mnie.

No i to w sumie tyle, ale chciałem jeszcze wspomnieć o paru rzeczach. Soundtrack, a dokładniej, to całe śpiewanie tajlandzkich piosenek karaoke, to całkiem fajny pomysł był. Z tego co czytałem to oryginalnie chcieli wykorzystać amerykańskie szlagiery country (bardzo możliwe, że miały być śpiewane po tajlandzku, ale nie jestem pewien). W każdym razie, jak się okazało, nie mogli sobie pozwolić na opłaty za wykorzystanie amerykańskich piosenek i ostatecznie postawili na tajlandzki pop, co moim zdaniem, wypadło bardzo fajnie i atmosferycznie. A poza tym przypomniało mi Tōkyō nagaremono w reż. Seijuna Suzukiego - tam też były momenty, w których bohaterowie śpiewają piosenki. Nie powiem żeby film Suzukiego był na 100% inspiracją dla Refna, ale dokonania japońskiego reżysera to niewątpliwy filar dziwnych, noirowych kryminałów przestylizowanych do granic abstraktu i surrealizmu, więc warto znać. Natomiast jeśli chodzi o inspiracje, co do których jestem pewien, to dedykacja dla Alejandro Jodorowskiego na pewno naprowadzi każdego na właściwe tory. Refn już wcześniej dedykował chilijskiemu reżyserowi Drive, ale w przypadku Only God Forgives jest to tyle bardziej wskazane, że zaczerpnął bezczelnie wiele z Santa Sangre - kinowego przeboju roku 1989. Santa Sangre to taka psychodeliczna wariacja na temat hichcockowskiej Psychozy i jeśli oglądaliście Only God i waszymi ulubionymi elementami filmu były złe matki zmuszające niezrównoważonych synów do zbrodni, dziwne religijne motywy i odcinanie rąk, to zapewniam, że będziecie się świetnie przy Santa Sangre bawić.

I teraz to już naprawdę koniec.

---