piątek, 19 grudnia 2014

Święta






Pewnie zdajecie sobie sprawę z tego, że zbliżają się Święta, mam racje?

Jest kilka różnych sposobów na spędzanie tego całego przedświątecznego okresu. Ja np. zapycham pustkę, która bije z centrum mojej bezwartościowej egzystencji poprzez nabywanie rożnego rodzaju, w gruncie rzeczy, niepotrzebnych mi dóbr. Tzn. wiem, że można zajmować się jeszcze Jezusem, rodziną, Mikołajem itd., ale w sumie, to wole kupować sobie jakieś pierdoły. No i oddawałem się temu w najlepsze m.in. zamawiając kilka filmów z Merlina. Wiem, co sobie teraz myślicie: "Po co kupujesz rzeczy w Merlinie, przecież to chujowy sklep?" itd. Zdaję sobie sprawę, że nie jest za rewelacyjny, ale mają czasami nawet ok promocje i... no i kupuje tam filmy... czasami... A w ogóle to zejdźcie ze mnie! Ok? Nie muszę się tłumaczyć gdzie i jak sobie filmy kupuje.

...

No to, jak już mówiłem, kupuję sobie filmy w Merlnie, bo są świąteczne promocje, i przy okazji sprawdziłem sobie jak tam u nich z filmografią Johna Carpentera. Robię coś takiego prawie zawsze przy tego typu zakupach. Carpenter to jeden z tych reżyserów, których twórczość chciałbym mieć w całości na półce, bo wychodzę z założenia, że nawet jego słabsze (późniejsze) filmy są genialne i jeśli obejrzę je wszystkie wystarczająco wiele razy, to się w końcu na ich genialności poznam. I tak się akurat złożyło, że mieli w ofercie film którego nie posiadam, widziałem tylko raz, i który jest trudniejszy do zdobycia niż The Ward, czy Escape from L.A. W Merlinie pojawiło się Vampires.

(Tutaj macie linka: http://merlin.pl/Lowcy-wampirow_John-Carpenter/browse/product/2,739609.html. Jedyna różnica jest taka, że parę dni temu - przed moim zakupem - był dostępny i można było go dodać do koszyka. I Mówię "pojawiło się", bo wcześniej go nie było. A wiem, że nie było, bo kiedy ostatnio robiłem zakupy, to też sprawdzałem filmografię Carpentera i go nie było.)

W zaistniałej sytuacji wiadomo, że film trafił do koszyka. Nie ma się co rozdrabniać, mam racje? (James Woods kontra wampiry w neo-westernowym mise en scène - what's not to like?) No i na początku tego tygodnia przesyłka do mnie dotarła i co się okazało? Ano okazało się, że kupiłem Vampires: Los Muertos! A Vampires: Los Muertos to nie to samo, co Vampires, to sequel Vampires z Jon Bon Jovim w roli głównej. Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że szok w związku ze zdobyciem wiedzy o tym, że powstało coś takiego jak sequel Vampires z Jon Bon Jovim w roli głównej był początkowo większy niż to, że Merlin wysłał mi towar niezgodny z zamówieniem. Ale kiedy już dotarło do mnie, że Merlin wysłał mi towar niezgodny z zamówieniem, to oczywiście natychmiast pomyślałem o reklamacji... I równie szybko mi się tej reklamacji odechciało. Bo to trzeba pisać jakieś pisma i chodzić na pocztę, i w ogóle, wkurzyłem się, że Merlin wybija mnie z mojego bezmyślnego, konsumpcyjnego stuporu i zmusza do zajmowania się takimi rzeczami. Aby ratować się przed tym losem, chwyciłem za pudełko z filmem, odpaliłem IMDb i zacząłem przeglądać creditsy, w nadziei, że natknę się na coś, co zachęci mnie do posiadanie tego DVD na własność. Liczyłem, że może Carpenter był tak niezadowolony z sequela, że wziął i sam, cichaczem, przemontował i sfilmował nowe sceny, tak jak zrobił to przy Halloween II. Albo że on i Alan Howarth sami zrobili soundtrack, jak przy Halloween III: Season of the Witch. Ale z tego co widziałem, to niestety nic takiego nie nastąpiło. Vampires: Los Muertos zostało wyreżyserowane przez Tommy'go Lee Wallace'a, a Carpenter jest tylko producentem. Całe szczęście, widziałem parę filmów Wallace'a - It (które nie jest jakieś rewelacyjne) i Halloween III: Season of the Witch. I nawet lubię Halloween III - tam jest ta scenę z robakami i wężami wychodzącymi z głowy dzieciaka...



A poza tym, zanim Wallace wziął się za reżyserię, pracował przy produkcjach Carpentera, poczynając od debiutanckiego Dark Star. No i wydanie DVD, które dostałem ma komentarz reżysera - komentarze reżysera są zawsze spoko. Czyli innymi słowy, zdołałem jakoś sam siebie przekonać, że warto ten film posiadać w sowich domowych zbiorach (przynajmniej do czasu aż go obejrzę i okaże się kompletnym gniotem).

Ale tutaj też jest pewne "ale". Bo nie reklamując tego zakupu odbieram sobie i Merlinowi szanse na mailowo-listowną korespondencję, która na pozór będzie wydawać się oschła i zdawkowa, a w rzeczywistości, między wierszami, będzie pełna wyrzutów, pretensji i zawiedzionych nadziei. Nie mogę tego tak zostawić! Nie w tym przedświątecznym okresie, w którym przecież chodzi o dawanie z siebie czegoś innym itd. No więc postanowiłem wstawić te wyrzuty i pretensje tutaj. Na swoim blogu. Do wglądu publicznego.

Wesołych Świat!

-----


Wanted Dead or Alive, Bon Jovi

środa, 17 grudnia 2014

muzyczna środa #6




Rainbow In The Dark, Das Racist




All Tan Everything, Das Racist feat. Jay-Z




Fashion Party, Das Racist with/feat. Chairlift

piątek, 5 grudnia 2014

Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Chyba? - "Hitman"

Hitman (2007), reż. Xavier Gens, IMDb, FILMWEB, trailer.
Nie jestem do końca pewien co ludzie czytający tego bloga myślę sobie o moim guście filmowym, ale jeśli wśród odbiorców mego, szalenie elokwentnego, przesłania krytyczno-światopogładowego są jednostki, które uważają, że powinienem nad nim (tzn. tym całym gustem), delikatnie mówiąc, trochę popracować, to dzisiejsza recenzja tylko ich w tym utwierdzi. Bo o omawianym tu filmie nie wypada się ciepło wypowiadać w dobrym towarzystwie... No chyba, że ktoś chce się narażać na śmieszność.

O ile się nie mylę, to chociaż za Hitmanem przemawia sukces w box office, reżyser tego dzieła, Xavier Gens, ogólnie, wśród społeczeństwa, jest bardziej znany jako twórca Frontière(s). Ja osobiście cenie go bardziej za drugi film, ale oczywiście rozumiem z czego wynika zaistniała sytuacja. Gens nie miał możliwości sfinalizowania swojej wizji, gdyż został zwolniony przez producenta (20th Century Fox), a jego praktycznie ukończony film został przemontowany, z wplecionymi, nowo nakręconymi scenami, przez Nicolasa de Totha... Podobno w celu (nieudanej) próby zdobycia, marketingowo wygodniejszego, PG ratingu. A pomijając dziwne reżyserskie roszady, przypuszczam, że już samo zgłoszenie się Gensa do tego typu produkcji mogło budzić u niektórych zdziwienie. Jeżeli ktoś rozpocznie karierę brutalnym, texas-massacre'owym, kanibalistyczno-nazi-xploiterem z polityczno-rasowym podtekstem, który dodatkowo legitymuje się przynależnością do, modnego i cenionego, galickiego nurty kina ekstremistycznego spod znaku horroru i okolic, a następnie, jeszcze tego samego roku, sygnuje swoim nazwiskiem ekranizację gry komputerowej, to raczej z góry wiadomo co wzbudzi większe emocje. Fani Frontière(s) pewnie bez skrupułów uznali to za błyskawiczne zaprzedanie duszy i ciała w celu lukratywnego, ale pozbawionego "artystycznych" wartości, wytwarzanie papki dla bezmózgich, hamburgero-żernych Amerykanów, i nie dali drugiemu dziełu Gensa żadnych szans. No i w sumie trzeba przyznać, że fabuła Hitmana nie za bardzo przeczy takim, krzywdzącym, stereotypom.

Film opowiada o Agencie 47: nieuchwytnym, łysym killerze, wychowanku i zbrojnym ramieniu jednej z tych super-tajemnych organizacji, których można doświadczyć bez liku w tego typu fikcji. (No wiecie, takiej co to jest tak tajna, że nikt o niej nic nie wie, i my jako widzowie też się za wiele o niej nie dowiemy. Ale możemy założyć, że musi mieć poważny wpływ na zakulisowe rozgrywki światowej polityki i biznesu, gdzie w celu utrzymania wszystkiego w ryzach wykorzystuje się, z chirurgiczną precyzją, jej prywatną armie łysych agentów... ) Nasz bohater zostaje wysłany z misją do Rosji, gdzie jego celem okazuje się być tamtejszy prezydent... Czy burmistrz... A może to był król? ... Ok, muszę się przyznać, że niewiele pamiętam z fabuły. Był to mój świadomy wybór, po prostu uznałem, że zagłębiając się w zawiłości scenariusza wyjdę z tego z poczuciem zmarnowanego czasu, więc zwyczajnie odpuściłam sobie zwracanie uwagi na narracyjne zakręty. Z tego co zapamiętałem to Hitman uśmierca króla, ale okazuje się, że ten miał przygotowanego sobowtóra, który przejmuje po nim władzę. Wtedy supertajny pracodawca zdradza łysego herosa, wobec czego ten porywa osobistą prostytutkę/seksualną niewolnice króla i wciąga ją w bondowski travelogue skupiający się na Rosji, Bliskim Wschodzie i okolicach. Oczywiście wszystkiemu towarzyszy krwawe rozprawienie się z agentami wrogiego mocarstwa i innymi typami spod ciemnej gwiazdy. Innymi słowy, choć ogólnie nie mamy tu do czynienia z czymś co grzeszy nadzwyczajną oryginalnością, to w praktyce jest dostatecznie ekscytujące. Jednak silne strony filmu znajdują się, że tak powiem, gdzie indziej.

Odtwórcy głównych ról to Timothy Olyphant, jako tytułowy Hitman (ten pan będzie znany co poniektórym dzięki serialom Deadwood i Justified, a także czwartej odsłonie Die Harda... no wiecie, tej chujowej, reżyserowanej przez Lena Wisemana), i Olga Kurylenko, w roli osobistej prostytutki/seksualnej niewolnicy. W związku z ich kreacjami nasuwa się kilka, nie do końca jednoznacznych, wniosków. Olyphant, na przykład, początkowo wydaje się być wybitnie nieodpowiedni do powierzonej mu roli i strasznie dziwnie wygląda z łysą pałą, ale im dalej w film, tym - z nie do końca zrozumiałych dla mnie przyczyn - bardziej mnie do siebie przekonywał. Kurylenko natomiast, niby odgrywa tu typ postaci, który nie jest jej obcy. Filmowy dorobek tej Ukrainki, z grubsza, opiera się na wcielaniu się w atrakcyjne kobiety, które biegają za przystojnymi i męskimi bohaterami kina akcji - na tym polegał jej udział w niedocenianych Quantum of Solace i Oblivion. I jeśli mam być szczery, to lubię tę aktorkę za takie występy. Nie jest to wdzięczny sposób na robienie kariery, ale Kurylenko chwyta te role obiema dłońmi i wyciska z nich wszystko co się da, dzięki czemu grane przez nią postacie nie są tylko ładnym tłem (co na ogół jest typowe dla kobiet pojawiających się w takich produkcjach), ale właśnie wyrazistymi i ciekawymi postaciami. Po Hitmanie moja opinia o niej się nie zmieniła, ale kurcze, jak na dłoni widać, że twórcy tego filmu zaangażowali ją mając bardzo konkretną wizję w głowie. Wizję która opierała się o następujące, bardzo konkretne, punkty: (a) czy będzie dobrze wyglądać w ostrym makijażu i z tatuażem na policzku?; (b) czy będzie dobrze wyglądać w rozmazanym makijażu (bo będzie musiała dużo płakać)?; (c) czy będzie dobrze wyglądać klnąc po rosyjsku podczas gdy ktoś będzie ją wpychał do samochodowego bagażnika?; i (d) czy będzie dobrze wyglądać nago będąc smagana biczem przez obleśnych rosyjskich oligarchów?

Hitman to oczywiście przede wszystkim film akcji, więc pewnie wypadałoby coś o tej akcji wspomnieć. Z tej strony, widać tu przede wszystkim post-matrixową spuściznę, w której bohater wkracza pewnie, powolnym (spowolnionym) krokiem do stylowo umeblowanych lokacji i, z kamienną twarzą, dmucha w przeciwników gradem pocisków wydobywającym się z 2, dzierżonych w dłoniach, gnatów. Antagoniści dzielą się na: klony Agenta 47, czyli łysych, odzianych w czarne garnitury dżentelmenów z wytatuowanymi na szyi kodami kreskowymi; rosyjskich handlarzy bronią, którzy wolne chwile spędzają leniwie rozciągnięci na skórzanych kanapach, otoczeni wianuszkiem roznegliżowanych, narkotycznie-odurzonych pań; oraz zakutych w kevlarowe pancerze elitarnych szturmowców, u których dehumanizacja podkreślana jest insektoidalnym poruszaniem się w grupach i robotycznym, czerwonym blaskiem dobywającym się z noktowizyjnych obiektywów wchodzących w skład ich, osłaniających twarze, masek (… no wiecie, jak u Mamoru Oshiiego). To wszystko podane jest z dużą ilością przemocy i bryzgającej juchy. Prawie każdy wystrzelony, z pistolecika z tłumikiem, pocisk dosięgając celu wywołuje efekt chluśniętego na ścianę wiadra posoki. (Bez wątpienia, tym sposobem Gens chciał pokazać, że nie odciął się od swoich ekstremistycznych korzeni.) Pewnie należałoby też wspomnieć, że jeśli ktoś zalicza się do grona graczy/kinomanów, dla których wyznacznikiem jakości ekranizacji gry komputerowej jest to jak wiernie taka ekranizacja trzyma się materiału źródłowego, to takie indywiduum może bez obaw siadać do Hitmana. Wprawdzie dawno już w te gry grywałem, ale film bez dwóch zdań przypomniał mi parę patentów i scen, które przeżyłem już wcześniej na ekranie komputera.

No i to wszystko pięknie, ale i tak najfajniejszym elementem Hitmana jest to jak przedstawiono kiełkująca miłość między Agentem 47 i Kurylenko. Jak można się domyślić, patrząc na to, co napisałem o roli, którą ma do zagrania Olga, jest pod tym względem trochę seksistowsko. Właściwie można powiedzieć, że taki seksizm w relacjach damsko-męskich jest tutaj wręcz wymogiem gatunku. W końcu film jest bondowski. Ale w bondach ten seksizm jest jednak trochę inny - bardziej staroświecki. Mamy tam starszego kolesia, który nie znosi kobiet i nie znosi tego, że biorą się za męskie zajęcia (pełne przygód, niebezpieczeństw i szpiegowania), do których się kompletnie nie nadają. No i używa swojego penisa aby zademonstrować jak bardzo się do tych zajęć nie nadają. Jak ktoś oglądał jakieś bondy to wie o co chodzi. Klasycznym przykładem jest to, że w prawie każdym filmie serii Agent 007 sypia z jakąś asystentką, pomocnicą, czy dziewczyną złoczyńcy i swoimi ponadprzeciętnymi łóżkowymi umiejętnościami przekabaca ją na swoją stronę, co w efekcie sprowadza na nią tragiczny koniec (np. zostaje pokryta złotem). A nawet jeśli nie dochodzi do zmiany frontu, to James i tak jej (swoim penisem) mózg zresetuje (Fatima Blush anyone?). W Hitmanie jest pod tym względem bardziej... hmm, purytańsko... ? Agent 47 z powodu wychowania, które wygląda jak sceny z THX 1138 (a które tak naprawdę są podobno przemontowanymi scenami z serialu produkowanego przez Jamesa Camerona), i które uczyniło z niego perfekcyjnego zabójce jest wyjątkowo niezręczny w kontaktach z płcią piękną. Jego przypadłość jest na tyle poważna, że to co możemy zaobserwować w kwestii interakcji między ekranową parą sprowadza się do tego jak to ona, jako taka odziana w kuse sukienki, rozpasana kusicielka, nachodzi naszego bohatera, ocierając się o niego i eksponując swoje piersi, a ten biedny nie wie co z tym zrobić. Całe szczęście, w końcu jego rycerska wstrzemięźliwość triumfuje nad jej rozwiązłością i Olga zaczyna się nawet tak mniej zdzirowato ubierać. Oczywiście to wszystko jest bardzo głupie, ale można się pośmiać.

Jeśli przeczytaliście to wszystko, to pewnie zastanawiacie się kiedy w końcu zacznę ten film chwalić i polecać, bo na razie brzmi jak 90 minut quasi-bondowsko, seksistowskiej przemocy. Ale ja właściwie nie mam już nic do dodania. Film podobał mi się właśnie dlatego, że był +/- 90 minutami quasi-bondowsko, seksistowskiej przemocy. Mniej więcej czegoś takiego się też spodziewałem. Ludzie odpowiedzialni za tę produkcje mają koneksje z Luciem Bessonem, a wszyscy wiemy jakie on filmy (już od przeszło dekady) wytwarza: Kiss of the Dragon, Transportery, Banlieue 13, Taken, From Paris with Love itd. Wprawdzie Hitman nie jest stuprocentowym benssonowskim action-trash-thrillerem, bo Luc nie ruszał scenariusza, ale Skip Woods to też talent godny uwagi. Jestem przekonany, że laury, które spadły na Davida Ayera za Sabotage należą się też w równym stopniu jemu. A jakby ktoś chciał małej próbki jego umiejętności, to polecam stronę IMDb Thursday - jego reżysersko-scenariuszowego debiutu. No nie wiem, pewnie nie przekonam tą recenzją zbyt wielu ludzi do obejrzenia Hitmana, ale ja byłbym bardzo :( gdyby nie robili już takich filmów. Zwłaszcza teraz, kiedy gawiedź utrzymuje, że szczytem rozrywki są nudne adaptacje komiksów z komputerowo generowanymi, płaczącymi szopami, miło jest siąść przed głupim, mejnstrimowym filmem kasy B, który rzeczywiście jest, na swój pokrętny sposób, rozrywkowy.

-----


Just What I Needed, The Cars

środa, 26 listopada 2014

muzyczna środa #3


Czołówka serialu Street Hawk, Tangerine Dream


Le Parc (L.A. - Streethawk), Tangerine Dream

Ach, stare dobre czasy kiedy telewizja była telewizją. Nie to co dziś, jakiś doktor House of Cards! Kto to w ogóle ogląda!?

-----

A skoro mowa o telewizji... Warto wspomnieć, że 14 listopada zmarł Glen A. Larson - producent telewizyjny odpowiedzialny za wiele nieśmiertelnych hitów małego ekranu, m.in. Knight Ridera i (koprodukowanego razem z Donaldem P. Bellisario) Magnum, P.I.

Jak dla mnie Larson jest także ważny dzięki Buck Rogers in the 25th Century, którego pełnometrażowy film/odcinek pilotowy jest jednym z moich osobistych VHS-owych klasyków. A także Battlestar Galactica i The Highwayman, które za mego dzieciństwie były zsyłane na Ziemie z mrocznych odmętów przestrzeni kosmicznej. Niczym tajemne wiadomość od Boga, do rozszyfrowania których niezbędne było wzniesienie ku niebu owalnej anteny zdolnej przekształcać niewidzialne sygnały w mistyczne wizje pełne postaci komunikujących się ze pomocą obcych języków...

RIP Glen A. Larson





\\klik klik// Buck Rogers in the 25th Century \\klik klik//



piątek, 14 listopada 2014

Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Chyba? - "Killers/Kirazu"

Od jakiegoś już czasu mam w planach zabranie się za pisanie krótszych recenzji filmowych. Bo te długie, które tu zamieszczam, są raczej do dupy. Tak zaraz po publikacji, kiedy ocieram z uśmiechem pot z czoła i mówię: "No, skończyłem", to mi się nawet podobają. Ale po tygodniu (czasami krócej, czasami dłużej) kiedy looknę sobie szybko na jakąś żeby się podbudować tym jaki to jestem twórczy i zajebiście znam się na filmach, to zawsze kończy się tym, że grzebie swoją twarz w dłoniach i, po cichu, łkam nad tym jakim jestem idiotą...

Ok, tzn. to nie jest do końca prawda. Gdybym naprawdę tak robił, to pewnie byłoby trochę dziwne. Ale faktem jest, że wracają po jakimś czasie do swoich postów zawsze odpuszczam sobie lekturę po paru zdaniach, stwierdzam, że tego się nie da czytać i włączam sobie na YT jakieś filmy ze śmiesznymi zwierzętami, czy coś takiego.

Do tej pory takie mocowanie się z własnymi blogo-wypocinami było elementem mojego procesu twórczego. Najpierw coś pisałem. Potem to co napisałem przestawało mi się podobać, więc rezygnowałem z dalszego pisania na jakiś miesiąc albo dwa, bo najwyraźniej jestem wybitnym antytalentem pisarskim. Potem sobie myślałem, że skoro przez miesiąc albo dwa nic nie pisałem, to z pewnością, po tym czasie, w jakiś magiczny sposób, moje umiejętności wzrosły i znowu zaczynałem pisać (zdaję sobie sprawę, że w moim myśleniu nie ma zbyt wiele logiki, więc nie musicie mi tego wypominać). I znowu bylem rozczarowany efektami. I znowu robiłam sobie przerwę. I tak w kółko. Póki co ta metoda bardzo dobrze mi służyła, dzięki niej byłem w stanie prowadzić tego bloga przez jakieś dwa lata, mniej więcej (tzn. jeśli założymy, że publikowanie posta co dwa miesiące jest prowadzeniem bloga). I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że ostatnio coś zaczęło mi z nią (tą metodą, znaczy się) zgrzytać. Teraz moje blogowa twórczość zaczyna mnie irytować już w trakcie tworzenia, a nie po ukończeniu i opublikowaniu w postaci posta. Przez co kilka moich tekstów leży odłogiem na dysku twardym i czeka na przysłowiowe "kropki nad i", które bardzo prawdopodobnie nigdy się nie pojawią.

I tu wracamy do pisania krótszych recenzji. Otóż ostatnio stwierdziłem, że jeśli odpowiednio skondensuj treść swoich krytyczno-filmoznawczych wypowiedzi i uporam się z ich ukończeniem nim ogarnie mnie nieuniknione obrzydzenie, które będzie się pojawiać na ich widok, to uda mi się ponownie osiągnąć względną systematyczność w ich publikowaniu. (Nie mam jakichś szalenie ambitnych aspiracji w tej dziedzinie - myślę, że jedna/dwie recki na miesiąc by mnie w pełni zadowalały.) No ale niestety, zawsze miałem problem ze zwięzłym pisaniem. I zupełnie nie rozumiem dlaczego, kiedy w prawdziwym świecie z kimś rozmawiam, to zwykle mówię dwa albo trzy zdania, a potem gapię się tępym wzrokiem w jakiś punkt na horyzoncie i czekam aż mój interlokutor przestanie się mną interesować i sobie pójdzie. Ale gdy wyjmiemy z równania ten mały czynnik międzyludzkiej interakcji i moje słowa lecą w abstrakcyjny bezkres internetu, to robi się ze mnie mały gaduła, co skutecznie zabija wszelkie próby spójności i streszczania się. Aby temu przeciwdziałać i nauczyć się wreszcie pisać te krótsze recenzje powołuje do życia: "Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Chyba?" (tytuł roboczy), czyli specjalną, nieregularnie ukazującą się kolumnę z recenzjami, w której zamierzam rygorystycznie przestrzegać pewnych zasad.

Te zasady co to będę ich tak przestrzegał są następujące: będę pisał tylko o filmach, które mi się podobały albo coś mi się w nich podobało; nie będę wystawiał ocen - rzeczy, o których będę tutaj pisał mi się podobają, czyli w mojej skali są gdzieś tak miedzy 2+ -- 4 (włączenie), ale nie będę im przypisywał ocen w tekście; będę pisał tylko krótko co to za film, o czym jest i co mi się w nim podobało; i żadnych innych bzdur...

Tzn., no dobra, pewnie będzie trochę bzdur. Ale tak mało... No, mniej niż zwykle...

Ok, no to zobaczmy jak mi pójdzie :)

-----

Killers / Kirazu (2014), reż. Kimo Stamboel, Timo Tjahjanto, IMDb, FILMWEB, trailer.
Obiektywnie, ten film pewnie nie jest najlepszy. A może jest całkiem dobry? Właściwie to trudno powiedzieć. Kończy się sceną, w której jeden z bohaterów mówi drugiemu: "Czy teraz już rozumiesz!?". I w tle leci muzyka klasyczna. I jest slowmo. I jeśli to pytanie było kierowane też do nas, widzów, to ten film nie jest zbyt dobry, bo nie ma w nim zbyt wielu mądrych rzeczy, które rzeczywiście miałyby skłaniać do jakichś głębszych introspekcji, czy rozumienia czegokolwiek. Ale jeśli ta scena miała być żartem twórców (a mi się wydaje, że mogła być), to w sumie jest nawet śmieszna :)

Reżyserami KillersMuhammad "Kimo" Stamboel i Timothy "Timo" Tjahjanto (ten drugi pracował też przy scenariuszu), którzy ze względu na częste wspólne kolaboracje znani są także jako "bracia Mo". Obaj są z Indonezji i nie jestem specjalnie obeznany z ich twórczością. Ale prawdę mówiąc, nie ma się za bardzo z czym obeznawać, bo do tej pory ich jedynym długograjem było Rumah Dara (albo Macabre): krwawy slasher, który, jeśli się nie mylę, jest spin-offem shortu będącego oryginalnie częścią indonezyjskiej horror antologii: Takut: Faces of Fear. I to by było na tyle gdyby nie to, że Timo, który jest chyba tym bardziej pracowitym bratem, dorzucił do swojej filmografii dwa kolejne shorty, które tym razem ukazały się w, ostatnio licznie powstających, amerykańskich horror antologiach. Jednym z tych shortów było "Safe Haven" z V/H/S/2, nakręcone do spółki z - odpowiedzialnym za The Raid: Redemption i The Raid 2: Berandal, rezydującym w Indonezji, walijskim reżyserem - Garethem Huw Evansem. Evans jest też producentem Killers, a aktorzy grający głównych bohaterów - Kazuki Kitamura i Oka Antara - pojawili się w Berandal. Co więcej, zapowiedziany już najnowszy film Timo: The Night Comes for Us, również jest produkowany, a także współ-scenariuszowany, przez Evansa. Jeśli zastanawiasz się, drogi czytelniku, dlaczego właściwie zanudzam cię tymi mało użytecznymi informacjami, to odpowiedź jest prosta. Otóż oba Raidy są jak dla mnie najlepszymi filmami jakie kiedykolwiek powstały, a to że Evans ma zioma, z którym dość regularnie współpracuje było jednym z powodów, dla których zainteresowałem się filmem braci Mo.

Jak poczytać o Killers, to opis fabuły, który często się przewija sugeruje, że jest to historia dwóch seryjnych morderców, którzy zostają internetowymi "penpalami" (jeden z nich mieszka w Dżakarcie, a drugi w Tokio), po czym wywiązuje się między nimi duch rywalizacji i współzawodnictwa co skutkuje dużą ilością przemocy i śmierci. Takie streszczanie filmu nie jest wprawdzie fałszywą reklamą, bo mniej więcej coś takiego się rzeczywiście dzieje, ale to nie jest też do końca prawda. Tak naprawdę, seryjny morderca jest tylko jeden - ten z Tokio. Nomura (Kazuki Kitamura), który, na pierwszy rzut oka, jest kolesiem trochę w stylu Hannibala Lectera: wpływowy, bogaty, a man of wealth and taste, tylko że lubi sobie zaprosić do domu dziewczynę i połamać jej czaszkę młotkiem. Ten drugi, Bayu (Oka Antara), właściwie jest normalnym facetem, tylko że aktualnie życie mu się niefortunnie układa: zawodowo (jest dziennikarzem), zadarł z wpływowymi ludźmi i ci zniszczyli mu karierę, a ciepło domowego ogniska go nie grzeje, bo żyje w separacji z żoną (Luna Maya). Tak że, Bayu, nie jest socjopatą, tylko jest po prostu wkurwiony i sfrustrowany. Znajomość między dwoma panami wywiązuje się gdy Nomura umieszcza na internecie filmik z wspomnianego wyżej "majsterkowania przy głowie kompanki". Bayu go ogląda i gdy później, w obronie własnej, uśmierca dwóch rabusiów, również postanawia uwiecznić ich ostatnie chwile i zamieścić w sieci. To z kolei rodzi ciekawość Japończyka, który pragnie poznać swojego naśladowcę. I w skrócie, panowie kontaktują się przez (filmową wersję) Skype'a i Bayu, z drobnymi oporami, postanawia słuchać rad nowego kolegi jak być dobrym violent killerem, a potem wykorzystać tę nowo zdobytą wiedzę i swoje predyspozycje w walce ze zbrodnią i niesprawiedliwością. (Głównie niesprawiedliwością wymierzoną przeciwko niemu samemu - czyli będzie zabijał ludzi, którzy zniszczyli mu karierę, o których było wyżej.)

Kiedy czytacie to streszczenie to pewnie brzmi trochę głupio. No i w rzeczywistości film właśnie taki jest - głupi, znaczy się. Tzn. tak naprawdę to podczas seansu, mi się taki nie wydawał, ale wystarczyło usiąść po napisach końcowych i sobie na spokojnie jeszcze raz przemyśleć parę scen, żeby ostatecznie dojść do wniosku, że to całe przesłanie o uniwersalnym mroku duszy, który drzemie w tych dwóch na pozór diametralnie różnych osobowościach nie jest tak do końca brane na poważnie. A przynajmniej nie aż tak jakby chciały tego niektóre jednostki rozpisujące się o tym dziele na internecie. Tym, co skutecznie niweczy psychologiczną głębię tych postaci są np. sceny, w których Bayu przekształca się z przegranego ojca i męża w żądnego krwi morderce. Film portretuje go jako człowieka skłonnego do impulsywnych i niezbyt mądrych zachowań, a gdy włącza mu się killer mode, to przedstawione jest to narastającą serią nagłych montażowych cięć, coraz bardziej trzęsących się kadrów i atonalnych pejzaży dźwiękowych, które najczęściej łączą się ze scenami gdzie Bayu dostaje migren, zwidów i czasami traci nad sobą kontrolę. Np. uświadamia sobie, że nagrał i wrzucił na internet śmierć kolesia, który próbował go okraść dopiero, kiedy budzi się we własnym domu. Nie ulega wątpliwości, że zobrazowanie tego w ten sposób jest dynamiczne, wizualnie ciekawe i niesie w sobie pokłady pulpowej poetyki, ale też trochę bawi w zderzeniu z trzecim aktem, gdzie Bayu nagle wyrzeka się swoich psycho-jazd i na powrót staje się przykładnym ojcem i mężem.

Ale moim celem tutaj nie jest wcale nakłaniania do hejtowania tego filmu, bo te wszystkie kuriozalne pomysły fabularne podlane są szczyptą ponurego i smoliście czarnego humoru, który sprawia, że łatwiej to wszystko przełknąć. Np. wcześniej napisałem, że Nomura jest trochę jak Hannibal Lecter, ale tak naprawdę to nie jest. Tzn. jeśli chodzi o samo zabijanie ludzi, to to ma dobrze obcykane. Ale on stara się też być takim inteligentnym, chłodnym manipulatorem, a to mu już kompletnie nie wychodzi. Każdemu powtarza: "Jesteś taki jak ja", w sensie, że w każdym widzi takiego jak on seryjnego mordercę (coś takiego mówi też Bayu'emu). Ale zawsze się okazuje, że te rzekome podobieństwa, które on widzi, są mocno dyskusyjne i to jego objawienie prawd najczęściej kończy się kłopotami, zarówno dla niego jak i tych, którzy go słuchają. Jeszcze żeby było śmieszniej, to jego szukanie socjopatycznej bratniej duszy wydaje się być motywowane tym, że pod jego twardą skorupą bezwzględnego mordercy skrywa się nieśmiały, ciapowaty chłopaczek pragnący bliskości drugiej osoby, z czego czasami wychodzą zabawne sytuacje. Np. jak Nomura kierowany żądzą mordu zgarnia z ulicy prostytutkę (Mei Kurokawa), ale nagle coś w niej zaczyna mu przypominać jego nową znajomą (Rin Takanashi), która to przypomina mu jego zmarłą siostrę (jedyną osobę, z którą łączyła go, nie do końca jasna, bliska więź), i traci swoją pewność siebie, zaczyna się jąkać i kończy się tym, że dostaje wpierdol od alfonsa. Właśnie tego typu sceny, kiedy killerskie procedery bohaterów są krzyżowane przez różne niespodziewane czy niezręczne sytuacje, i gdy dodatkowo te sytuacje prowadzą do dynamizmu i napięcia charakterystycznego dla azjatyckiego kina akcji i thrillerów - np. ucieczka Bayu przed armią ochroniarzy po spartaczeniu hotelowego zamachu wymierzonego w jednego ze swoich "oprawców"; czy wizyta znajomej Nomura, która zjawia się w jego domu właśnie w chwili, gdy ten ma zamiar zabrać się za swoją kolejną ofiarę... - powodują, że ten film staje się czymś w stylu makabrycznej komedii omyłek, w której zamiast slapstikowych upadków i śmiesznych min, jest dźganie się ostrymi narzędziami, rażenie prądem i podpalanie... Czyli jest wart obczajenia, innymi słowy.

-----


Games Without Frontiers, Peter Gabriel

wtorek, 12 sierpnia 2014

5. Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja zaprasza do udziału w trzech konkursach

Chociaż zajmuje się tym całym blogowaniem raczej sporadycznie, to widać robię to już wystarczająco długo, że trafiłem na jakieś listy mailingowe, czy coś takiego, i ludzie (... A może to wcale nie są ludzie, może to rasa wielkich, super-inteligentnych, żyjących pod ziemią jaszczurów, która utrzymują ludzką populację w ryzach poprzez dostarczanie jej łatwej, szybkiej, jednorazowej rozrywki! Tzn. to możliwe... mam rację?) zaczęli mi wysyłać jakieś wiadomości typy: tego i tego dnia wychodzi jakaś książka, która jest o tym i o tym, i może by Państwo - oczywiście jeśli tylko są Państwo zainteresowani - coś o niej napisali, i powiedzieli, że wychodzi tego i tego dnia itd.

Oczywiście cieszę się, że dostaje takie wiadomości, czuję się dzięki nim doceniany - tam w świecie jest ktoś kto sobie myśli: "Hej, koleś od tego bloga pomoże mi sprzedać moją książkę! Wyślę mu wiadomość". Po prostu póki co nie mam w sobie dość entuzjazmu żeby rzeczywiście pomagać komuś sprzedawać te książki i prosić o recenzenckie egzemplarze bestsellerowych thrillerów, których pewnie i tak bym nie kupił, bo prywatnie wole wydawać pieniądze na filmy z Van Dammem w reżyserii Ringo Lama. (Nie to, że wydawanie pieniędzy na filmy z Van Dammem w reżyserii Ringo Lama czyni mnie w jakiś sposób lepszym od ludzi kupujących bestsellerowe thrillery. Bo nie czyni, po prostu zarówno oni jak i ja mamy swoje dziwne, ale różne, fetysze, na które wydajemy pieniądze.)

No ale dostaje te wiadomości i może szkoda, żeby się tak wszystkie marnowały, zwłaszcza że ostatnia jaką dostałem jest o jakichś konkursach i festiwalu, który odbędzie się w Łodzi (9-12 października 2014 r.). I możecie wziąć udział w tych konkursach, i je wygrać, i zostać super fajną osobą z mnóstwem przyjaciół i ciekawym, spełnionym życiem...

Well ok, to może teraz wkleję tutaj materiały, które mi przysłali...

-----

5. Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja zaprasza do udziału w trzech konkursach:

Konkurs etiud i animacji: Zgłoś film - daj się ocenić krytykom filmowym
Profil uczestnika: Twórca znający konteksty, język i historię filmu, świadomie wykorzystujący odniesienia filmowe
Wyślij: etiudę lub animację do 30 minut
Termin: 31 sierpnia 2014 r.
Nagroda: dystrybucja VOD filmu oraz nagrody rzeczowe
Jury: krytycy filmowi i filmoznawcy

Zgłoś film i zachwyć krytyków

Etiudy i animacje do 30 minut – takie filmy można zgłaszać od 1 lipca na piątą edycję Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja (9-12 października 2014). Organizatorzy czekają na filmy, których znaczenie będą rozgryzać krytycy filmowy i filmoznawcy zasiadający w jury. Zgłoszone krótkometrażowe etiudy i animacje ocenią Ci, którzy piszą teksty krytycznofilmowe, analizują i interpretują dzieła filmowe. Projekty konkursowe oceniane będą pod kątem niekonwencjonalnych przemyśleń, intrygujących rozwiązań formalnych, ciekawych analiz i nowatorskiego podejścia do języka filmu.

Wysłać film może każdy, kto uzasadni jak teoretyczna wiedza filmowa wpłynęła na powstanie krótkiego metrażu.

„Jako festiwal, którego tematyka obraca się wokół krytyki filmowej chcemy wyróżnić tych twórców, którzy przywiązują wagę do teoretycznego zaplecza. Wśród wielu laureatów naszych konkursów są filmoznawcy, teoretycy sztuki. Nowa Fala Francuska wyłoniła się właśnie z takiego zaplecza teoretycznego. Poprzez nasz konkurs szukamy dokładnie takich polskich twórców: nowatorskich, eksperymentujących, śmiałych” – mówi Przemek Glajzner, dyrektor festiwalu.

Na zgłoszenia zostało niewiele czasu – wraz z końcem wakacji 31 sierpnia 2014 r. – kończy się nabór filmów. W jury zasiądą zarówno teoretycy jak i praktycy. W ubiegłych latach byli to m.in. Marcin Koszałka czy Zbigniew Żmudzki.


Konkurs na tekst krytyczny o tematyce filmowej: Pierwszy krok do krytyki filmowej
Profil uczestnika: dla przyszłych krytyków filmowych
Wyślij: dwa niepublikowane teksty o tematyce filmowej (recenzja i esej)
Termin: 31 sierpnia 2014 r.
Nagroda: staż w redakcji działu kulturalnego oraz nagrody rzeczowe
Jury: krytycy filmowi i filmoznawcy

Zrób pierwszy krok do krytyki filmowej

Krytyk filmowy swoimi tekstami zachęca do dyskusji, prowokuje pytania, skłania do refleksji. Dla jednych jest on autorytetem, dla innych postacią zachęcającą do riposty. Krytycy nie piszą tylko dla siebie, nie obawiają się konfrontacji z różnymi opiniami. Ty swój pierwszy krok do zostania krytykiem filmowym możesz zrobić wysyłając swoje teksty na konkurs organizowany przez Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja.

Aby wziąć udział w konkursie należy napisać dwa teksty krytyczne: recenzję filmu wartego uwagi oraz esej, felieton lub analizę na dowolny temat okołofilmowy. Wyłonieni w konkursie będą mieli okazję poznać zawód krytyka od środka podejmując staż w redakcji patrona medialnego Festiwalu.

Zgłoszenia przyjmowane są do 31 sierpnia 2014 r. Warto się spieszyć, bo czasu zostało już niewiele.

„Zależy nam na tekstach niepublikowanych. Chcemy wyłonić nowe talenty krytycznofilmowe oraz dać im szanse do rozwijania warsztatu poprzez uczestnictwo w szkoleniach organizowanych na naszym festiwalu, a później podczas stażu” – mówi Malwina Czajka, koordynator festiwalu.

Jak co roku w jury zasiądą krytycy filmowi i filmoznawcy. W ubiegłych latach byli to m.in. Michał Oleszczyk, Andrzej Kołodyński czy Piotr Sitarski.


Konkurs na wypowiedź krytycznofilmową: Krytyk mówi
Profil uczestnika: dla wideoblogerów, prelegentów i przyszłych krytyków filmowych
Wyślij: krótką wypowiedź wideo o filmie w dowolnej stylistyce i formie (do 7 minut)
Termin: 31 sierpnia 2014 r.
Nagroda: karnety na najważniejsze wydarzenia filmowe w Polsce oraz nagrody rzeczowe
Jury: krytycy filmowi i filmoznawcy

Konkurs do przegadania – Krytyk mówi

Krytyka to więcej niż słowa. W epoce YouTube liczą się już nie tylko teksty pisane, ale także ciekawe ustne wypowiedzi krytycznofilmowe. Wyważone gesty, mimika, odpowiedni ton głosu, intonacja to niezbędne cechy współczesnego krytyka filmowego. Jeśli mówienie o filmie sprawia ci przyjemność, zgłoś się do konkursu „Krytyk mówi” organizowanego przez Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja.

Nie musisz prowadzić wideobloga (choć możesz!), wystarczy, że stworzysz wypowiedź wideo, która zaskoczy selekcjonerów. Masz czas jedynie do 31 sierpnia, więc sięgnij po komputer, program do montażu i wysyłaj film. Finaliści podczas festiwalu zmierzą się ze sobą wygłaszając prelekcje przed filmami.

„Jeśli potrafisz zainteresować widza swoim zdaniem, mówisz jak Kałużyński czy Raczek i chcesz stać się rozpoznawalną twarzą blogosfery. nasz konkurs jest dla Ciebie.” – mówi Arkadiusz Jaworek, organizator festiwalu.


Szczegóły o konkursach - w tym regulaminy i formularze zgłoszeniowe - na stronie festiwalu: kameraakcja.com.pl

czwartek, 17 lipca 2014

filmowe déjà vu #2

The Texas Chain Saw Massacre (1974), reż. Tobe Hooper, pol. tyt. Teksańska masakra piłą mechaniczną, IMDb, FILMWEB.

Wolf Creek (2005), reż. Greg Mclean, IMDb, FILMWEB.

------

Ale tak na poważnie, wczoraj widziałem Wolf Creek i w sumie to nie jest jakiś zły film, ale jest - delikatnie mówiąc -  zdeka frustrujący...

Po pierwsze, jakbym chciał obejrzeć The Texas Chain Saw Massacre, to bym po prostu obejrzał The Texas Chain Saw Massacre. A po drugie (i może to trochę niesprawiedliwe tak stawiać reputację i opinię o danym filmie przeciw niemu samemu, ale... ), skoro Wolf Creek to taki sztandarowy przedstawiciel odrodzenia australijskiego kina eksploatacji (Ozploitation), to spodziewałem się, że entuzjaści horrorów, którzy w drugiej połowie pierwszej dekady XXI w. zwrócili się ku antypodom w poszukiwaniu nowych i świeżych przedstawicieli swojego ulubionego gatunku, ekscytowali się czymś więcej niż - z grubsza - rimejkiem w stylu Yôjinbô>Per un pugno di dollari, w którym cała inwencja polega na dodaniu paru dowcipów/nawiązań z Krokodyla Dundee'ego i Mad Maxa.

środa, 16 lipca 2014

filmowe déjà vu #1

The Birds (1963), reż. Alfred Hitchcock, pol. tyt. Ptaki, IMDb, FILMWEB.

Kidō Keisatsu Patlabor Gekijōban (1989), reż. Mamoru Oshii, ang. tyt. Patlabor: The Movie, alt. tyt. Patlabor: The Mobile Police, alt. tyt. Mobile Police Patlabor, IMDb, FILMWEB.

-----

Prince of Darkness (1987), reż. John Carpenter, pol. tyt. Książę ciemności, IMDb, FILMWEB.

Kidō Keisatsu Patlabor Gekijōban (1989), reż. Mamoru Oshii, ang. tyt. Patlabor: The Movie, alt. tyt. Patlabor: The Mobile Police, alt. tyt. Mobile Police Patlabor, IMDb, FILMWEB.

piątek, 11 lipca 2014

3 HIT COMBO #1 ("Bullet to the Head", "Olympus Has Fallen" & "Prisoners")

O, cześć! Nie zauważyłem cię, drogi czytelniku. Ale fajnie, że wpadłeś, bo właśnie napisałem parę recenzji... Oto one! Tam, poniżej... Spójrz tylko jak się pięknie prężą w całej swojej wtórno-analfabetycznej krasie. No dalej, nie wstydź się, biegnij je przeczytać - przecież cię nie pogryzą...

-----

INTRO MUSIC



Silver Lightning, Bow Wow

-----

Bullet to the Head (2012), reż. Walter Hill, pol. tyt. Kula w łeb, IMDb, FILMWEB.
Bullet to the Head to filmowa adaptacja, oryginalnie wydanego przez franko-belgijski Casterman, komiksu pt. Du plomb dans la tête, za który odpowiadają (nowozelandzki rysownik) Colin Wilson i (francuski scenarzysta) Alexis Nolent. Matz, bo pod takim pseudonimem zwykle podpisuje swoją komiksową twórczość Nolent, powinien być znany polskim miłośnikom historyjek obrazkowych. A to za sprawą Le Tueur: innego jego dzieła, tworzonego do spółki z Luciem Jacamonem, które jest wydawane w naszej pięknej nadwiślańskiej krainie przez Taurus Media. Także Colin Wilson (którego długa, artystyczna kariera obejmuje takie highlajty jak: rysowanie Judge Dredda i Rogue Troopera dla 2000AD; przejęcie pałeczki po Jeanie Giraudzie w serii La Jeunesse de Blueberry - prequelu Blueberry'ego, przedstawiającego młodzieńcze przygody słynnego, westernowego, wizualnie wzorowanego na Belmondzie, bohatera francuskich komiksów, Mike'a S. Blueberry'ego; czy Point Blank, amerykańską mini-serię ze-spin-off-owaną w komiks Sleeper - czyli pierwszą kolaboracje duetu Brubaker/Phillips, będących swoistym cause célčbre du jour jankeskiego komiksu kryminalnego) zaliczył parę występów w naszym kraju. Mam tutaj na myśli takie rzeczy jak: Rain Dogs, The Example, czy parę zeszytów z - ukazującej się u nas w wydaniach zbiorczych - serii Star Wars: Legacy.

Ale, no niestety, nie czytałem komiksu na podstawie, którego powstał ten film, ani nie mam też specjalnie celu w przybliżeniu wam dorobku artystycznego jego twórców, więc może po prostu przejdziemy do samego filmu...

Bullet to the Head to taki buddy movie. Coś jak, żeby wziąć jakiś pierwszy z brzegu przykład, zeszłoroczny 2 Guns (również obraz oparty na komiksie). Czyli to film gdzie dwóch facetów o diametralnie różnych charakterach łączy siły i poprzez serię slapstickowo-komediowych i groteskowo-brutalnych sekwencji kina akcji walczy ze zbrodnią... z grubsza. Tylko że Bullet to the Head, jak na buddy movie, nie jest za bardzo śmieszny. Powiedziałbym nawet, że zamiast, zwyczajowej dla tego typu produkcji, humorystycznej lekkości z jaką serwowana jest coraz bardziej eskalującą przemoc (patent, który z powodzeniem uskuteczniała seria Lethal Weapon), Bullet to the Head optuje raczej za dość poważnym, ale nie pozbawionym dozy ironicznej samoświadomości, epatowaniem twardzielskimi bzdurami, czasami podkreślonymi za pomocą noirowskiej narracji z offu. Co więcej, niecodzienne przymierze między dwójką protagonistów nie owocuje uroczą, męską przyjaźnią. Wręcz przeciwnie, w chwili gdy na ekranie ukazują się napisy końcowe nasi bohaterowie praktycznie się nienawidzą albo, w najlepszym wypadku, skrywają za tą nienawiścią mocno tłamszony, szorstki szacunek. A więc, to wcale nie wygląda mi na buddy movie - ktoś mógłby powiedzieć. Ale ten ktoś nie miałby do końca racji, ponieważ te, jak i parę innych rzeczy, o których wspomnę później, czynią ten film bliskim jednemu z najprawdziwszych praojców założycieli buddy kina, także wyreżyserowanym przez Waltera Hilla, małym klejnociku z roku 1982, powszechnie znanym jako 48 godzin.

48 Hrs. to klasyk po prostu. Być może klasyk trochę niedoceniany, ponieważ z woli ludu filmowym czempionem tej kategorii jest, zapoczątkowana później, seria o przygodach Riggsa i Murtaugha, ale klasyk niezaprzeczalny. (Pewnie jeszcze parę razy użyje słowa "klasyk" żeby jeszcze bardziej podkreślić jak wielkim klasykiem jest ten klasyczny film.)

I tak, w Bullet to the Head, Hill powraca do motywów, które tak wybornie sprawdziły się w ejtisowym protoplaście, oczywiście trochę je modyfikując i odwracając. Np. w nowym filmie, to grany przez Stallone'a zbir - cyngiel do wynajęcia z zasadami - jest oldschoolowym rasistą, a Sung Kang (znany z Better Luck Tomorrow i, reżyserowanych przez Justina Lina, czterech odcinków sagi Fast & Furious) nie jest czarny ani zabawny, ale jest policjantem zmuszonym do współpracy z przestępcą, z którym nie najlepiej się dogaduje. Postać Kunga to taki wymuskany służbista, który świetnie sobie radzi z telefonem w ręku. Zbierając informacje i łącząc je w całość błyskotliwie odstawia detektywistyczną robotę. Ale w zderzeniu z mrocznymi zakamarkami miasta, gdzie trzeba sobie czasem ubrudzić ręce, już nie idzie mu tak dobrze. Właściwie to jeśli spojrzeć na ten film jako na historię zderzenia się reprezentantów dwóch odmiennych światów, z których jeden jest umięśnionym kolesiem mającym do wyrównania rachunek z typem, który zabił jego partnera, a drugi jest policjantem, którego irytują metody tego pierwszego, to mamy tu też sporo Red Heat.

No i w sumie fajnie, ale problemem jest to, że Bullet nie jest jakoś specjalnie lepszy od Red Heat, a do jakości szczytowych osiągnięć reżysera to nawet nie ma co porównywać. A szkoda, bo chociaż Hill już od dłuższego czasu się niczym specjalnym nie popisał, to ten film nawet pachniał potencjałem. Dla mnie miłą zachętą było to, że podobno Stallone i Hill sami wzięli się za poprawianie scenariusza. A w scenopisarstwie to oni obaj mają i doświadczenie, i niemałe dokonania. (Tak! Stallone też... i wcale nie chodzi mi tylko o Rocky'ego, bo i Cobra, i Cliffhanger, i Rambo, i Homefront pokazują, że mistrz bełkotliwych dialogów nie jest w ciemię bity jeśli idzie o sklecenie macho-akcyjniaka.) Niestety, w praktyce wygląda to tak, że panowie wykorzystali ten film do swoistego odegrania kilku swoich "największych hitów". (O tych Hilla już wspomniałem, ale fan Stallone'a też zauważy parę rzeczy, np. to, że jego bohater jest, podobnie jak w The Specialist, ekspertem od materiałów wybuchowych.) Oczywiście to nie musi być żadną wadą. Dla kogoś, kto cierpi na nostalgię do takiego kina (np. ja) to może być całkiem sympatyczna rzecz. Ale na niewtajemniczonych to nie będzie robiło żadnego wrażenia i pewnie nawet moja, mało imponująca, ocena - 2+ - wyda im się zbyt wygórowana. I chociaż bardzo bym chciał ten film bronić, to nie mam za bardzo argumentów, bo mało błyskotliwe, ale solidne, wykonanie i fajna walka na strażackie topory między Sly'em a kolesiem z Baywatch Hawaii (on był chyba też w tym serialu o zimie, co to się teraz tak wszystkim podoba), to jednak trochę mało.
-----

INTERMISSION MUSIC I



Lake of Fire, Meat Puppets

-----

Olympus Has Fallen (2013), reż. Antoine Fuqua, pol. tyt. Olimp w ogniu, IMDb, FILMWEB.
2013 był rokiem, w którym amerykańska kinematografia uparła się, aby wypromować nowy gatunek filmowy. Umownie nazwijmy go: ŁŁŁŁAAAAAAAAA!!! ROZPIERDOLMY BIAŁY DOM! Tzn. to może nie jest jakiś taki super nowy gatunek filmowy, bo tak naprawdę to po prostu połączenie pierwszego Die Harda z Air Force One. I w sumie tak strasznie usilnie to może go nie promowali, bo powstały tylko dwa filmy - ten z Jamie Foxxem i Channingiem Tatumem, i ten lepszy, czyli ten, który aktualnie recenzuję. Ale zjawisko się pojawiło i zostało odnotowane...

W każdym razie, co by nie mówić o Olympus Has Fallen, jest to film bardzo zaskakujący. A przynajmniej był taki dla mnie, bo kiedy, na początku seansu, stolica Stanów Zjednoczonych została zaatakowana przez bossa z pierwszego poziomu Metal Slug 2, to spodziewałem się, że czeka mnie kino w stylu G.I. Joe: Retaliation. (Żeby było jasne, kino w stylu G.I. Joe: Retaliation mi jakoś bardzo nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, sequel The Rise of Cobra mi się nawet podobał - może bardziej niż powinien, ale jest w nim The Rock, i Walton Goggins, i Zły z The Good, the Bad, the Weird, i RZA gra ślepego senseia klanu ninja, i to wszystko jest wyreżyserowane przez kolesia od klipów Justina Biebera. Tzn. to jest jak najbardziej zły film, ale perwersyjnie rozrywkowy.) A tu nic z tego, bo Olympus Has Fallen - jak na rozrywkowo-blockbusterowo-militarystyczną fantazje, gdzie dzielni Amerykanie, dzielnie, bronią się przed zmasowanym atakiem uzbrojonych po zęby, północnokoreańskich super-terrorystów - robi się nagle dziwnie mroczny. Trup ściele się gęsto. Gerard Butler zaczyna dźgać wszystkich nożem. Robert Forster gra śmiesznego, dżingoistycznego, amerykańskiego generała z filmów szpiegowskich z okresu zimnej wojny. Cały film robi się zdeka rasistowski. A Melissa Leo ma scenę, w której terroryści torturują ją, a właściwie to biją (widać główny bad guy Olympus Has Fallen, podobnie jak Mads Mikkelsen w Casino Royale, nie wierzy w skuteczność wyszukanych tortur), jakby to był film o ekstremalnej przemocy wobec kobiet.

(Ta scena z Leo jest naprawdę mocna. Trwa chyba z jakieś dwa razy dłużej niż powinna. Oglądając ją człowiek zaczyna się czuć trochę niezręcznie, bo jest taka długa i brutalna, i Leo, w czasie tego całego katowania, rzuca w swoich oprawców różnymi bluzgami. Tak dokładnie to nie pamiętam co mówi, ale z grubsza to coś w stylu: "Motherfuckers!! Nigdy nie zdradzę swojego prezydenta! Bo wygląda jak Aaron Eckhart! I jest zajebisty! I Ameryka też jest zajebista!". A w tym czasie Aaron Eckhart, to jest prezydent, siedzi przykuty kajdankami do jakiegoś krzesła czy poręczy i z rozpaczą wymalowaną na twarzy patrzy na tą całą scenę. Nieźle pojebane, co nie?... Z tego co pamiętam, to potem jest jeszcze jedna spoko scena z Leo jak w stanie katatonii, podobnej do tej, którą ma ten koleś z teledysku UNKLE, chodzi po zgliszczach Białego Domu.)

Oczywiście wszystkie te rzeczy nie znaczą, że to jest dobry film. Bo nie jest. Właściwe to jest raczej zły. Cała ta przemoc, choć jest jej sporo, jest podana w niewywołujący żadnego wrażenia, poza śmiesznością, sposób. A aktorzy, choć w większości z górnej półki, grają naprawdę idiotyczne postacie. Ale ponieważ jest pełno dziwnych, śmiesznych i zapadających w pamięć scen ogląda się to całkiem fajnie. Z czasem ta niedorzeczność zaczyna nawet tak porywać, że człowiek zaczyna się zastanawiać jak daleko mogliby się jeszcze z nią posunąć. Np. czy gdyby pozbyli się Butlera, i gdyby zamiast niego to prezydent Eckhart (jeszcze młody i przystojny jest, więc może być bohaterem kina akcji), z gołą klatą (powiedzmy, że przeszedłby przez ten sam trening, który fundnęli Henry'emu Cavillowi do Man of Steel... o, albo ten, który zamienił Hugh Jackmana w żylastego kulturystę z The Wolverine) i bojowym okrzykiem na ustach, sam zabiłby tych wszystkich Azjatów, to czy ten film podobałby mi się bardziej? I w sumie to pewnie bardzo prawdopodobne, że taki film podobałby mi się bardziej... No ale hej! Filmy ocenia się na podstawie tego jakie są, a nie na podstawie tego jakie chcielibyśmy żeby były (... czy coś takiego). A ja Olympus Has Fallen oceniam na 2+.
-----

INTERMISSION MUSIC II



Psalms 40:2, The Mountain Goats

-----

Prisoners (2013), reż. Denis Villeneuve, pol. tyt. Labirynt, IMDb, FILMWEB.
Pomysł na ten post był taki, że szybko i krótko zrecenzuję trzy filmy (stąd tytuł posta). Ale ponieważ z tak krótko jak oryginalnie planowałem to właściwie już mi nie wyszło, to, a co, nie będę się oszczędzał i się tutaj trochę rozpiszę. Powiedzmy, że to będzie w ramach kary, za to, że tak niesystematycznie zamieszczam nowe wpisy na blogu.

Więc Prisoners...

W skrócie film fajnie wygląda, jest bardzo klimatyczny i z niezłym, a nawet bardzo dobrym, aktorstwem, ale jest też za długi i źle napisany (zupełnie jak moje recenzje). Tzn. scenariusz do filmu jest źle napisany...

Tzn. nie cały, ale są w nim liczne momenty, od których zalatuje fuszerką i amatorstwem...

Ok, to przejdźmy do scenariusza...

Zanim obejrzałem Prisoners to usłyszałem, tudzież przeczytałem, o nim trochę opinii (w większości bardzo pozytywnych), i pamiętam, że w którejś z nich ktoś porównał ten film do Forbrydelsen: duńskiego dramatu kryminalnego, który bardzo szybko zdobył międzynarodową popularność i uznanie. Ja widziałem tylko pierwszy sezon Forbrydelsen i dalej dałem sobie spokój bo, delikatnie mówiąc, ten serial mi się za bardzo nie podobał (powiem nawet, że po zaliczeniu tych 20 odcinków ostatecznie utwierdziłem się w przekonaniu, że ten cały szerzący się w świecie kult, że skandynawskie kryminały są obecnie jakościowym wierzchołkiem hierarchii gatunku, to nic innego jak pic na wodę, fotomontaż, i że w ogóle nie ma nic wspólnego z rzeczywistością). Ale porównanie do Prisoners uważam za całkiem dobrze trafione. Film Villeneuve'a nie tylko opowiada (pod pewnymi względami) podobną (choć nie identyczną) historię co pierwszy sezon duńskiego serialu, ale popełnia też podobne błędy w przedstawianiu zagadki kryminalnej i różnych z nią związanych proceduralnych zawiłości policyjnego śledztwa (a przynajmniej wg mnie, to są błędy).

Pierwszy sezon Forbrydelsen, jak większość telewizyjnych seriali, jest oparty o pewien schemat, który z grubsza polega na tym, że w jednym odcinku bohaterka prowadząca dochodzenie konfrontuje podejrzanego o zbrodnie osobnika, wykładając przed nim (i przed widzami) co raz bardziej obciążające go dowody. Kiedy już wydaje się, że mamy winnego odcinek kończy się na tzw. cliffhangerze, a w kolejnym epizodzie następuje zwrot akcji i okazuje się, że rzekomy winny z poprzedniego odcinka jednak jest niewinny, bo na jaw wyszły jakieś wcześniej nieznane okoliczności. No i w następnych odcinkach jest powtórka: kolejny niby-winny, cliffhanger, zwrot akcji, jednak niewinny itd. (Pierwszy sezon Forbrydelsen miął 20 odcinków i opowiadał o jednym śledztwie, czyli ci wszyscy podejrzani byli oskarżani o jedną zbrodnię, pojawiali się co jakieś dwa odcinki i było ich naprawdę wielu - chociaż pamiętam, że niektórzy się powtarzali.) I ktoś może teraz powiedzieć: I co z tego? To przecież realistyczne - policyjne dochodzenia są długie, żmudne i powtarzalne w czynnościach. A poleganie na zwrotach akcji i cliffhangerach podtrzymuje napięcie i sprawia, że widz nie może się oderwać od oglądania. No OK, ale tak jak napisałem, w serialu jest to zrobione na schemat, który dosłownie kuje w oczy i jego powtarzalność sprawia, że (na przekór tych wszystkich niby-ekscytujących i trzymających w napięciu cliffhangerów i zwrotów akcji) serial stoi na przewidywalnym i formalistycznie nudnym scenopisarstwie.

Co więcej, kiedy Forbrydelsen wykłada dowody winy kolejnego podejrzanego robi to w bardzo, jakby to powiedzieć, ostateczny sposób, tzn. tak żeby jak najmocniej przekonać widza, że tak, oto ON, to winny, nie ma wątpliwości. I potem kiedy jest zwrot akcji i skreślają kolejną osobę z listy podejrzanych, to podobnie robione jest to w sposób maksymalnie zaskakujący, na taki "what the fuck". W większości wypadków te zwroty akcji są dosłownie z powietrza - kamufluje i ukrywa się fakty o kolejnych postaciach, żeby potem maksymalnie nimi zaskoczyć. Ale w połączeniu ze schematycznością i powtarzalnością tego procederu, te zabiegi bardzo szybko robią się strasznie irytujące. Bohaterowie też bardzo szybko robią się irytujący i sprawiają wrażenie bardzo niekompetentnych - bo ciągle tylko (prawie) wsadzają kogoś do więzienia tylko po to, żeby w ostatniej chwili okazywało się, że jednak znowu coś przeoczyli.

No i scenariusz w Prisoners ma podobne problemy, ale na szczęście ma tylko 2 i pół godziny "przestrzeni", którą może wykorzystać na irytowanie widza tymi problemami. (Co jest sporą przewagą nad Forbrydelsen, ale w porównaniu z innymi filmami, to już tak różowo nie jest, bo kiedy w kinie coś przekracza granice 2 godzin, to rzadko kiedy jest to znak wysokiej jakości.)

Ok, to teraz z grubsza streszczę fabułę Prisoners i powiem co dokładnie jest w niej takiego głupiego, ale zrobię to z użyciem bezczelnych spoilerów, więc jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu, ale ma zamiar w przyszłości obejrzeć, to dalej czyta na własną odpowiedzialność.

Wszystko zaczyna się, kiedy poznajemy postać graną przez Hugh Jackmana: surowego, ale w gruncie rzeczy, kochającego ojca i męża, któremu ktoś porywa córeczkę. Podejrzenia pada na Paula Dano, bo wygląda jak dziwny, obleśny pedofil i był akurat w pobliżu kiedy dziewczynki zaginęły (tak, zgadza się "dziewczynki", liczba mnoga, bo razem z córką Jackmana zginęła też córka Terrence'a Howarda). Ale nie mogą wsadzić Dano, bo nie mają dowodów i nie przyznaje się do winny (a właściwie to nie specjalnie da się z nim dogadać i sprawia wrażenie upośledzonego umysłowo). W tym czasie Jake Gyllenhaal, czyli detektyw Loki, który zajebiście się nazywa i prowadzi śledztwo w sprawie zaginionych dziewczynek, sprawdza adresy notowanych przestępców seksualnych, aby obczaić czy przypadkiem nie mają czegoś wspólnego z zaginięciem. No i odwiedza lokalnego księdza (bo każdy ksiądz to pedofil) i przypadkiem znajduje w jego piwnicy zwłoki jakiegoś faceta. (Te zwłoki z piwnicy są praktycznie zaraz po ich odnalezieniu kompletne w tym filmie ignorowane - no wiecie: "Hej znaleźliśmy jakiegoś trupa w piwnicy. Chyba zbił go lokalny ksiądz. Sprawa zamknięta, więcej o tym nie wspominajmy i zajmijmy się czymś innym." - ale dużo później oczywiście się okazuje, że martwy facet z piwnicy ma coś wspólnego z zaginionymi dziewczynkami.) Dalej jest scena, w której ludność miasteczka, w którym rozgrywa się akcja, organizuje nocne czuwanie przed domem Jackmana i akurat tak się składa, że w okolicy jest detektyw Loki i nagle spostrzega, że wśród czuwających jest jakiś podejrzany jegomość (David Dastmalchian) i zaczyna go gonić. Ale ten mu ucieka i śledztwo przerzuca się na szukanie tego tajemniczego kolesia. No i w końcu go łapią, bo macał ubranka dla dzieci w lokalnym supermarkecie - czy coś takiego. I kiedy detektyw Loki wchodzi do jego domu, to okazuje się, że to rudera z pomazanymi ścianami, a w sypialni jest pełno walizek wypełnionych ubrankami dla dzieci i wężami. Dastmalchian oczywiście wydaje się być porywaczem i, co więcej, nawet przyznaje się do porwania i zabicia dziewczynek. Ale kiedy na komendzie starają się z niego wydusić gdzie ukrył zwłoki, to odbiera broń policjantowi i strzela sobie w łeb. Wtedy Loki wraca do jego domu (tzn. do domu Dastmalchiana) gdzie CSI sprawdza wszystko w poszukiwaniu jakiegoś śladu dziewczynek. I jeden z CSI-ów mówi Lokiemu coś w stylu: "Nie, to nie on jest porywaczem. Tu nic nie ma. Te bazgroły na ścianach, dziecięce ubranka i węże, to dlatego, że ten koleś (Dastmalchian) sam był porwany za młodu. Ale cudem udało mu się uciec i teraz ma z tego powodu traumę. Tych jego porywaczy nigdy nie złapali, bo faszerowali go dragami i nie pamiętał gdzie go przetrzymywali. Właśnie dlatego był na czuwaniu u Jackmana, bo myślał, że to ci sami porywacze. To wszystko jest opisane w książce o porwaniach takiego jednego agenta FBI i tak się akurat składa, że Dastmalchian właśnie sobie czytał tą książkę. O tutaj jest..." - i pokazuje tę książkę Lokiemu. Podczas tej całej sceny Gyllenhaal ma taką bezcenną minę. Taką, która wydaje się mówić: "Cooooo?!" i w tym momencie widz się z nim kompletnie identyfikuje, bo ogrania nas wrażenie, że to przecież kompletnie nie ma sensu, i że z tego wątku kryminalnego to chyba nic mądrego nie wyniknie. No i nie wynika, bo okazuje się, że sprawcą całego zamieszania jest matka Dano (w tej roli Melissa Leo). A właściwie to nie jego matka tylko ciotka. A właściwie to nie jego ciotka tylko jakaś obca kobieta - bo Dano też był porwany jak był mały. Otóż Leo, w ramach "wojny z Bogiem" (ponieważ jej własny syn zmarł na raka), porywa dzieci od lat. Wcześniej pomagał jej w tym mąż, ale gdzieś zwiał. (Chociaż tak naprawdę to wcale nie zwiał - to on jest tym trupem z piwnicy księdza. Chodził się spowiadać ze swojej "wojny z Bogiem" i ksiądz pedofil go kill'im.) I to właśnie oni kiedyś porwali Dastmalchiana i chyba większość tych osób z książki agenta FBI, którą scenarzysta dosłownie wyjął z dupy podczas tej sceny, o której wcześniej wspomniałem.

W zamyśle, to chyba miało być takie mroczne i wstrząsające: rodzina, którą skrzywdził los teraz sama krzywdzi inne rodziny napędzając spiralę nieszczęść, tragedii, przemocy i inne tym podobne pierdoły. Ale tak naprawdę to mamy tutaj małżeństwo, które porwało mnóstwo dzieciaków i dawało im jakieś narkotyki, a potem część z nich chyba zabiło, część wychowało jak swoje dzieci, cześć im uciekło, a część trzymało w dziurze, którą mieli na podwórku. Trudno powiedzieć jak tego dokonali, ale ponieważ scenarzysta wykreował im świat gdzie autentycznie nikt nie postępuje wg czegoś co można by określić jako jakąkolwiek logikę, to możemy zakładać, że to wcale nie było takie trudne.

However...

Jakby tak ogarnąć tą imprezę całościowo, to trzeba jednak zaliczyć ten film do udanych. A to za sprawą tego, że wszyscy poza scenarzystą włożyli naprawdę sporo wysiłku, żeby to dzieło wydawało się lepsze niż jest w rzeczywistości. Roger Deakins, jako reżyser obrazu, sprawił, że ten film wygląda pięknie - tzn. sprawił, że wygląda paskudnie, zimno, brudno, ponuro, obskurnie i dołująco. Aktorzy wznoszą się na wyżyny, żeby absurdalne postacie wydały nam się ciekawe i wielowymiarowe - i raczej im się to udaje. Tutaj na uwagę zasługują zwłaszcza Gyllenhaal i Jackman (fakt, że scenariusz daje im największe pole do popisu) grający dwóch prostych, twardych, męskich mężczyzn czynu, którzy odpowiadają desperackim gniewem, gdy ich proste, twarde, męskie czyny okazują się nieskuteczne w sytuacji, przez którą wszyscy wokół popadają w bezsilną rozpacz. Prisoners jest wart obejrzenia dla samych kreacji tych dwóch panów.

I w ten oto sposób można powiedzieć, że film z b-klasowym scenariuszem doboksował się noty: 3-...

Over and out.
-----

OUTRO MUSIC



The Boys Of Summer, Don Henley