czwartek, 17 lipca 2014

filmowe déjà vu #2

The Texas Chain Saw Massacre (1974), reż. Tobe Hooper, pol. tyt. Teksańska masakra piłą mechaniczną, IMDb, FILMWEB.

Wolf Creek (2005), reż. Greg Mclean, IMDb, FILMWEB.

------

Ale tak na poważnie, wczoraj widziałem Wolf Creek i w sumie to nie jest jakiś zły film, ale jest - delikatnie mówiąc -  zdeka frustrujący...

Po pierwsze, jakbym chciał obejrzeć The Texas Chain Saw Massacre, to bym po prostu obejrzał The Texas Chain Saw Massacre. A po drugie (i może to trochę niesprawiedliwe tak stawiać reputację i opinię o danym filmie przeciw niemu samemu, ale... ), skoro Wolf Creek to taki sztandarowy przedstawiciel odrodzenia australijskiego kina eksploatacji (Ozploitation), to spodziewałem się, że entuzjaści horrorów, którzy w drugiej połowie pierwszej dekady XXI w. zwrócili się ku antypodom w poszukiwaniu nowych i świeżych przedstawicieli swojego ulubionego gatunku, ekscytowali się czymś więcej niż - z grubsza - rimejkiem w stylu Yôjinbô>Per un pugno di dollari, w którym cała inwencja polega na dodaniu paru dowcipów/nawiązań z Krokodyla Dundee'ego i Mad Maxa.

środa, 16 lipca 2014

filmowe déjà vu #1

The Birds (1963), reż. Alfred Hitchcock, pol. tyt. Ptaki, IMDb, FILMWEB.

Kidō Keisatsu Patlabor Gekijōban (1989), reż. Mamoru Oshii, ang. tyt. Patlabor: The Movie, alt. tyt. Patlabor: The Mobile Police, alt. tyt. Mobile Police Patlabor, IMDb, FILMWEB.

-----

Prince of Darkness (1987), reż. John Carpenter, pol. tyt. Książę ciemności, IMDb, FILMWEB.

Kidō Keisatsu Patlabor Gekijōban (1989), reż. Mamoru Oshii, ang. tyt. Patlabor: The Movie, alt. tyt. Patlabor: The Mobile Police, alt. tyt. Mobile Police Patlabor, IMDb, FILMWEB.

piątek, 11 lipca 2014

3 HIT COMBO #1 ("Bullet to the Head", "Olympus Has Fallen" & "Prisoners")

O, cześć! Nie zauważyłem cię, drogi czytelniku. Ale fajnie, że wpadłeś, bo właśnie napisałem parę recenzji... Oto one! Tam, poniżej... Spójrz tylko jak się pięknie prężą w całej swojej wtórno-analfabetycznej krasie. No dalej, nie wstydź się, biegnij je przeczytać - przecież cię nie pogryzą...

-----

INTRO MUSIC



Silver Lightning, Bow Wow

-----

Bullet to the Head (2012), reż. Walter Hill, pol. tyt. Kula w łeb, IMDb, FILMWEB.
Bullet to the Head to filmowa adaptacja, oryginalnie wydanego przez franko-belgijski Casterman, komiksu pt. Du plomb dans la tête, za który odpowiadają (nowozelandzki rysownik) Colin Wilson i (francuski scenarzysta) Alexis Nolent. Matz, bo pod takim pseudonimem zwykle podpisuje swoją komiksową twórczość Nolent, powinien być znany polskim miłośnikom historyjek obrazkowych. A to za sprawą Le Tueur: innego jego dzieła, tworzonego do spółki z Luciem Jacamonem, które jest wydawane w naszej pięknej nadwiślańskiej krainie przez Taurus Media. Także Colin Wilson (którego długa, artystyczna kariera obejmuje takie highlajty jak: rysowanie Judge Dredda i Rogue Troopera dla 2000AD; przejęcie pałeczki po Jeanie Giraudzie w serii La Jeunesse de Blueberry - prequelu Blueberry'ego, przedstawiającego młodzieńcze przygody słynnego, westernowego, wizualnie wzorowanego na Belmondzie, bohatera francuskich komiksów, Mike'a S. Blueberry'ego; czy Point Blank, amerykańską mini-serię ze-spin-off-owaną w komiks Sleeper - czyli pierwszą kolaboracje duetu Brubaker/Phillips, będących swoistym cause célčbre du jour jankeskiego komiksu kryminalnego) zaliczył parę występów w naszym kraju. Mam tutaj na myśli takie rzeczy jak: Rain Dogs, The Example, czy parę zeszytów z - ukazującej się u nas w wydaniach zbiorczych - serii Star Wars: Legacy.

Ale, no niestety, nie czytałem komiksu na podstawie, którego powstał ten film, ani nie mam też specjalnie celu w przybliżeniu wam dorobku artystycznego jego twórców, więc może po prostu przejdziemy do samego filmu...

Bullet to the Head to taki buddy movie. Coś jak, żeby wziąć jakiś pierwszy z brzegu przykład, zeszłoroczny 2 Guns (również obraz oparty na komiksie). Czyli to film gdzie dwóch facetów o diametralnie różnych charakterach łączy siły i poprzez serię slapstickowo-komediowych i groteskowo-brutalnych sekwencji kina akcji walczy ze zbrodnią... z grubsza. Tylko że Bullet to the Head, jak na buddy movie, nie jest za bardzo śmieszny. Powiedziałbym nawet, że zamiast, zwyczajowej dla tego typu produkcji, humorystycznej lekkości z jaką serwowana jest coraz bardziej eskalującą przemoc (patent, który z powodzeniem uskuteczniała seria Lethal Weapon), Bullet to the Head optuje raczej za dość poważnym, ale nie pozbawionym dozy ironicznej samoświadomości, epatowaniem twardzielskimi bzdurami, czasami podkreślonymi za pomocą noirowskiej narracji z offu. Co więcej, niecodzienne przymierze między dwójką protagonistów nie owocuje uroczą, męską przyjaźnią. Wręcz przeciwnie, w chwili gdy na ekranie ukazują się napisy końcowe nasi bohaterowie praktycznie się nienawidzą albo, w najlepszym wypadku, skrywają za tą nienawiścią mocno tłamszony, szorstki szacunek. A więc, to wcale nie wygląda mi na buddy movie - ktoś mógłby powiedzieć. Ale ten ktoś nie miałby do końca racji, ponieważ te, jak i parę innych rzeczy, o których wspomnę później, czynią ten film bliskim jednemu z najprawdziwszych praojców założycieli buddy kina, także wyreżyserowanym przez Waltera Hilla, małym klejnociku z roku 1982, powszechnie znanym jako 48 godzin.

48 Hrs. to klasyk po prostu. Być może klasyk trochę niedoceniany, ponieważ z woli ludu filmowym czempionem tej kategorii jest, zapoczątkowana później, seria o przygodach Riggsa i Murtaugha, ale klasyk niezaprzeczalny. (Pewnie jeszcze parę razy użyje słowa "klasyk" żeby jeszcze bardziej podkreślić jak wielkim klasykiem jest ten klasyczny film.)

I tak, w Bullet to the Head, Hill powraca do motywów, które tak wybornie sprawdziły się w ejtisowym protoplaście, oczywiście trochę je modyfikując i odwracając. Np. w nowym filmie, to grany przez Stallone'a zbir - cyngiel do wynajęcia z zasadami - jest oldschoolowym rasistą, a Sung Kang (znany z Better Luck Tomorrow i, reżyserowanych przez Justina Lina, czterech odcinków sagi Fast & Furious) nie jest czarny ani zabawny, ale jest policjantem zmuszonym do współpracy z przestępcą, z którym nie najlepiej się dogaduje. Postać Kunga to taki wymuskany służbista, który świetnie sobie radzi z telefonem w ręku. Zbierając informacje i łącząc je w całość błyskotliwie odstawia detektywistyczną robotę. Ale w zderzeniu z mrocznymi zakamarkami miasta, gdzie trzeba sobie czasem ubrudzić ręce, już nie idzie mu tak dobrze. Właściwie to jeśli spojrzeć na ten film jako na historię zderzenia się reprezentantów dwóch odmiennych światów, z których jeden jest umięśnionym kolesiem mającym do wyrównania rachunek z typem, który zabił jego partnera, a drugi jest policjantem, którego irytują metody tego pierwszego, to mamy tu też sporo Red Heat.

No i w sumie fajnie, ale problemem jest to, że Bullet nie jest jakoś specjalnie lepszy od Red Heat, a do jakości szczytowych osiągnięć reżysera to nawet nie ma co porównywać. A szkoda, bo chociaż Hill już od dłuższego czasu się niczym specjalnym nie popisał, to ten film nawet pachniał potencjałem. Dla mnie miłą zachętą było to, że podobno Stallone i Hill sami wzięli się za poprawianie scenariusza. A w scenopisarstwie to oni obaj mają i doświadczenie, i niemałe dokonania. (Tak! Stallone też... i wcale nie chodzi mi tylko o Rocky'ego, bo i Cobra, i Cliffhanger, i Rambo, i Homefront pokazują, że mistrz bełkotliwych dialogów nie jest w ciemię bity jeśli idzie o sklecenie macho-akcyjniaka.) Niestety, w praktyce wygląda to tak, że panowie wykorzystali ten film do swoistego odegrania kilku swoich "największych hitów". (O tych Hilla już wspomniałem, ale fan Stallone'a też zauważy parę rzeczy, np. to, że jego bohater jest, podobnie jak w The Specialist, ekspertem od materiałów wybuchowych.) Oczywiście to nie musi być żadną wadą. Dla kogoś, kto cierpi na nostalgię do takiego kina (np. ja) to może być całkiem sympatyczna rzecz. Ale na niewtajemniczonych to nie będzie robiło żadnego wrażenia i pewnie nawet moja, mało imponująca, ocena - 2+ - wyda im się zbyt wygórowana. I chociaż bardzo bym chciał ten film bronić, to nie mam za bardzo argumentów, bo mało błyskotliwe, ale solidne, wykonanie i fajna walka na strażackie topory między Sly'em a kolesiem z Baywatch Hawaii (on był chyba też w tym serialu o zimie, co to się teraz tak wszystkim podoba), to jednak trochę mało.
-----

INTERMISSION MUSIC I



Lake of Fire, Meat Puppets

-----

Olympus Has Fallen (2013), reż. Antoine Fuqua, pol. tyt. Olimp w ogniu, IMDb, FILMWEB.
2013 był rokiem, w którym amerykańska kinematografia uparła się, aby wypromować nowy gatunek filmowy. Umownie nazwijmy go: ŁŁŁŁAAAAAAAAA!!! ROZPIERDOLMY BIAŁY DOM! Tzn. to może nie jest jakiś taki super nowy gatunek filmowy, bo tak naprawdę to po prostu połączenie pierwszego Die Harda z Air Force One. I w sumie tak strasznie usilnie to może go nie promowali, bo powstały tylko dwa filmy - ten z Jamie Foxxem i Channingiem Tatumem, i ten lepszy, czyli ten, który aktualnie recenzuję. Ale zjawisko się pojawiło i zostało odnotowane...

W każdym razie, co by nie mówić o Olympus Has Fallen, jest to film bardzo zaskakujący. A przynajmniej był taki dla mnie, bo kiedy, na początku seansu, stolica Stanów Zjednoczonych została zaatakowana przez bossa z pierwszego poziomu Metal Slug 2, to spodziewałem się, że czeka mnie kino w stylu G.I. Joe: Retaliation. (Żeby było jasne, kino w stylu G.I. Joe: Retaliation mi jakoś bardzo nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, sequel The Rise of Cobra mi się nawet podobał - może bardziej niż powinien, ale jest w nim The Rock, i Walton Goggins, i Zły z The Good, the Bad, the Weird, i RZA gra ślepego senseia klanu ninja, i to wszystko jest wyreżyserowane przez kolesia od klipów Justina Biebera. Tzn. to jest jak najbardziej zły film, ale perwersyjnie rozrywkowy.) A tu nic z tego, bo Olympus Has Fallen - jak na rozrywkowo-blockbusterowo-militarystyczną fantazje, gdzie dzielni Amerykanie, dzielnie, bronią się przed zmasowanym atakiem uzbrojonych po zęby, północnokoreańskich super-terrorystów - robi się nagle dziwnie mroczny. Trup ściele się gęsto. Gerard Butler zaczyna dźgać wszystkich nożem. Robert Forster gra śmiesznego, dżingoistycznego, amerykańskiego generała z filmów szpiegowskich z okresu zimnej wojny. Cały film robi się zdeka rasistowski. A Melissa Leo ma scenę, w której terroryści torturują ją, a właściwie to biją (widać główny bad guy Olympus Has Fallen, podobnie jak Mads Mikkelsen w Casino Royale, nie wierzy w skuteczność wyszukanych tortur), jakby to był film o ekstremalnej przemocy wobec kobiet.

(Ta scena z Leo jest naprawdę mocna. Trwa chyba z jakieś dwa razy dłużej niż powinna. Oglądając ją człowiek zaczyna się czuć trochę niezręcznie, bo jest taka długa i brutalna, i Leo, w czasie tego całego katowania, rzuca w swoich oprawców różnymi bluzgami. Tak dokładnie to nie pamiętam co mówi, ale z grubsza to coś w stylu: "Motherfuckers!! Nigdy nie zdradzę swojego prezydenta! Bo wygląda jak Aaron Eckhart! I jest zajebisty! I Ameryka też jest zajebista!". A w tym czasie Aaron Eckhart, to jest prezydent, siedzi przykuty kajdankami do jakiegoś krzesła czy poręczy i z rozpaczą wymalowaną na twarzy patrzy na tą całą scenę. Nieźle pojebane, co nie?... Z tego co pamiętam, to potem jest jeszcze jedna spoko scena z Leo jak w stanie katatonii, podobnej do tej, którą ma ten koleś z teledysku UNKLE, chodzi po zgliszczach Białego Domu.)

Oczywiście wszystkie te rzeczy nie znaczą, że to jest dobry film. Bo nie jest. Właściwe to jest raczej zły. Cała ta przemoc, choć jest jej sporo, jest podana w niewywołujący żadnego wrażenia, poza śmiesznością, sposób. A aktorzy, choć w większości z górnej półki, grają naprawdę idiotyczne postacie. Ale ponieważ jest pełno dziwnych, śmiesznych i zapadających w pamięć scen ogląda się to całkiem fajnie. Z czasem ta niedorzeczność zaczyna nawet tak porywać, że człowiek zaczyna się zastanawiać jak daleko mogliby się jeszcze z nią posunąć. Np. czy gdyby pozbyli się Butlera, i gdyby zamiast niego to prezydent Eckhart (jeszcze młody i przystojny jest, więc może być bohaterem kina akcji), z gołą klatą (powiedzmy, że przeszedłby przez ten sam trening, który fundnęli Henry'emu Cavillowi do Man of Steel... o, albo ten, który zamienił Hugh Jackmana w żylastego kulturystę z The Wolverine) i bojowym okrzykiem na ustach, sam zabiłby tych wszystkich Azjatów, to czy ten film podobałby mi się bardziej? I w sumie to pewnie bardzo prawdopodobne, że taki film podobałby mi się bardziej... No ale hej! Filmy ocenia się na podstawie tego jakie są, a nie na podstawie tego jakie chcielibyśmy żeby były (... czy coś takiego). A ja Olympus Has Fallen oceniam na 2+.
-----

INTERMISSION MUSIC II



Psalms 40:2, The Mountain Goats

-----

Prisoners (2013), reż. Denis Villeneuve, pol. tyt. Labirynt, IMDb, FILMWEB.
Pomysł na ten post był taki, że szybko i krótko zrecenzuję trzy filmy (stąd tytuł posta). Ale ponieważ z tak krótko jak oryginalnie planowałem to właściwie już mi nie wyszło, to, a co, nie będę się oszczędzał i się tutaj trochę rozpiszę. Powiedzmy, że to będzie w ramach kary, za to, że tak niesystematycznie zamieszczam nowe wpisy na blogu.

Więc Prisoners...

W skrócie film fajnie wygląda, jest bardzo klimatyczny i z niezłym, a nawet bardzo dobrym, aktorstwem, ale jest też za długi i źle napisany (zupełnie jak moje recenzje). Tzn. scenariusz do filmu jest źle napisany...

Tzn. nie cały, ale są w nim liczne momenty, od których zalatuje fuszerką i amatorstwem...

Ok, to przejdźmy do scenariusza...

Zanim obejrzałem Prisoners to usłyszałem, tudzież przeczytałem, o nim trochę opinii (w większości bardzo pozytywnych), i pamiętam, że w którejś z nich ktoś porównał ten film do Forbrydelsen: duńskiego dramatu kryminalnego, który bardzo szybko zdobył międzynarodową popularność i uznanie. Ja widziałem tylko pierwszy sezon Forbrydelsen i dalej dałem sobie spokój bo, delikatnie mówiąc, ten serial mi się za bardzo nie podobał (powiem nawet, że po zaliczeniu tych 20 odcinków ostatecznie utwierdziłem się w przekonaniu, że ten cały szerzący się w świecie kult, że skandynawskie kryminały są obecnie jakościowym wierzchołkiem hierarchii gatunku, to nic innego jak pic na wodę, fotomontaż, i że w ogóle nie ma nic wspólnego z rzeczywistością). Ale porównanie do Prisoners uważam za całkiem dobrze trafione. Film Villeneuve'a nie tylko opowiada (pod pewnymi względami) podobną (choć nie identyczną) historię co pierwszy sezon duńskiego serialu, ale popełnia też podobne błędy w przedstawianiu zagadki kryminalnej i różnych z nią związanych proceduralnych zawiłości policyjnego śledztwa (a przynajmniej wg mnie, to są błędy).

Pierwszy sezon Forbrydelsen, jak większość telewizyjnych seriali, jest oparty o pewien schemat, który z grubsza polega na tym, że w jednym odcinku bohaterka prowadząca dochodzenie konfrontuje podejrzanego o zbrodnie osobnika, wykładając przed nim (i przed widzami) co raz bardziej obciążające go dowody. Kiedy już wydaje się, że mamy winnego odcinek kończy się na tzw. cliffhangerze, a w kolejnym epizodzie następuje zwrot akcji i okazuje się, że rzekomy winny z poprzedniego odcinka jednak jest niewinny, bo na jaw wyszły jakieś wcześniej nieznane okoliczności. No i w następnych odcinkach jest powtórka: kolejny niby-winny, cliffhanger, zwrot akcji, jednak niewinny itd. (Pierwszy sezon Forbrydelsen miął 20 odcinków i opowiadał o jednym śledztwie, czyli ci wszyscy podejrzani byli oskarżani o jedną zbrodnię, pojawiali się co jakieś dwa odcinki i było ich naprawdę wielu - chociaż pamiętam, że niektórzy się powtarzali.) I ktoś może teraz powiedzieć: I co z tego? To przecież realistyczne - policyjne dochodzenia są długie, żmudne i powtarzalne w czynnościach. A poleganie na zwrotach akcji i cliffhangerach podtrzymuje napięcie i sprawia, że widz nie może się oderwać od oglądania. No OK, ale tak jak napisałem, w serialu jest to zrobione na schemat, który dosłownie kuje w oczy i jego powtarzalność sprawia, że (na przekór tych wszystkich niby-ekscytujących i trzymających w napięciu cliffhangerów i zwrotów akcji) serial stoi na przewidywalnym i formalistycznie nudnym scenopisarstwie.

Co więcej, kiedy Forbrydelsen wykłada dowody winy kolejnego podejrzanego robi to w bardzo, jakby to powiedzieć, ostateczny sposób, tzn. tak żeby jak najmocniej przekonać widza, że tak, oto ON, to winny, nie ma wątpliwości. I potem kiedy jest zwrot akcji i skreślają kolejną osobę z listy podejrzanych, to podobnie robione jest to w sposób maksymalnie zaskakujący, na taki "what the fuck". W większości wypadków te zwroty akcji są dosłownie z powietrza - kamufluje i ukrywa się fakty o kolejnych postaciach, żeby potem maksymalnie nimi zaskoczyć. Ale w połączeniu ze schematycznością i powtarzalnością tego procederu, te zabiegi bardzo szybko robią się strasznie irytujące. Bohaterowie też bardzo szybko robią się irytujący i sprawiają wrażenie bardzo niekompetentnych - bo ciągle tylko (prawie) wsadzają kogoś do więzienia tylko po to, żeby w ostatniej chwili okazywało się, że jednak znowu coś przeoczyli.

No i scenariusz w Prisoners ma podobne problemy, ale na szczęście ma tylko 2 i pół godziny "przestrzeni", którą może wykorzystać na irytowanie widza tymi problemami. (Co jest sporą przewagą nad Forbrydelsen, ale w porównaniu z innymi filmami, to już tak różowo nie jest, bo kiedy w kinie coś przekracza granice 2 godzin, to rzadko kiedy jest to znak wysokiej jakości.)

Ok, to teraz z grubsza streszczę fabułę Prisoners i powiem co dokładnie jest w niej takiego głupiego, ale zrobię to z użyciem bezczelnych spoilerów, więc jeśli ktoś jeszcze nie widział filmu, ale ma zamiar w przyszłości obejrzeć, to dalej czyta na własną odpowiedzialność.

Wszystko zaczyna się, kiedy poznajemy postać graną przez Hugh Jackmana: surowego, ale w gruncie rzeczy, kochającego ojca i męża, któremu ktoś porywa córeczkę. Podejrzenia pada na Paula Dano, bo wygląda jak dziwny, obleśny pedofil i był akurat w pobliżu kiedy dziewczynki zaginęły (tak, zgadza się "dziewczynki", liczba mnoga, bo razem z córką Jackmana zginęła też córka Terrence'a Howarda). Ale nie mogą wsadzić Dano, bo nie mają dowodów i nie przyznaje się do winny (a właściwie to nie specjalnie da się z nim dogadać i sprawia wrażenie upośledzonego umysłowo). W tym czasie Jake Gyllenhaal, czyli detektyw Loki, który zajebiście się nazywa i prowadzi śledztwo w sprawie zaginionych dziewczynek, sprawdza adresy notowanych przestępców seksualnych, aby obczaić czy przypadkiem nie mają czegoś wspólnego z zaginięciem. No i odwiedza lokalnego księdza (bo każdy ksiądz to pedofil) i przypadkiem znajduje w jego piwnicy zwłoki jakiegoś faceta. (Te zwłoki z piwnicy są praktycznie zaraz po ich odnalezieniu kompletne w tym filmie ignorowane - no wiecie: "Hej znaleźliśmy jakiegoś trupa w piwnicy. Chyba zbił go lokalny ksiądz. Sprawa zamknięta, więcej o tym nie wspominajmy i zajmijmy się czymś innym." - ale dużo później oczywiście się okazuje, że martwy facet z piwnicy ma coś wspólnego z zaginionymi dziewczynkami.) Dalej jest scena, w której ludność miasteczka, w którym rozgrywa się akcja, organizuje nocne czuwanie przed domem Jackmana i akurat tak się składa, że w okolicy jest detektyw Loki i nagle spostrzega, że wśród czuwających jest jakiś podejrzany jegomość (David Dastmalchian) i zaczyna go gonić. Ale ten mu ucieka i śledztwo przerzuca się na szukanie tego tajemniczego kolesia. No i w końcu go łapią, bo macał ubranka dla dzieci w lokalnym supermarkecie - czy coś takiego. I kiedy detektyw Loki wchodzi do jego domu, to okazuje się, że to rudera z pomazanymi ścianami, a w sypialni jest pełno walizek wypełnionych ubrankami dla dzieci i wężami. Dastmalchian oczywiście wydaje się być porywaczem i, co więcej, nawet przyznaje się do porwania i zabicia dziewczynek. Ale kiedy na komendzie starają się z niego wydusić gdzie ukrył zwłoki, to odbiera broń policjantowi i strzela sobie w łeb. Wtedy Loki wraca do jego domu (tzn. do domu Dastmalchiana) gdzie CSI sprawdza wszystko w poszukiwaniu jakiegoś śladu dziewczynek. I jeden z CSI-ów mówi Lokiemu coś w stylu: "Nie, to nie on jest porywaczem. Tu nic nie ma. Te bazgroły na ścianach, dziecięce ubranka i węże, to dlatego, że ten koleś (Dastmalchian) sam był porwany za młodu. Ale cudem udało mu się uciec i teraz ma z tego powodu traumę. Tych jego porywaczy nigdy nie złapali, bo faszerowali go dragami i nie pamiętał gdzie go przetrzymywali. Właśnie dlatego był na czuwaniu u Jackmana, bo myślał, że to ci sami porywacze. To wszystko jest opisane w książce o porwaniach takiego jednego agenta FBI i tak się akurat składa, że Dastmalchian właśnie sobie czytał tą książkę. O tutaj jest..." - i pokazuje tę książkę Lokiemu. Podczas tej całej sceny Gyllenhaal ma taką bezcenną minę. Taką, która wydaje się mówić: "Cooooo?!" i w tym momencie widz się z nim kompletnie identyfikuje, bo ogrania nas wrażenie, że to przecież kompletnie nie ma sensu, i że z tego wątku kryminalnego to chyba nic mądrego nie wyniknie. No i nie wynika, bo okazuje się, że sprawcą całego zamieszania jest matka Dano (w tej roli Melissa Leo). A właściwie to nie jego matka tylko ciotka. A właściwie to nie jego ciotka tylko jakaś obca kobieta - bo Dano też był porwany jak był mały. Otóż Leo, w ramach "wojny z Bogiem" (ponieważ jej własny syn zmarł na raka), porywa dzieci od lat. Wcześniej pomagał jej w tym mąż, ale gdzieś zwiał. (Chociaż tak naprawdę to wcale nie zwiał - to on jest tym trupem z piwnicy księdza. Chodził się spowiadać ze swojej "wojny z Bogiem" i ksiądz pedofil go kill'im.) I to właśnie oni kiedyś porwali Dastmalchiana i chyba większość tych osób z książki agenta FBI, którą scenarzysta dosłownie wyjął z dupy podczas tej sceny, o której wcześniej wspomniałem.

W zamyśle, to chyba miało być takie mroczne i wstrząsające: rodzina, którą skrzywdził los teraz sama krzywdzi inne rodziny napędzając spiralę nieszczęść, tragedii, przemocy i inne tym podobne pierdoły. Ale tak naprawdę to mamy tutaj małżeństwo, które porwało mnóstwo dzieciaków i dawało im jakieś narkotyki, a potem część z nich chyba zabiło, część wychowało jak swoje dzieci, cześć im uciekło, a część trzymało w dziurze, którą mieli na podwórku. Trudno powiedzieć jak tego dokonali, ale ponieważ scenarzysta wykreował im świat gdzie autentycznie nikt nie postępuje wg czegoś co można by określić jako jakąkolwiek logikę, to możemy zakładać, że to wcale nie było takie trudne.

However...

Jakby tak ogarnąć tą imprezę całościowo, to trzeba jednak zaliczyć ten film do udanych. A to za sprawą tego, że wszyscy poza scenarzystą włożyli naprawdę sporo wysiłku, żeby to dzieło wydawało się lepsze niż jest w rzeczywistości. Roger Deakins, jako reżyser obrazu, sprawił, że ten film wygląda pięknie - tzn. sprawił, że wygląda paskudnie, zimno, brudno, ponuro, obskurnie i dołująco. Aktorzy wznoszą się na wyżyny, żeby absurdalne postacie wydały nam się ciekawe i wielowymiarowe - i raczej im się to udaje. Tutaj na uwagę zasługują zwłaszcza Gyllenhaal i Jackman (fakt, że scenariusz daje im największe pole do popisu) grający dwóch prostych, twardych, męskich mężczyzn czynu, którzy odpowiadają desperackim gniewem, gdy ich proste, twarde, męskie czyny okazują się nieskuteczne w sytuacji, przez którą wszyscy wokół popadają w bezsilną rozpacz. Prisoners jest wart obejrzenia dla samych kreacji tych dwóch panów.

I w ten oto sposób można powiedzieć, że film z b-klasowym scenariuszem doboksował się noty: 3-...

Over and out.
-----

OUTRO MUSIC



The Boys Of Summer, Don Henley