środa, 26 listopada 2014

muzyczna środa #3


Czołówka serialu Street Hawk, Tangerine Dream


Le Parc (L.A. - Streethawk), Tangerine Dream

Ach, stare dobre czasy kiedy telewizja była telewizją. Nie to co dziś, jakiś doktor House of Cards! Kto to w ogóle ogląda!?

-----

A skoro mowa o telewizji... Warto wspomnieć, że 14 listopada zmarł Glen A. Larson - producent telewizyjny odpowiedzialny za wiele nieśmiertelnych hitów małego ekranu, m.in. Knight Ridera i (koprodukowanego razem z Donaldem P. Bellisario) Magnum, P.I.

Jak dla mnie Larson jest także ważny dzięki Buck Rogers in the 25th Century, którego pełnometrażowy film/odcinek pilotowy jest jednym z moich osobistych VHS-owych klasyków. A także Battlestar Galactica i The Highwayman, które za mego dzieciństwie były zsyłane na Ziemie z mrocznych odmętów przestrzeni kosmicznej. Niczym tajemne wiadomość od Boga, do rozszyfrowania których niezbędne było wzniesienie ku niebu owalnej anteny zdolnej przekształcać niewidzialne sygnały w mistyczne wizje pełne postaci komunikujących się ze pomocą obcych języków...

RIP Glen A. Larson





\\klik klik// Buck Rogers in the 25th Century \\klik klik//



piątek, 14 listopada 2014

Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Chyba? - "Killers/Kirazu"

Od jakiegoś już czasu mam w planach zabranie się za pisanie krótszych recenzji filmowych. Bo te długie, które tu zamieszczam, są raczej do dupy. Tak zaraz po publikacji, kiedy ocieram z uśmiechem pot z czoła i mówię: "No, skończyłem", to mi się nawet podobają. Ale po tygodniu (czasami krócej, czasami dłużej) kiedy looknę sobie szybko na jakąś żeby się podbudować tym jaki to jestem twórczy i zajebiście znam się na filmach, to zawsze kończy się tym, że grzebie swoją twarz w dłoniach i, po cichu, łkam nad tym jakim jestem idiotą...

Ok, tzn. to nie jest do końca prawda. Gdybym naprawdę tak robił, to pewnie byłoby trochę dziwne. Ale faktem jest, że wracają po jakimś czasie do swoich postów zawsze odpuszczam sobie lekturę po paru zdaniach, stwierdzam, że tego się nie da czytać i włączam sobie na YT jakieś filmy ze śmiesznymi zwierzętami, czy coś takiego.

Do tej pory takie mocowanie się z własnymi blogo-wypocinami było elementem mojego procesu twórczego. Najpierw coś pisałem. Potem to co napisałem przestawało mi się podobać, więc rezygnowałem z dalszego pisania na jakiś miesiąc albo dwa, bo najwyraźniej jestem wybitnym antytalentem pisarskim. Potem sobie myślałem, że skoro przez miesiąc albo dwa nic nie pisałem, to z pewnością, po tym czasie, w jakiś magiczny sposób, moje umiejętności wzrosły i znowu zaczynałem pisać (zdaję sobie sprawę, że w moim myśleniu nie ma zbyt wiele logiki, więc nie musicie mi tego wypominać). I znowu bylem rozczarowany efektami. I znowu robiłam sobie przerwę. I tak w kółko. Póki co ta metoda bardzo dobrze mi służyła, dzięki niej byłem w stanie prowadzić tego bloga przez jakieś dwa lata, mniej więcej (tzn. jeśli założymy, że publikowanie posta co dwa miesiące jest prowadzeniem bloga). I wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że ostatnio coś zaczęło mi z nią (tą metodą, znaczy się) zgrzytać. Teraz moje blogowa twórczość zaczyna mnie irytować już w trakcie tworzenia, a nie po ukończeniu i opublikowaniu w postaci posta. Przez co kilka moich tekstów leży odłogiem na dysku twardym i czeka na przysłowiowe "kropki nad i", które bardzo prawdopodobnie nigdy się nie pojawią.

I tu wracamy do pisania krótszych recenzji. Otóż ostatnio stwierdziłem, że jeśli odpowiednio skondensuj treść swoich krytyczno-filmoznawczych wypowiedzi i uporam się z ich ukończeniem nim ogarnie mnie nieuniknione obrzydzenie, które będzie się pojawiać na ich widok, to uda mi się ponownie osiągnąć względną systematyczność w ich publikowaniu. (Nie mam jakichś szalenie ambitnych aspiracji w tej dziedzinie - myślę, że jedna/dwie recki na miesiąc by mnie w pełni zadowalały.) No ale niestety, zawsze miałem problem ze zwięzłym pisaniem. I zupełnie nie rozumiem dlaczego, kiedy w prawdziwym świecie z kimś rozmawiam, to zwykle mówię dwa albo trzy zdania, a potem gapię się tępym wzrokiem w jakiś punkt na horyzoncie i czekam aż mój interlokutor przestanie się mną interesować i sobie pójdzie. Ale gdy wyjmiemy z równania ten mały czynnik międzyludzkiej interakcji i moje słowa lecą w abstrakcyjny bezkres internetu, to robi się ze mnie mały gaduła, co skutecznie zabija wszelkie próby spójności i streszczania się. Aby temu przeciwdziałać i nauczyć się wreszcie pisać te krótsze recenzje powołuje do życia: "Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Chyba?" (tytuł roboczy), czyli specjalną, nieregularnie ukazującą się kolumnę z recenzjami, w której zamierzam rygorystycznie przestrzegać pewnych zasad.

Te zasady co to będę ich tak przestrzegał są następujące: będę pisał tylko o filmach, które mi się podobały albo coś mi się w nich podobało; nie będę wystawiał ocen - rzeczy, o których będę tutaj pisał mi się podobają, czyli w mojej skali są gdzieś tak miedzy 2+ -- 4 (włączenie), ale nie będę im przypisywał ocen w tekście; będę pisał tylko krótko co to za film, o czym jest i co mi się w nim podobało; i żadnych innych bzdur...

Tzn., no dobra, pewnie będzie trochę bzdur. Ale tak mało... No, mniej niż zwykle...

Ok, no to zobaczmy jak mi pójdzie :)

-----

Killers / Kirazu (2014), reż. Kimo Stamboel, Timo Tjahjanto, IMDb, FILMWEB, trailer.
Obiektywnie, ten film pewnie nie jest najlepszy. A może jest całkiem dobry? Właściwie to trudno powiedzieć. Kończy się sceną, w której jeden z bohaterów mówi drugiemu: "Czy teraz już rozumiesz!?". I w tle leci muzyka klasyczna. I jest slowmo. I jeśli to pytanie było kierowane też do nas, widzów, to ten film nie jest zbyt dobry, bo nie ma w nim zbyt wielu mądrych rzeczy, które rzeczywiście miałyby skłaniać do jakichś głębszych introspekcji, czy rozumienia czegokolwiek. Ale jeśli ta scena miała być żartem twórców (a mi się wydaje, że mogła być), to w sumie jest nawet śmieszna :)

Reżyserami KillersMuhammad "Kimo" Stamboel i Timothy "Timo" Tjahjanto (ten drugi pracował też przy scenariuszu), którzy ze względu na częste wspólne kolaboracje znani są także jako "bracia Mo". Obaj są z Indonezji i nie jestem specjalnie obeznany z ich twórczością. Ale prawdę mówiąc, nie ma się za bardzo z czym obeznawać, bo do tej pory ich jedynym długograjem było Rumah Dara (albo Macabre): krwawy slasher, który, jeśli się nie mylę, jest spin-offem shortu będącego oryginalnie częścią indonezyjskiej horror antologii: Takut: Faces of Fear. I to by było na tyle gdyby nie to, że Timo, który jest chyba tym bardziej pracowitym bratem, dorzucił do swojej filmografii dwa kolejne shorty, które tym razem ukazały się w, ostatnio licznie powstających, amerykańskich horror antologiach. Jednym z tych shortów było "Safe Haven" z V/H/S/2, nakręcone do spółki z - odpowiedzialnym za The Raid: Redemption i The Raid 2: Berandal, rezydującym w Indonezji, walijskim reżyserem - Garethem Huw Evansem. Evans jest też producentem Killers, a aktorzy grający głównych bohaterów - Kazuki Kitamura i Oka Antara - pojawili się w Berandal. Co więcej, zapowiedziany już najnowszy film Timo: The Night Comes for Us, również jest produkowany, a także współ-scenariuszowany, przez Evansa. Jeśli zastanawiasz się, drogi czytelniku, dlaczego właściwie zanudzam cię tymi mało użytecznymi informacjami, to odpowiedź jest prosta. Otóż oba Raidy są jak dla mnie najlepszymi filmami jakie kiedykolwiek powstały, a to że Evans ma zioma, z którym dość regularnie współpracuje było jednym z powodów, dla których zainteresowałem się filmem braci Mo.

Jak poczytać o Killers, to opis fabuły, który często się przewija sugeruje, że jest to historia dwóch seryjnych morderców, którzy zostają internetowymi "penpalami" (jeden z nich mieszka w Dżakarcie, a drugi w Tokio), po czym wywiązuje się między nimi duch rywalizacji i współzawodnictwa co skutkuje dużą ilością przemocy i śmierci. Takie streszczanie filmu nie jest wprawdzie fałszywą reklamą, bo mniej więcej coś takiego się rzeczywiście dzieje, ale to nie jest też do końca prawda. Tak naprawdę, seryjny morderca jest tylko jeden - ten z Tokio. Nomura (Kazuki Kitamura), który, na pierwszy rzut oka, jest kolesiem trochę w stylu Hannibala Lectera: wpływowy, bogaty, a man of wealth and taste, tylko że lubi sobie zaprosić do domu dziewczynę i połamać jej czaszkę młotkiem. Ten drugi, Bayu (Oka Antara), właściwie jest normalnym facetem, tylko że aktualnie życie mu się niefortunnie układa: zawodowo (jest dziennikarzem), zadarł z wpływowymi ludźmi i ci zniszczyli mu karierę, a ciepło domowego ogniska go nie grzeje, bo żyje w separacji z żoną (Luna Maya). Tak że, Bayu, nie jest socjopatą, tylko jest po prostu wkurwiony i sfrustrowany. Znajomość między dwoma panami wywiązuje się gdy Nomura umieszcza na internecie filmik z wspomnianego wyżej "majsterkowania przy głowie kompanki". Bayu go ogląda i gdy później, w obronie własnej, uśmierca dwóch rabusiów, również postanawia uwiecznić ich ostatnie chwile i zamieścić w sieci. To z kolei rodzi ciekawość Japończyka, który pragnie poznać swojego naśladowcę. I w skrócie, panowie kontaktują się przez (filmową wersję) Skype'a i Bayu, z drobnymi oporami, postanawia słuchać rad nowego kolegi jak być dobrym violent killerem, a potem wykorzystać tę nowo zdobytą wiedzę i swoje predyspozycje w walce ze zbrodnią i niesprawiedliwością. (Głównie niesprawiedliwością wymierzoną przeciwko niemu samemu - czyli będzie zabijał ludzi, którzy zniszczyli mu karierę, o których było wyżej.)

Kiedy czytacie to streszczenie to pewnie brzmi trochę głupio. No i w rzeczywistości film właśnie taki jest - głupi, znaczy się. Tzn. tak naprawdę to podczas seansu, mi się taki nie wydawał, ale wystarczyło usiąść po napisach końcowych i sobie na spokojnie jeszcze raz przemyśleć parę scen, żeby ostatecznie dojść do wniosku, że to całe przesłanie o uniwersalnym mroku duszy, który drzemie w tych dwóch na pozór diametralnie różnych osobowościach nie jest tak do końca brane na poważnie. A przynajmniej nie aż tak jakby chciały tego niektóre jednostki rozpisujące się o tym dziele na internecie. Tym, co skutecznie niweczy psychologiczną głębię tych postaci są np. sceny, w których Bayu przekształca się z przegranego ojca i męża w żądnego krwi morderce. Film portretuje go jako człowieka skłonnego do impulsywnych i niezbyt mądrych zachowań, a gdy włącza mu się killer mode, to przedstawione jest to narastającą serią nagłych montażowych cięć, coraz bardziej trzęsących się kadrów i atonalnych pejzaży dźwiękowych, które najczęściej łączą się ze scenami gdzie Bayu dostaje migren, zwidów i czasami traci nad sobą kontrolę. Np. uświadamia sobie, że nagrał i wrzucił na internet śmierć kolesia, który próbował go okraść dopiero, kiedy budzi się we własnym domu. Nie ulega wątpliwości, że zobrazowanie tego w ten sposób jest dynamiczne, wizualnie ciekawe i niesie w sobie pokłady pulpowej poetyki, ale też trochę bawi w zderzeniu z trzecim aktem, gdzie Bayu nagle wyrzeka się swoich psycho-jazd i na powrót staje się przykładnym ojcem i mężem.

Ale moim celem tutaj nie jest wcale nakłaniania do hejtowania tego filmu, bo te wszystkie kuriozalne pomysły fabularne podlane są szczyptą ponurego i smoliście czarnego humoru, który sprawia, że łatwiej to wszystko przełknąć. Np. wcześniej napisałem, że Nomura jest trochę jak Hannibal Lecter, ale tak naprawdę to nie jest. Tzn. jeśli chodzi o samo zabijanie ludzi, to to ma dobrze obcykane. Ale on stara się też być takim inteligentnym, chłodnym manipulatorem, a to mu już kompletnie nie wychodzi. Każdemu powtarza: "Jesteś taki jak ja", w sensie, że w każdym widzi takiego jak on seryjnego mordercę (coś takiego mówi też Bayu'emu). Ale zawsze się okazuje, że te rzekome podobieństwa, które on widzi, są mocno dyskusyjne i to jego objawienie prawd najczęściej kończy się kłopotami, zarówno dla niego jak i tych, którzy go słuchają. Jeszcze żeby było śmieszniej, to jego szukanie socjopatycznej bratniej duszy wydaje się być motywowane tym, że pod jego twardą skorupą bezwzględnego mordercy skrywa się nieśmiały, ciapowaty chłopaczek pragnący bliskości drugiej osoby, z czego czasami wychodzą zabawne sytuacje. Np. jak Nomura kierowany żądzą mordu zgarnia z ulicy prostytutkę (Mei Kurokawa), ale nagle coś w niej zaczyna mu przypominać jego nową znajomą (Rin Takanashi), która to przypomina mu jego zmarłą siostrę (jedyną osobę, z którą łączyła go, nie do końca jasna, bliska więź), i traci swoją pewność siebie, zaczyna się jąkać i kończy się tym, że dostaje wpierdol od alfonsa. Właśnie tego typu sceny, kiedy killerskie procedery bohaterów są krzyżowane przez różne niespodziewane czy niezręczne sytuacje, i gdy dodatkowo te sytuacje prowadzą do dynamizmu i napięcia charakterystycznego dla azjatyckiego kina akcji i thrillerów - np. ucieczka Bayu przed armią ochroniarzy po spartaczeniu hotelowego zamachu wymierzonego w jednego ze swoich "oprawców"; czy wizyta znajomej Nomura, która zjawia się w jego domu właśnie w chwili, gdy ten ma zamiar zabrać się za swoją kolejną ofiarę... - powodują, że ten film staje się czymś w stylu makabrycznej komedii omyłek, w której zamiast slapstikowych upadków i śmiesznych min, jest dźganie się ostrymi narzędziami, rażenie prądem i podpalanie... Czyli jest wart obczajenia, innymi słowy.

-----


Games Without Frontiers, Peter Gabriel