piątek, 5 grudnia 2014

Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Chyba? - "Hitman"

Hitman (2007), reż. Xavier Gens, IMDb, FILMWEB, trailer.
Nie jestem do końca pewien co ludzie czytający tego bloga myślę sobie o moim guście filmowym, ale jeśli wśród odbiorców mego, szalenie elokwentnego, przesłania krytyczno-światopogładowego są jednostki, które uważają, że powinienem nad nim (tzn. tym całym gustem), delikatnie mówiąc, trochę popracować, to dzisiejsza recenzja tylko ich w tym utwierdzi. Bo o omawianym tu filmie nie wypada się ciepło wypowiadać w dobrym towarzystwie... No chyba, że ktoś chce się narażać na śmieszność.

O ile się nie mylę, to chociaż za Hitmanem przemawia sukces w box office, reżyser tego dzieła, Xavier Gens, ogólnie, wśród społeczeństwa, jest bardziej znany jako twórca Frontière(s). Ja osobiście cenie go bardziej za drugi film, ale oczywiście rozumiem z czego wynika zaistniała sytuacja. Gens nie miał możliwości sfinalizowania swojej wizji, gdyż został zwolniony przez producenta (20th Century Fox), a jego praktycznie ukończony film został przemontowany, z wplecionymi, nowo nakręconymi scenami, przez Nicolasa de Totha... Podobno w celu (nieudanej) próby zdobycia, marketingowo wygodniejszego, PG ratingu. A pomijając dziwne reżyserskie roszady, przypuszczam, że już samo zgłoszenie się Gensa do tego typu produkcji mogło budzić u niektórych zdziwienie. Jeżeli ktoś rozpocznie karierę brutalnym, texas-massacre'owym, kanibalistyczno-nazi-xploiterem z polityczno-rasowym podtekstem, który dodatkowo legitymuje się przynależnością do, modnego i cenionego, galickiego nurty kina ekstremistycznego spod znaku horroru i okolic, a następnie, jeszcze tego samego roku, sygnuje swoim nazwiskiem ekranizację gry komputerowej, to raczej z góry wiadomo co wzbudzi większe emocje. Fani Frontière(s) pewnie bez skrupułów uznali to za błyskawiczne zaprzedanie duszy i ciała w celu lukratywnego, ale pozbawionego "artystycznych" wartości, wytwarzanie papki dla bezmózgich, hamburgero-żernych Amerykanów, i nie dali drugiemu dziełu Gensa żadnych szans. No i w sumie trzeba przyznać, że fabuła Hitmana nie za bardzo przeczy takim, krzywdzącym, stereotypom.

Film opowiada o Agencie 47: nieuchwytnym, łysym killerze, wychowanku i zbrojnym ramieniu jednej z tych super-tajemnych organizacji, których można doświadczyć bez liku w tego typu fikcji. (No wiecie, takiej co to jest tak tajna, że nikt o niej nic nie wie, i my jako widzowie też się za wiele o niej nie dowiemy. Ale możemy założyć, że musi mieć poważny wpływ na zakulisowe rozgrywki światowej polityki i biznesu, gdzie w celu utrzymania wszystkiego w ryzach wykorzystuje się, z chirurgiczną precyzją, jej prywatną armie łysych agentów... ) Nasz bohater zostaje wysłany z misją do Rosji, gdzie jego celem okazuje się być tamtejszy prezydent... Czy burmistrz... A może to był król? ... Ok, muszę się przyznać, że niewiele pamiętam z fabuły. Był to mój świadomy wybór, po prostu uznałem, że zagłębiając się w zawiłości scenariusza wyjdę z tego z poczuciem zmarnowanego czasu, więc zwyczajnie odpuściłam sobie zwracanie uwagi na narracyjne zakręty. Z tego co zapamiętałem to Hitman uśmierca króla, ale okazuje się, że ten miał przygotowanego sobowtóra, który przejmuje po nim władzę. Wtedy supertajny pracodawca zdradza łysego herosa, wobec czego ten porywa osobistą prostytutkę/seksualną niewolnice króla i wciąga ją w bondowski travelogue skupiający się na Rosji, Bliskim Wschodzie i okolicach. Oczywiście wszystkiemu towarzyszy krwawe rozprawienie się z agentami wrogiego mocarstwa i innymi typami spod ciemnej gwiazdy. Innymi słowy, choć ogólnie nie mamy tu do czynienia z czymś co grzeszy nadzwyczajną oryginalnością, to w praktyce jest dostatecznie ekscytujące. Jednak silne strony filmu znajdują się, że tak powiem, gdzie indziej.

Odtwórcy głównych ról to Timothy Olyphant, jako tytułowy Hitman (ten pan będzie znany co poniektórym dzięki serialom Deadwood i Justified, a także czwartej odsłonie Die Harda... no wiecie, tej chujowej, reżyserowanej przez Lena Wisemana), i Olga Kurylenko, w roli osobistej prostytutki/seksualnej niewolnicy. W związku z ich kreacjami nasuwa się kilka, nie do końca jednoznacznych, wniosków. Olyphant, na przykład, początkowo wydaje się być wybitnie nieodpowiedni do powierzonej mu roli i strasznie dziwnie wygląda z łysą pałą, ale im dalej w film, tym - z nie do końca zrozumiałych dla mnie przyczyn - bardziej mnie do siebie przekonywał. Kurylenko natomiast, niby odgrywa tu typ postaci, który nie jest jej obcy. Filmowy dorobek tej Ukrainki, z grubsza, opiera się na wcielaniu się w atrakcyjne kobiety, które biegają za przystojnymi i męskimi bohaterami kina akcji - na tym polegał jej udział w niedocenianych Quantum of Solace i Oblivion. I jeśli mam być szczery, to lubię tę aktorkę za takie występy. Nie jest to wdzięczny sposób na robienie kariery, ale Kurylenko chwyta te role obiema dłońmi i wyciska z nich wszystko co się da, dzięki czemu grane przez nią postacie nie są tylko ładnym tłem (co na ogół jest typowe dla kobiet pojawiających się w takich produkcjach), ale właśnie wyrazistymi i ciekawymi postaciami. Po Hitmanie moja opinia o niej się nie zmieniła, ale kurcze, jak na dłoni widać, że twórcy tego filmu zaangażowali ją mając bardzo konkretną wizję w głowie. Wizję która opierała się o następujące, bardzo konkretne, punkty: (a) czy będzie dobrze wyglądać w ostrym makijażu i z tatuażem na policzku?; (b) czy będzie dobrze wyglądać w rozmazanym makijażu (bo będzie musiała dużo płakać)?; (c) czy będzie dobrze wyglądać klnąc po rosyjsku podczas gdy ktoś będzie ją wpychał do samochodowego bagażnika?; i (d) czy będzie dobrze wyglądać nago będąc smagana biczem przez obleśnych rosyjskich oligarchów?

Hitman to oczywiście przede wszystkim film akcji, więc pewnie wypadałoby coś o tej akcji wspomnieć. Z tej strony, widać tu przede wszystkim post-matrixową spuściznę, w której bohater wkracza pewnie, powolnym (spowolnionym) krokiem do stylowo umeblowanych lokacji i, z kamienną twarzą, dmucha w przeciwników gradem pocisków wydobywającym się z 2, dzierżonych w dłoniach, gnatów. Antagoniści dzielą się na: klony Agenta 47, czyli łysych, odzianych w czarne garnitury dżentelmenów z wytatuowanymi na szyi kodami kreskowymi; rosyjskich handlarzy bronią, którzy wolne chwile spędzają leniwie rozciągnięci na skórzanych kanapach, otoczeni wianuszkiem roznegliżowanych, narkotycznie-odurzonych pań; oraz zakutych w kevlarowe pancerze elitarnych szturmowców, u których dehumanizacja podkreślana jest insektoidalnym poruszaniem się w grupach i robotycznym, czerwonym blaskiem dobywającym się z noktowizyjnych obiektywów wchodzących w skład ich, osłaniających twarze, masek (… no wiecie, jak u Mamoru Oshiiego). To wszystko podane jest z dużą ilością przemocy i bryzgającej juchy. Prawie każdy wystrzelony, z pistolecika z tłumikiem, pocisk dosięgając celu wywołuje efekt chluśniętego na ścianę wiadra posoki. (Bez wątpienia, tym sposobem Gens chciał pokazać, że nie odciął się od swoich ekstremistycznych korzeni.) Pewnie należałoby też wspomnieć, że jeśli ktoś zalicza się do grona graczy/kinomanów, dla których wyznacznikiem jakości ekranizacji gry komputerowej jest to jak wiernie taka ekranizacja trzyma się materiału źródłowego, to takie indywiduum może bez obaw siadać do Hitmana. Wprawdzie dawno już w te gry grywałem, ale film bez dwóch zdań przypomniał mi parę patentów i scen, które przeżyłem już wcześniej na ekranie komputera.

No i to wszystko pięknie, ale i tak najfajniejszym elementem Hitmana jest to jak przedstawiono kiełkująca miłość między Agentem 47 i Kurylenko. Jak można się domyślić, patrząc na to, co napisałem o roli, którą ma do zagrania Olga, jest pod tym względem trochę seksistowsko. Właściwie można powiedzieć, że taki seksizm w relacjach damsko-męskich jest tutaj wręcz wymogiem gatunku. W końcu film jest bondowski. Ale w bondach ten seksizm jest jednak trochę inny - bardziej staroświecki. Mamy tam starszego kolesia, który nie znosi kobiet i nie znosi tego, że biorą się za męskie zajęcia (pełne przygód, niebezpieczeństw i szpiegowania), do których się kompletnie nie nadają. No i używa swojego penisa aby zademonstrować jak bardzo się do tych zajęć nie nadają. Jak ktoś oglądał jakieś bondy to wie o co chodzi. Klasycznym przykładem jest to, że w prawie każdym filmie serii Agent 007 sypia z jakąś asystentką, pomocnicą, czy dziewczyną złoczyńcy i swoimi ponadprzeciętnymi łóżkowymi umiejętnościami przekabaca ją na swoją stronę, co w efekcie sprowadza na nią tragiczny koniec (np. zostaje pokryta złotem). A nawet jeśli nie dochodzi do zmiany frontu, to James i tak jej (swoim penisem) mózg zresetuje (Fatima Blush anyone?). W Hitmanie jest pod tym względem bardziej... hmm, purytańsko... ? Agent 47 z powodu wychowania, które wygląda jak sceny z THX 1138 (a które tak naprawdę są podobno przemontowanymi scenami z serialu produkowanego przez Jamesa Camerona), i które uczyniło z niego perfekcyjnego zabójce jest wyjątkowo niezręczny w kontaktach z płcią piękną. Jego przypadłość jest na tyle poważna, że to co możemy zaobserwować w kwestii interakcji między ekranową parą sprowadza się do tego jak to ona, jako taka odziana w kuse sukienki, rozpasana kusicielka, nachodzi naszego bohatera, ocierając się o niego i eksponując swoje piersi, a ten biedny nie wie co z tym zrobić. Całe szczęście, w końcu jego rycerska wstrzemięźliwość triumfuje nad jej rozwiązłością i Olga zaczyna się nawet tak mniej zdzirowato ubierać. Oczywiście to wszystko jest bardzo głupie, ale można się pośmiać.

Jeśli przeczytaliście to wszystko, to pewnie zastanawiacie się kiedy w końcu zacznę ten film chwalić i polecać, bo na razie brzmi jak 90 minut quasi-bondowsko, seksistowskiej przemocy. Ale ja właściwie nie mam już nic do dodania. Film podobał mi się właśnie dlatego, że był +/- 90 minutami quasi-bondowsko, seksistowskiej przemocy. Mniej więcej czegoś takiego się też spodziewałem. Ludzie odpowiedzialni za tę produkcje mają koneksje z Luciem Bessonem, a wszyscy wiemy jakie on filmy (już od przeszło dekady) wytwarza: Kiss of the Dragon, Transportery, Banlieue 13, Taken, From Paris with Love itd. Wprawdzie Hitman nie jest stuprocentowym benssonowskim action-trash-thrillerem, bo Luc nie ruszał scenariusza, ale Skip Woods to też talent godny uwagi. Jestem przekonany, że laury, które spadły na Davida Ayera za Sabotage należą się też w równym stopniu jemu. A jakby ktoś chciał małej próbki jego umiejętności, to polecam stronę IMDb Thursday - jego reżysersko-scenariuszowego debiutu. No nie wiem, pewnie nie przekonam tą recenzją zbyt wielu ludzi do obejrzenia Hitmana, ale ja byłbym bardzo :( gdyby nie robili już takich filmów. Zwłaszcza teraz, kiedy gawiedź utrzymuje, że szczytem rozrywki są nudne adaptacje komiksów z komputerowo generowanymi, płaczącymi szopami, miło jest siąść przed głupim, mejnstrimowym filmem kasy B, który rzeczywiście jest, na swój pokrętny sposób, rozrywkowy.

-----


Just What I Needed, The Cars

Brak komentarzy: