czwartek, 3 września 2015

środa, 26 sierpnia 2015

muzyczna środa #38


Rumble, Link Wray & His Ray Men


Race With The Devil, Gene Vincent And His Blue Caps


Jack The Ripper, Link Wray And His Ray Men


Honey Hush, The Johnny Burnette Trio


Ace Of Spades, Link Wray And The Raymen


Not Fade Away, The Crickets


Raw-Hide, Link Wray And The Wraymen

piątek, 31 lipca 2015

Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Ale w sumie to nie za bardzo - "Tusk"

Tusk (2014), reż. Kevin Smith, pol. tyt. Kieł, IMDb, FILMWEB, trailer.
Przyjrzymy się dzisiaj filmowi, który szturmem podbił serca widzów i krytyków na całym świecie... Tzn. tak naprawdę to nie wiem, może Tusk (bo o nim mowa) tych serc wcale aż tak dużo nie podbił, ale niektórym się podobał. Buffy, która prowadzi poczytnego horror-bloga, napisała entuzjastyczną recenzję i umieściła go tuż poza podium swojego rocznego zestawienia. Simply, samotny rewolwerowiec komentarzy blogowych (od niedawna publikujący na TBTS-ie), także nie szczędził pochwał. Człek zwany Śmiercią również zamieścił powyższy tytuł w swoim rocznym podsumowaniu. Natomiast Surgeon może wyrażała się odrobinę chłodniej, ale mimo to uznało to dzieło za godne polecenia. A więc to są aż... eee... cztery osoby! Sami widzicie, zachwyt i uznanie na całej linii... Ok, na pierwszy rzut oka ta liczba nie oszałamia, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że w sumie znam - internetowo - z jakieś osiem osób, które specjalizują się w horrorach, w tym m.in. tą czwórkę, to to wcale nie jest aż tak mało. Chyba? ... Jakby nie było, w każdym razie ja pomyślałem sobie, że spróbuję utemperować trochę te powszechne zachwyty.

Ale po kolei, najpierw przygotujcie się na garść informacji dotyczących tej produkcji.

Gdybyście nie wiedzieli, to za reżyserkę, pomysł i scenariusz odpowiada Kevin Smith, który, jak wiadomo, był w latach 90. prominentną osobą w amerykańskim środowisku filmowym. Jako młody, niezależny scenarzysta/reżyser/auteur/samouk znikąd zyskał szybką, oszałamiającą popularność, która postawiła go, obok Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza, w nowej ekscytującej fali amerykańskich filmowców i dała wierne grono młodej entuzjastycznej publiczności. Szumne hasła w stylu "głos pokolenia" zostały rzucone, nowe aktorskie gwiazdy odkryte i wypromowane (to chyba Smith jest uznawany za kowal sukcesu Bena Afflecka i... no wiecie, tego drugiego), a barwna kariera trwała w najlepsze, wraz z mniej lub bardziej typowymi wzlotami i upadkami. Jednak te naprawdę dobre czasy skończyły się gdzieś tak w okolicach 2009, kiedy Smith zaliczył serię kasowych flopów i Bruce Willis był względem niego bardzo niemiły podczas pracy na planie. To w efekcie doprowadziło do frustracji, porzucenia hollywoodzkich majorsów i przejścia na częściową filmowo-reżyserską emeryturę. Po tym Smith znalazł sobie inne celebryckie zajęcia, które od tej pory miały dominować w jego twórczo-publicznym życiu. Były to m.in. własny reality show i rosnące w siłę podcasterskie imperium. A tak się składa, że Tusk, recenzowany tutaj film, również opowiada o młodym człowieku (granym przez Justina Longa [Galaxy Quest; Waiting...; Herbie: Fully Loaded]), który, zgnębiony meandrami i niepowodzeniami kariery komika, znajduje się obecnie w zawodowym zenicie właśnie za sprawą odkrycia się na nowo w podcasterskim medium.

Podcasty, jakby ktoś nie wiedział, to, głównie, takie luźne gadane audycje radiowe, tylko że zamiast słuchania w radiu ściąga się je z internetu. Idąc dalej tym radiowym porównaniem, podcast Longa jest z grubsza, a przynajmniej tyle ile z niego widzimy, jak audycje Howarda Sterna, Opie'ego i Anthony'ego albo z naszego podwórka... eee... Nie wiem? Wojewódzkiego z Figurskim, może? Czyli mam tutaj na myśli to, że odznacza go (tzn. tego filmowego podcasta) niewybredny humor i naśmiewanie się z różnych osób czy sytuacji (często zaczerpniętych z youtubowych filmików). Główny bohater wydaje się być całkiem szczęśliwy w pełni akceptując swoją personę rozbawionego wrednego śmieszka prowadzącego popularny program i czerpiącego z tego różne - nie do końca czyniące go sympatyczną osobą - korzyści. Widzimy m.in. jak w celu pozyskania świeżych materiałów do obśmiania, nie zważając na uczucia innych, udaje się do Kanady, gdzie poprzez serię zbiegów okoliczności spotyka Michaela Parksa (Twin Peaks; Death Wish V: The Face of Death; Walker, Texas Ranger). Te zbiegi okoliczności okazują się nie należeć do najszczęśliwszych, bo Michael Parks to pojebany psychopata z obsesją na punkcie morsów (ssaków morskich; nie osób uprawiających zimowe kąpiele w wodzie), który ma względem Longa mało przyjemne, body modyfikujące, plany.

Ciekawe jest tutaj to, że film nie tylko opowiada o podcasterze, który wyśmiewa innych, ale został też wymyślony podczas prawdziwego podcastu, w którym prowadzący się z czegoś wyśmiewali. W tym wypadku, tym czymś było internetowe ogłoszenie oznajmiające, że właściciel mieszkania zaoferuje wolne od czynszu lokum jeśli najemca zgodzi się, ku uciesze gospodarza, przebierać na kilka godzin w kostium morsa. Smith i Scott Mosier (długoletni producent Smitha, z którym współpracuje od czasów swojego debiutu) hipotezują podczas swojej rozmowy o tym jak mogłaby wyglądać taka sytuacja mieszkaniowa i o stanie umysłu, i motywach, kierujących tym internetowym entuzjastą zwalistych ssaków morskich. Dochodzą tym sposobem do pomysły na film, który ma przypominać The Human Centipede, a następnie proszą swoich słuchaczy o zadeklarowanie, czy życzą sobie aby taki film powstał i obiecują spełnienie ich woli. No i jak widać, większość słuchacze życzyła sobie aby powstał, no bo oto jest.

Ok, skoro już jesteście uzbrojeni w tą podstawową wiedzę, to mogę wam już powiedzieć dlaczego ten film jest średnio dobry.

Tym co na początku rzuca się w oczy jest to, że Smith już ostatnio coś takiego nakręcił. Wcześniej napisałem, że reżyser jest obecnie na częściowej emeryturze, ale słowo "częściowej" jest tutaj kluczowe, bo to wcale nie znaczy, że przestał robić filmy. Produkcje sygnowane jego nazwiskiem wciąż powstają, tylko że za mniejsze pieniądze, bardziej niezależnie i z większą swobodą artystyczną. Na takich warunkach nakręcił, wydanego w 2011, Red State - satyrycznego horror akcyjniaka - i zarówno Red State jak i Tusk mają w obsadzie Michaela Parksa grającego niebezpiecznego, dziwacznego świra, a także zaskakująco nieskrępowaną swobodę w umieszczaniu bohaterów w sytuacjach, które szybko źle się dla nich kończą. Poza tym, Red State miał nagłe pojawienie się Johna Goodmana (Matinee; Death Sentence; Transformers: Age of Extinction) w drugiej połowie filmu, a Tusk ma tak z Johnnym Deppem (Cry-Baby; Fear and Loathing in Las Vegas; Into the Great Wide Open). Red State miał tanią strzelaninę, który wygląda jakby mogła być w The Marine 3: Homefront, a Tusk ma tani kostium morsa zrobiony przez Roberta Kurtzmana (Predator; From Dusk Till Dawn; Wishmaster). No i oba filmy cechuje bardzo wyraźne celowanie w bycie budzącym skrajne reakcje dziełem kultowym, które dla mnie osobiści pachnie desperacją i niedojrzałością, i które owocuje czymś, co wydaje się być puste i pozbawione treści.

Z tego co spostrzegłem, to niektórzy fani upierają się, że treści i przesłania tu jednak są, ale ja, podczas seansu, co i rusz drapałem się po głowie i zadawałem sobie pytanie, czy rzeczywiście można traktować porwanie i przemianę głównego bohatera w morsa jak jakiś poważny moralitet, w którym protagonista płaci za swoją niefrasobliwość i przywary? Bo mi się to jakoś nie widziało, a film jakby starał się mnie przekonać, że jednak - pomimo całej absurdalności scenariusza - można. Całe szczęście ten dylemat został rozwiany wraz z pojawieniem się napisów końcowych, gdzie widz ma okazje posłuchać fragmentu podcasterskiej rozmowy, która spłodziła ten twór. Otóż, jak się okazuje, całe to dramatyzowanie i powaga przebijająca się w tej szalonej historii jest kolejną zgrywą twórców - więc treści i przesłania tu raczej nie ma, jest tylko takie dowcipne: "Hej, facet zmieniający ludzi w morsy jest całkiem zabawny, ale jeśli potraktujemy to zmienianie poważnie, z gore, traumą ofiary i smutną muzyką w tle, to wtedy to będzie jeszcze zabawniejsze." - z tym że jak dla mnie to raczej nie wypaliło. Co nie znaczy, że nie rozumiem logiki stojącej za takim humorem albo że film nie jest śmieszny. Bo jest. Ale głównie w związku z tradycyjnymi zagrywkami Smitha, tj. wulgarnymi i/lub pojechanymi dialogami i sytuacjami (jak np. scena kiedy postać odgrywana przez Deppa rozmawia z udającym upośledzonego Parksem... no wiecie, ta która wydaje się być zaimprowizowana, bo rozłazi się jak scena między Chasem i Murrayem w Caddyshack), i to jest nawet śmieszne, ale łączenie komedii z horrorem nie wychodzi tu IMO zbyt dobrze. W związku z tym film wydał mi się raczej hermetyczny. Rozumiem, że słuchacze Smithowych podcastów, którzy zrywali boki zapoznając się z pomysłem i potem glosowali za jego zekranizowaniem, mogą być tym wszystkim zachwyceni. Albo to że sam Smith, po całym przedsięwzięciu, odzyskał wiatr w kinematograficznych żaglach i zaraz zabrał się za tworzenie kolejnych dwóch czy trzech filmów o podobnej estetyce. Ale dla nieobleczonego takim bagażem odbiorcy Tusk może być głupi i bez sensu.

-----


Jabberwocky, Donovan


The Walrus and the Carpenter, Donovan

czwartek, 25 czerwca 2015

komediowy czwartek #32






Morgan Murphy

Robię sobie przerwę w publikowaniu tych postów. Następna muzyczna środa i komediowy czwartek będzie dopiero za jakieś 2 albo 3 tygodnie.

środa, 24 czerwca 2015

muzyczna środa #32




Sabotaggio, Calibro 35 vs Beastie Boys


Get Carter, Calibro 35




Prologue, Calibro 35


Ragazzo Di Strada, Calibro 35 (Feat. Manuel Agnelli)

Calibro 35 to włoscy retro jazz funk greats coverujący i grający autorską muzykę inspirowaną soundtrackami do filmów poliziotteschi... Co oznacza w praktyce, że gdyby Steven Soderbergh kręcił kolejny film o Dannym Oceanie, a David Holmes nie miałby czasu, żeby stworzyć do niego muzykę, to ci kolesie by się nadawali, żeby go zastąpić.

Linki na bandcampa:
https://calibro35.bandcamp.com/music
https://calibro35rk.bandcamp.com/

środa, 3 czerwca 2015

muzyczna środa #29

(Kurka wodna. Wybaczcie, że w tym tygodniu tak późno, ale przez cały dzień mi się wydawało, że dzisiaj jest piątek.)


Am I Demon, Danzig


She Rides, Danzig

wtorek, 2 czerwca 2015

varia #3 - takie tam bzdury o superbohaterach i o byciu dupkiem na internecie, które wynudzą i zirytują normalnych ludzi mających zdrowy stosunek do swojego śmiesznego hobby (bez jaj, jeśli nie chcecie czytać wypowiedzi - teoretycznie - dorosłych facetów wymądrzających się na tematy, które nikogo nie obchodzą, to unikajcie tego tekstu)

Nie jestem nawet do końca pewny po co tutaj to zamieszczam. Napisałem to ponad tydzień temu i pomyślałem sobie, że cały temat nie jest tak naprawdę nikomu potrzebny, ale że akurat mi się nudzi to co tam...

No więc czytam sobie taki blog o popkulturze, co to się nazywa Mistycyzm popkulturowy (jest w mojej blogrolce) i ogólnie to jest całkiem dobry blog - dobrze pisany, z charakterem i mocnym punktem widzenia. Warto na niego zaglądać jak ktoś jest zainteresowany filmowymi adaptacjami komiksów, grami komputerowymi i różnymi geekowymi pierdołami, tylko że parę tygodni temu dostałem tam bana za komentarze (tutaj jest LINK pokazujący jak do tego doszło). Ogólnie to nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że w końcu się doigrałem. Chyba każdy, kto miał (umownie użyjmy tutaj słowa) przyjemność obcowania ze mną przez dłuższy czas w komentarzach zdaję sobie sprawę, że bywam (umownie użyjmy tutaj słowa) natrętny. Albo bywam dupkiem, po prostu. I bywało, że moja dupkowatość dawała o sobie znać pod wpisami pojawiającymi się na tamtym blogu, ale to dlatego, że bardzo BARDZO często nie zgadzam się z opiniami autora. Jak najbardziej uważam, że są dobrze napisane i interesujące, ale się z nimi nie zgadzam.

Nie zgadzam się też z notką, którą ostatnio popełnił i która dotyczy jego reakcji na tekst innego blogera. A tak w ogóle to ciekawe, że krytykuje tego blogera za trywializowanie i nieakceptowanie polemik inicjowanych przez różne środowiska fanowskie, a ja dostałem od niego bana za dyskutowanie z nim w komentarzach. (I widzicie, znowu wychodzi ze mnie dupek.) W każdym bądź razie, ponieważ nie mogę komentować u niego, to postanowiłem skomentować jego tekst tutaj. Najpierw parę linków - pewnie powinniście je otworzyć i przeczytać jeśli chcecie wiedzieć o czym będę pisał.

Tutaj jest link do tekstu, który został skrytykowany na Mistycyzmie: http://geek.blog.polityka.pl/2015/05/18/protestem-w-sztuke-kto-ma-ksztaltowac-kulture/

Tutaj jest tekst z Mistycyzmu krytykujący powyższy tekst: http://mistycyzmpopkulturowy.blogspot.com/2015/05/un-cooltura.html

A tutaj mój komentarz do tych tekstów:

W tekście Mistycyzmu autor z geek blogu polityki jest przedstawiony jako kategorycznego anty-postępowiec walczący z przejawami feminizmu i zakusami internetowych bojowników o społeczną sprawiedliwość, którzy zaśmiecają rozrywkę swoimi ideologiami. Innymi słowy to taki prawicowy oszołom, który stoi na drodze postępu. Ale w jego tekście wcale nie ma zakazu dla feministycznych uwag względem popkultury. Podaje przykłady protestów przeciw seksistowskim przejawom kultury masowej, z którymi się całkowicie zgadza. Jest nawet pełne przyzwolenie na samo oprotestowanie i roszczenie pretensji względem kultury, tylko że podaje też przykłady takiego oprotestowania, które on uważa za przesadę. I fakt, że niektóre jego argumenty są płytkie i nieprzekonywujące, ale to samo można powiedzieć o ripoście Mistycyzmu.

Np.

Weźmy choćby przywoływany przez autora notki casus okładki z Batgirl nawiązującej do Killing Joke. Wbrew temu, co może się Zwierzchowskiemu wydawać, oburzenie tą okładką wynika nie tyle z powodu jej seksistowskiego wydźwięku, co niekoherentności z treścią samego komiksu i nawiązywaniu do epizodu z życia głównej bohaterki, od którego sam jego autor po latach się odżegnuje.

Zdecydowana większość uwag odnośnie tej okładki - a przynajmniej te, które widziałem - opierała się właśnie na seksistowskim wydźwięku i przemocy na tle seksualnym, a nieadekwatność do treści była dopiero na drugim planie. Poza tym to była okładka alternatywna związane z inicjatywą wydawnictwa i ten numer Batgirl posiadał też drugą, tradycyjną, okładkę. W tej wydawniczej inicjatywie chodziło o to by każdy ich komiks posiadał alternatywną okładkę z Jokerem. A w przypadku Batgirl definitywnym tekstem odnośnie jej relacji z Jokerem jest właśnie Killing Joke, więc ma jak najbardziej sens, że wydawnictwo zdecydowało się na nawiązanie do tej historii. Zdanie Moore'a, niestety, nie ma tutaj za bardzo znaczenia. To fakt, że nie przepada on za tą historią, ale odżegnuje się nie tyle od niej, co od całego swojego wczesnego dorobku publikowanego przez DC i od superbohaterów w ogóle. Jest to związane z tym, że wg niego DC żeruje na jego pomysłach nie respektując w należyty sposób jego autorstwa, więc nie ma w tym wielkiego zaskoczenia, że wydawnictwo kierowało się asocjacjami z popularnym komiksem, do którego mają prawa, a nie opiniami jego autora. (DC zachowało się tak nie pierwszy i, prawdopodobnie, nie ostatni raz - pomimo tego, że Moore nie jest bez racji w swoich pretensjach.) (Inna spraw, że chociaż Moore ma w swojej twórczości wiele silnych i interesujących kobiet, to ani przed, ani po Killing Joke nie miał specjalnych skrupułów w umieszczaniu kontrowersyjnej seksualnej przemocy w historiach tychże kobiet.) Osobiście rozumiem dlaczego ta okładka jest wg wielu osób niestosowna i wydaje mi się trochę dziwne, że autor z blogu polityki jest przeciw Spider-Woman Manary, a Batgirl Albuquerque'a jest wg niego ok. Jeśli dobrze rozumiem jego rozumowanie, to jedna jest prawie pornografią, a druga hołdem dla klasyki, więc to co przedstawia jest nieistotne. Ciekawe czy gdyby Manara narysował alternatywną okładkę do komiksu Swamp Thing, która w podobny, zseksualizowany, sposób przedstawiałaby Abigail Arcane (powiedzmy, oplecioną pnączami w lekkim motywie tentacle erotica), to czy akceptowałby również taką okładkę twierdząc, że nawiązuje do klasyki gatunku (czyli do Swamp Thing #34, w którym Abby i Swamp Thing - tytułowy avatar przyrody - uprawiają seks)? Powinienem się też pewnie przyznać, że śledząc te kontrowersje było mi raczej obojętne, co się stanie z tymi okładkami.

Po drugie - mam problem z samym określeniem „sztuka” wobec komercyjnych blockbusterów kinowych i taśmowo produkowanych komiksów. Nie chcę wchodzić tu w jakieś głębsze próby zdefiniowania sztuki, ale na potrzeby niniejszego wywodu przyjmijmy, że coś, co jest fast foodem dla mózgu sztuką (na ogół!) nie jest. Czy Joss Whedon tworząc Avengers: Age of Ultron wznosił się na wyżyny intelektualne, obnażył swoją duszę i dokonał głębokiej introspekcji, dostarczając nam projekcję swojej artystycznej wrażliwości przełożonej na celuloidową taśmę? Nie - stworzył superprodukcję, przy której (według niektórych) przyjemnie opróżnia się kubełek z popcornem, bo do tego filmy takie jak Avengers służą i po to są robione. Dlatego nie powinny znajdować się w nich rzeczy, które potencjalnie mogą zakłócić widzowi konsumpcję prażonej kukurydzy - jak na przykład seksistowskie żarty - bo coś takiego zniechęca część widzów, którzy następnym razem nie kupią biletów na seans, co sprawi, że dana franczyza przestanie być dochodowa, a taka jest jej główna funkcja.

To całe: te filmy nie są sztuką i ich wartość = jest temu jak skuteczne są w taśmowym produkowaniu bezmyślnej rozrywki, przy której przyjemnie opróżnić kubełek z popcornem, to chyba trochę niefortunny sposób postrzegania ich przez kogoś, kto poświęca im tyle uwagi i ma o nich takie opinie. Z tego co się orientuję, to na Mistycyzmie za złe blockbustery uważa się The Avengers, Guardians of the Galaxy i, jak przypuszczam, Age of Ultron. A są to kolejno najbardziej dochodowy film Marvela, nr 4 na liście i nr 3, czyli wygląda na to, że - wg przyjętych tutaj założeń - to jednak dobre filmy w swoim gatunku. Nie rozumiem też do końca skąd się wzięło przeświadczenie, że seksistowskie żarty zakłócają widzowi konsumpcje prażonej kukurydzy na tyle by wpłynąć na główną funkcję danej franczyzy? Może czegoś nie kojarzę, ale nie przypominam sobie żadnego hollywoodzkiego blockbustera, który musi uznać niepoprawny humor za przyczynę swojej finansowej klęski. Np. Guardians of the Galaxy, w którym były seksistowskie żarty, nie osłabił dochodowości Age of Ultron. (Ani swojej dochodowości - chyba nawet zaskoczyły bardzo pozytywnym wynikiem w box offisie.) Wspominany w tych tekstach Star Trek Into Darkness też wypadł finansowo lepiej niż poprzednik - jego reżyser dostał bardziej lukratywne oferty, a część trzecia przygód załogi Enterprise się robi as we speak. Rzeczywistość wygląda tak, że fani na internecie narzekają na takie rzeczy, a potem równie chętnie śpieszą do kina na następną część sagi, wspierając tym samym jej finansowy wynik i dbając by franczyzy spełniały swoje główne funkcje bez zarzutu.

Zwierzchowski z jakiegoś powodu stawia się w roli arbitra rozstrzygającego, które pretensje i roszczenia fanów są uzasadnione (goła pani doktor z drugiego Star Treka Abramsa), a które nie (seksistowskie żarty Whedona wkładane w usta Starkowi). Czemu rości sobie takie prawo? Kto mu je przyznał? Na jakiej podstawie wyznacza granice, co jest poważnym problemem, a co fanaberią zmanierowanych użytkowniczek tumblra? I dlaczego w ogóle zakazywać komukolwiek krytycznego komentowania dzieł kultury masowej (i jakiejkolwiek innej)?

To jego blog, więc ma chyba prawo do stawiania się tam w roli takiego arbitra. A podstaw wyznaczonych przez niego granic łatwo się domyślić, kiedy spojrzy się na podawane przez niego przykłady. Wygląda na to, że seksualizacja pań to coś, czemu mówi stanowcze nie, a do reszty spraw ma lżejsze podejście. Co jest postawą, z którą można się spierać - wydaje mi się - ale nie do końca widzę w jaki konkretnie sposób artykułując ją zakazuje krytycznego komentowania dzieł kultury masowej? Prędzej sugeruje, że posuwanie się dalej prowadzi do różnych dziwacznych rozwiązań i że to w geście krytykującego powinno być rozpoznanie i powstrzymanie się przed przesadą.

Tony Stark, który uczy się pokory, szacunku wobec innych ludzi i odpowiedzialności za swoje czyny. Tony z początku pierwszego Iron Mana i ten z końca Iron Man 3 to już zupełnie inne postaci.

Z tego co pamiętam, to on tam raczej zmienia to jak wykorzystuję swoje wynalazki. Jego sposób bycia i stosunek do kobiet wcale się aż tak od siebie nie różnią. Wg mnie to, że ta postać opowiada seksistowskie dowcipy nie jest aż takie niezwykłe.

Po piąte - Zwierzchowski porusza jeszcze jeden, szalenie złożony, temat ingerencji w ikony popkultury, by przypisać je do jakiejś mniejszości (seksualnej, etnicznej etc), po raz kolejny spłycając go i sprowadzając do efektownie brzmiącego chochoła, w którego można tłuc z bezpiecznej pozycji „obiektywnego” symetrysty:

Popkultura zaczyna być kastrowana. Marvel już teraz dwoi się i troi, by wyprzedzać ataki i potrafi od tak zmienić postać znaną ze słabości do kobiet w geja. A nie można po prostu stworzyć fajnej, nowej postaci homoseksualisty?

Można i trzeba - i takie postaci powstają. Kamala Khan i Miles Morales podbijają serca młodych czytelników komiksów. Problem polega na tym, że aby tego typu bohaterowie i bohaterki zyskały status ikon popkultury potrzeba czasu. Stado białych, heteroseksualnych umięśnionych Chrisów miało tego czasu mnóstwo i dlatego dzisiaj cieszą się oni rozpoznawalnością wśród szerokiej publiki, a inwestowanie we franszyzy, którym patronują jest w zasadzie pozbawione ryzyka. Dzisiejsza rzeczywistość społeczna (przynajmniej w tych cywilizowanych krajach) jest znacznie bardziej otwarta na różnorodności, co znajduje swoje odzwierciedlenie w kulturze masowej. Stąd te zmiany płci, koloru skóry i orientacji seksualnej naszych pupili - żeby każdy mógł znaleźć kogoś, z kim w jakimś stopniu mógłby się identyfikować. Niektóre tego typu zabiegi zostały przecież odebrane z entuzjazmem przeważającej większości zainteresowanych - Nick L. Fury sam się narzuca jako modelowy przykład, od siebie dodałbym jeszcze Starbuck z nowej wersji Battlestar Galactica. Czy jest to dobry sposób na zwiększenie różnorodności etnicznej, płciowej i genderowej bohaterów popkultury? Nie wiem - ale bardzo chętnie podyskutuję na ten temat. Zwierzchowski dyskutować natomiast nie chce, on chce, żeby ludzie, którym ten trend się podoba zamilkli i przyjęli wygląd lichy i durnowaty, by swym pojmowaniem sprawy nie peszyć twórców.

Tym co najbardziej rozczarowuje w tym fragmencie jest to, że nie odnosi się konkretnie do przykładu podanego na geek blogu polityki - do tego całego: Marvel już teraz dwoi się i troi, by wyprzedzać ataki i potrafi od tak zmienić postać znaną ze słabości do kobiet w geja. Ta postać znana ze słabości do kobiet, którą Marvel zmieniło w geja to chyba Iceman (no wiecie, Shawn Ashmore z filmów albo ten koleś, który miał fajne combosy w arcadówce X-Men: Children of the Atom, albo Val Kilmer w Top Gun - aka prawdziwy Iceman) I jak zapewne wiecie, Iceman jest mutantem, czyli w swoim fikcyjnym świecie obraca się w społeczności innych mutantów. W tym m.in. takich, którzy potrafią dosłownie czytać w czyichś myślach. I właśnie w ten sposób Iceman wyszedł z szafy, tzn. koleżanka wyczytała w jego myślach, że fantazjuje o chłopakach. Do tego jest tam jeszcze jakiś wątek z podróżowaniem w czasie, bo homoseksualny Iceman to nastolatek, który przybył z przeszłości, a współczesny, dorosły, Iceman póki co jest chyba jeszcze hetero, więc dochodzi jakiś paradoks czasoprzestrzenny, czy coś takiego... Zresztą nieważne. Powodem, dla którego byłem niepocieszony po przeczytaniu tych akapitów o ingerencji w ikony popkultury i nie wspomnieniu o Icemanie było to, że tuż przed tym ustępem jest:

większość przywołanych przez autora incydentów jest rezultatem właśnie tego, że twórcy nie trzymają się żadnych logicznych zasad i w imię fanserwisu i/albo wewnętrznego przymusu umieszczenie jakiegoś wydumanego one-linera są w stanie rozbić spójność logiczną danej postaci, wątku albo dzieła. I naprawdę nie widzę tu żadnego narzucania. Mam zrezygnować z wygłoszenia swojej opinii o jakimś tekście kultury w strachu, że biedny twórca poczuje się nią urażony albo uzna to za wywieranie presji?

No i właśnie, Iceman był hetero ze słabością do kobiet przez ponad 40 lat istniejąc sobie w fikcyjnym świecie, gdzie co druga osoba jest telepatą zdolną/ym w każdej chwili odkryć jego preferencje, tzn. że trzeba jego nagłą przemianę potraktować jako nie trzymanie się logicznych zasad i rozbicie spójności logicznej danej postaci, wątku albo dzieł w imię fanserwisu i/albo wewnętrznego przymusu; czy to już byłoby narzucanie i lepiej przymknąć na to oko, bo akurat taka przemiana odzwierciedla różnorodność dzisiejszej rzeczywistości społecznej i sprawia, że ktoś znajdzie pupila, z którym w jakimś stopniu może się identyfikować? Ciekaw jestem, co by tutaj zrobić? Może wyszłoby na to, że Tony’ego Starka też trzeba tak potraktować? Będzie pupilem dla ludzi opowiadających seksistowskie żarty. Też są w społeczeństwie, niech mają swojego superbohatera.

Powinienem sprecyzować, że nie ma nic przeciwko zmianom płci, koloru skóry i orientacji seksualnej komiksowych bohaterów. Tylko w przeciwieństwie do powyższych tekstów nie uważam ich ani za nic nowego (są praktycznie tradycją gatunku - w ostatnich piętnastu latach było ich od groma, a i przedtem wcale nie były rzadkością), ani za sposób na zwiększenie etnicznej, płciowej i genderowej różnorodności bohaterów popkultury. W komiksach, takie taktyki tak naprawdę nigdy nie doprowadziły do powstania rozpoznawalnej ikonicznej postaci, którą można by postawić obok Batmana czy Supermana. Nawet te przykłady, które padają w tekście są mocno dyskusyjne. Wymieniani tam są Kamala Khan i Miles Morales, z podkreśleniem, że to nowe postacie. A to nie jest do końca prawda. Postacie są niby nowe, ale wystarczy spojrzeć na ich superbohaterskie przydomki i tytułu komiksów, w których śledzimy ich losy (czyli Ms. Marvel i Ultimate Spider-Man), aby się zorientować, że także tutaj mamy do czynienia z, etnicznie przerobionymi, nowymi wersjami białych bohaterów. No i jasne, te postacie póki co są popularne, ale podobnie było z latynoskim Blue Beetle'em, Batwoman lesbijką, biseksualnym synem Wolverine'a, czy jego (znaczy się Wolverine'a) klonem wyglądającym jak nastoletnia dziewczyna. Oni wszyscy w końcu albo stracili na popularności, gdy dokonano roszad scenarzystów i rysowników tworzących ich historię. Albo komiksy, w których pełnili rolę gwiazd przestały się ukazywać i pozostało im co najwyżej granie drugich skrzypiec w opowieściach o bardziej popularnych, męskich, białych, hetero superbohaterach - często oryginalnych wersjach tych, zmodyfikowanych, postaci. Jeśli zaś chodzi o Nicka Fury'ego, to przyznaje, że gro populacji utożsamia tę postać z Samuel L. Jacksonem, ale z drugiej strony ciężko to uznać za wielki sukces rasowej dywersyfikacji zdominowanego przez białych wycinka popkultury. Być może jestem trochę uprzedzony, bo zawsze wolałem jego oryginalną, białą, wersję, która raczej przypominała Lee Marvina, ale czarny Nick Fury to zdecydowanie drugoplanowa postać - zarówno w komiksach, gdzie bardzo prawdopodobnie zakończy swój żywot wraz z unicestwieniem alternatywnego uniwersum, na potrzeby którego został stworzony; jak i w filmach, gdzie najczęściej zajmuje się pojawianiem w scenach post-crdeitsowych, w których nawołuje bohaterów pierwszoplanowych do zwarcia szyków przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, tym samym pełniąc funkcję przypisu w narracji skupionej na białym bohaterze. No raczej daleko temu wszystkiemu do wzorowo otwartej na różnorodności kultury masowej. Emblematyczne superbohaterskie instytucje zdecydowanie mają pod tym względem jeszcze dużo do nadrobienia. I pomijając społeczne zmiany itd., to wystarczy spojrzeć na to, jak to się stało, że bankrutujące wydawnictwa z lat 90. są utożsamiane z regularnie najbardziej dochodowymi filmami XXI w., żeby zorientować się, że mniejszości zasługują na coś lepszego w tej popkulturowej menażerii. W końcu tekstem pierwotnym, który otworzył furtkę wszystkim obecnym, wysokobudżetowym, superbohaterskim blockbusterom jest Blade. Film który był pierwszą adaptacją komiksu Marvela zwieńczoną finansowym sukcesem i który pchnął do przodu karierę Davida S. Goyera - współscenarzysty Batmanów Chrisa Nolana - miał pełnoprawnego, autonomicznego, czarnoskórego bohatera.

Ok i to chyba tyle mojego mądrzenia się. Jaki z tego morał? Nie wiem, nie ma chyba żadnego morału... No, może tylko taki, żebyście przestali czytać komiksy nim najdzie was ochota, by pisać o nich na internecie. Bo z tego przeważnie nie wychodzi nic mądrego.

-----


Wordy Rappinghood, Tom Tom Club

środa, 13 maja 2015

varia #2 - cytaty: Jean Rollin

For me, the terms of popular cinema starkly oppose those of commercial cinema. Commerical cinema attaches value only to the profitability of the product. Popular cinema, or B-series, on the contrary, allows for the creation and development of a director’s personality, even in the realms of alternative or genre cinema. I decided to become a B-series auteur on purpose [...]

z...

Foreword. For an Illogical and Nonsensical European Cinema, w: E. Mathijs, X. Mendik (red.), Alternative Europe. Eurotrash and Exploitation Cinema Since 1945, Wallflower Press, London 2004, s. XI.

Link na Google Books: https://books.google.pl/books?id=H8kmu4hmTx4C&lpg=PR5&hl=pl&pg=PR5#v=onepage&q&f=false

I moje, niezbyt dobre, tłumaczenie dla ludzi, którzy nie przepadają za angielskim...

Wg mnie, idee kina popularnego stoją w wyraźnej opozycji w stosunku do kina komercyjnego. Kino komercyjne łączy wartość swojego produkty z jego dochodowością. Z kinem popularnym, lub seryjnie produkowanym kinem klasy B, jest wręcz przeciwnie. Umożliwia ono tworzenie i rozwój osobowości reżysera, nawet w sferze kina alternatywnego lub gatunkowego. Postanowiłem zostać auteurem kina klasy B z własnej woli [...]

Jeśli interesuje was inne, mądrzejsze, tłumaczenie tej wypowiedzi, to Magdalena Kamińska takoweż popełnia na 145 stronie czasopisma "Człowiek i Społeczeństwo" T. XXXIV 2012...

M. Kamińska, Eurotrash jako praktyka, lektura i kultura filmowa. Przypadek Jesúsa Franco, "Człowiek i Społeczeństwo" T. XXXIV 2012, s. 131.

Link do PDF-u artykułu: http://czlowiek.amu.edu.pl/archiwum/xxxiv/kami.pdf
Link do archiwum czasopisma: http://czlowiek.amu.edu.pl/?ln=&view=arch&numer=xxxiv

muzyczna środa #26


Want To Believe, Rich Aucoin

bandcamp: http://richaucoin.bandcamp.com/
Jason Eisener - reżyser teledysku


Formaldehyde, Editors

Ben Wheatley - reżyser teledysku

środa, 6 maja 2015

muzyczna środa #25




Warzone, Power Glove (Far Cry 3: Blood Dragon Original Soundtrack)




Power Core, Power Glove (Far Cry 3: Blood Dragon Original Soundtrack)


Sloan, Power Glove (Far Cry 3: Blood Dragon Original Soundtrack)




Sloan's Assault, Power Glove (Far Cry 3: Blood Dragon Original Soundtrack)


Love Theme, Power Glove (Far Cry 3: Blood Dragon Original Soundtrack)




Blood Dragon Theme (Reprise), Power Glove (Far Cry 3: Blood Dragon Original Soundtrack)

SoundCloud & bandcamp:
https://soundcloud.com/powerglove
https://powergloveaudio.bandcamp.com/music

-----






muzyka z gry Sentinel Returns, John Carpenter & Gary McKill

-----


New Angels Of Promise, David Bowie (Omikron: The Nomad Soul Version)

piątek, 20 marca 2015

Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Chyba? - "Frank"


I Don't Like Your Band, Annie

-----

Frank (2014), reż. Lenny Abrahamson, IMDb, FILMWEB, trailer.
Obecnie Jon Ronson jest walijskim dziennikarzem parającym się między innymi filmami dokumentalnymi i literaturą non-fiction. Takim chyba w miarę poważanym, z sukcesami i w ogóle... Jego książka The Men Who Stare at Goats została przerobiona na film z Clooney'em i McGregorem. A The Psychopath Test: A Journey Through the Madness Industry doczekała się polskiego tłumaczenia. Ale za młodu, pod koniec lat 80., Ronson był keyboardzistą zespołu Oh Blimey Big Band, który opierał swoją sceniczną infamię na wybrykach frontmana Chrisa Sievey'a. Sievey - ekscentryczny muzyk punkowy i komik - stworzył postać Franka Sidebottoma, w którą wcielał się zasłaniając swoją twarz wielką makietą głowy (co sprawiało, że wyglądał jak postać z kreskówki), i jako Frank przewodził Oh Blimey Big Band, a także występował w kilku programach telewizyjnych i radiowych, zdobywając tym samym, skromną ale kultową, popularność, która trwała do pierwszej połowy lat 90. XX w. Natomiast w wieku obecnym, czyli XXI, i w drugiej połowie jego pierwszej dekady, Sievey postanowił odbudować popularność Franka i poprosił Ronsona (wówczas już statecznego dziennikarza) o skrobnięcie jakiegoś artykułu w celach promocyjnych i ku przybliżeniu jego persony nowemu pokoleniu potencjalnych fanów. Tak się stała, a artykuł ukazał się na łamach Guardiana, po czym ktoś postanowił skorzystać z zagrywki na The Fast and the Furious i zrobić z niego (tzn. z tego artykułu) film.

Za pisanie scenariusza wziął się sam Ronson, a także Peter Straughan, którzy już dobrze się znali dzięki wcześniejszej współpracy przy adaptacji The Men Who Stare at Goats. (Warto może dodać, że Straughan to całkiem uznany scenarzysta - jego napisana wspólnie z żoną adaptacja Tinker Tailor Soldier Spy nieźle pozamiatała w 2011.) Scenarzyści postanowili, że zamiast robienia filmowej autobiografii, przeniosą historię spotkania Ronsona i Sievey'a do teraźniejszości, po czym zmodyfikują ją do komediodramatu i zmieszają z co bardziej dziwnymi legendami o indywiduach muzyki pop, tym samym wystawiając komentarz na osobliwości, które kiedyś tam przemknęły przez przemysł fonograficzny.

Jak to wygląda w praktyce? Otóż film opowiada o Jonie (jakiś ryży koleś z filmów o Harrym Potterze), młodym mężczyźnie pędzącym przeciętne życie w niczym niewyróżniającym się, nadmorskim, mieście w Wielkiej Brytanii, który poświęca każdą wolną chwilę, i pełnie swojego intelektu, starając się opanować trudną sztukę komponowania piosenek popowych. Nie wychodzi mu to najlepiej, ale szczęśliwym zrządzeniem losu udaje mu się wyhaczyć pozycję klawiszowca w alt-indie-noise-popowym zespole, którego nazwy nikt nie potrafi wymówić, i który wydaje się przechodzić przez keyboardzistów równie skutecznie jak, swego czasu, Stonesi przez gitarzystów prowadzących. Jon szybko ulega czarowi grupy ekscentrycznych muzyków i anarchistycznej lekkości z jaką naginają muzyczną materię do własnych celów. Po czym bez wahania przystaje na ich prośbę o wyruszenie do Irlandii, gdzie zbunkrowani w małej chatce pośród malowniczej przyrody przystępują do długotrwałej, wyczerpującej i dziwacznej sesji nagraniowej mającej zaowocować debiutanckim longplejem. (Wszystko to przedstawione w scenach mających ewokować doświadczenia Magicznej Kapeli, która pod koniec lat 60. zamknęła się w domu w Los Angeles i pod wodzą Kapitana Don Van Vlieta Beefhearta pracowała, dziwacznymi sposobami, nad swoim legendarnym opus magnum - produkowanym przez Franka Zappę - Trout Mask Replica.) Ponieważ Jon jako jedyny członek zespołu wydaje się być normalnym człowiekiem, tzn. ma twittera i facebooka, więc poczuwa się w obowiązku by wykorzystać te nowoczesne narzędzia kulturowej zagłady w celu upamiętnienia swojej muzycznej przygody. Jego obecność w socjal mediach nieoczekiwanie generuje zainteresowanie hipsterskich mas, które zapraszają zespół na festiwal w Austin, Teksasie. Jon widzi w tym upragnioną szansę na zaistnienie w muzycznym uniwersum i wykłada tę koncepcję, względnie entuzjastycznie nastawionemu do całego pomysłu, Frankowi - czyli zamaskowanemu Brianowi Wilsonowi kapeli, w którego wciela się Michael Fassbender - i o wiele mniej entuzjastycznie nastawionej, do pomysłu i do Jona w ogóle, Clarze - gotycka Yoko Ono i wirtuoz thereminu, której twarzy udzieliła Maggie Gyllenhaal. W końcu jadą na ten festiwal i, w skrócie, zespół widowiskowo imploduje, nie potrafiąc znaleźć dla siebie miejsca na szerszych wodach muzycznego showbiznesu. Główną ofiarą jest oczywiście Frank, którego indywidualność tłamszona przez populistyczne zapędy Jona i chorobliwa społeczna nieudolność sprawiają, że traci niekwestionowaną pozycję lidera i w końcu czmycha niczym Peter Green z Fleetwood Mac (tylko, że bez LSD).

(Potem dzieją się jeszcze inne rzeczy, ale to już musicie obejrzeć film, żeby się dowiedzieć co, jak, z kim itd.)

Ok, więc zauważyłem, że omawiając to dzieło ludzie często powtarzają, że ten film to satyra na takie dziwaczne niezależne zespoły albo że bohaterowie są bardzo dziwni, albo że nie jest za bardzo jasne o co właściwie w tej historii chodzi. Ja, prawdę mówiąc, nie doświadczyłem żadnej z wyżej wspomnianych przypadłości.

Film nie jest satyrą, bo jest zdecydowanie zbyt łagodny i uprzejmy w portretowaniu zjawiska - to zdecydowanie nie jest Spinal Tap, znaczy się. Bohaterowie też nie są znowu jacyś tacy strasznie dziwni. Fakt, że jeden z nich zakrywa lico wielką sztuczną głową, a i reszta ma swoje szaleństwa, ale to wszystko jest przedstawione z PG ratingową pociesznością, nawet kiedy film robi się bardziej dramatyczny. Ogólnie jeśli chodzi o humor, który jest tutaj podawany, to zdecydowanie nie można powiedzieć, że przeciętny widz dostanie tu coś z czym będzie musiał się jakoś bardzo zmagać albo głowić czy twórcy przypadkiem nie napastują go zbyt niesmacznymi czy surrealistycznymi żartami. Np. jest sytuacja, w której nasi bohaterowie zostają zaskoczeni przez niemiecką rodzinę, której nagłe pojawienie się może przekreślić "trud" włożony w nagrywanie płyty. Ale okazuje się, że Frank to poliglota z perfekcyjnie opanowanym niemieckim i po paru szybkich scenach widzimy jak zamaskowany frontman zdobywa - odegrane w komicznie przejaskrawiony sposób - zaufanie i przyjaźń przybyłych Niemców. Jest też scena, gdzie Jon i Clara wdają się ze sobą w kłótnię, która szybko eskaluje, po czym nagle oglądamy ich post-spółkowaniu - zmęczonych, zadowolonych i, bardzo wyraźnie, wciąż nie znoszących się nawzajem. No i właśnie taki jest tutaj humor - jak w sitcomie. Tzn. w filmie jest też postać, która czuje pociąg do manekinów i potem popełnia samobójstwo, a zespół organizuje mu pogrzeb wikinga, ale twórcy nie jadą z tym nawet trochę po bandzie, chociaż dałoby się.

Natomiast co do przesłania, to wydaje się ono nie tylko oczywiste, ale wręcz przesadnie wbijane widzowi do głowy. Ogólnie chodzi o to, że tacy prawdziwi artyści jak Frank, to piękne, niezwykłe kwiaty, które powinniśmy podziwiać i pozwalać się im rozwijać w tych ich małych zamkniętych ekosystemach, gdzie mogą sobie same rozkwitać - otoczone mgiełką fantastycznej ekscentryczności. A nie powinniśmy narzucać im naszych, nieadekwatnych dla nich, hierarchii popularności i infantylnych definicji prawdziwego artysty i sukcesu. No i właśnie (SPOILER - dla filmu, który wyszedł pół roku temu i pewnie już go widzieliście) cała historia kończy się tym jak nasz bohater sobie uzmysławia te prawdy, naprawia wyrządzone przez siebie krzywdy i odchodzi w siną dal. Czyli innymi słowy, trochę to wszystko naiwne i sentymentalne.

Ale z drugiej strony, nie można temu filmowi odmówić pewnego uroku. Urok ten bierze się głównie stąd, że po pierwsze, jak już wspomniałam, filmowcy bardzo łagodnie - a można też powiedzieć, że ciepło i życzliwe - traktują cały ten fenomen dziwacznych muzyków, humorem ścierając ostre krawędzie. Przy czym wydają się to robić na tyle szczerze, że ciężko ich za to ganić. A po drugie, aktorsko jest naprawdę całkiem niezły. Dobrze wypadają i ryży koleś z Harry Pottera, i Maggie Gyllenhaal, i, zwłaszcza, Michael Fassbender - który gładko przechodzi od małomównej zagadki, zawiniętej w tajemnicy, pośrodku enigmy, która biega i skacze sobie na dalekim drugim planie, jednocześnie rzutując na plan pierwszy do najmilszego, najsympatyczniejszego, najbardziej wyluzowanego kolesia jakiego można sobie wyobrazić, do niezłego czubka. I to wszystko mając na sobie tą idiotyczną wielką głowę.

Czyli ogólnie to przyzwoity film jest i powinniście go obejrzeć... Albo jak nie chcecie, to nie. W końcu nie jestem waszą matką. Nie musicie robić tego, co wam każę.

-----


Ella Guru, Captain Beefheart & His Magic Band

środa, 4 marca 2015

muzyczna środa #16


Blank Space, Taylor Swift


I Like You, Katy B

-----

Hej, a skoro już mowa o Joseph'ie Kahnie (koleś, który nakręcił teledysk Taylor Swift), to on jest w sumie takim Michaelem Bayem, tylko że z jakieś trzy razy bardziej psychopatycznym niż MB i z jakieś (minus) pięć razy większymi sukcesami komercyjnymi. W przeszłości nakręcił takie klasyki jak Torque i Detention, i ostatnio zajmował się m.in. tym:





Dziwne, nie?