piątek, 20 marca 2015

Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Chyba? - "Frank"


I Don't Like Your Band, Annie

-----

Frank (2014), reż. Lenny Abrahamson, IMDb, FILMWEB, trailer.
Obecnie Jon Ronson jest walijskim dziennikarzem parającym się między innymi filmami dokumentalnymi i literaturą non-fiction. Takim chyba w miarę poważanym, z sukcesami i w ogóle... Jego książka The Men Who Stare at Goats została przerobiona na film z Clooney'em i McGregorem. A The Psychopath Test: A Journey Through the Madness Industry doczekała się polskiego tłumaczenia. Ale za młodu, pod koniec lat 80., Ronson był keyboardzistą zespołu Oh Blimey Big Band, który opierał swoją sceniczną infamię na wybrykach frontmana Chrisa Sievey'a. Sievey - ekscentryczny muzyk punkowy i komik - stworzył postać Franka Sidebottoma, w którą wcielał się zasłaniając swoją twarz wielką makietą głowy (co sprawiało, że wyglądał jak postać z kreskówki), i jako Frank przewodził Oh Blimey Big Band, a także występował w kilku programach telewizyjnych i radiowych, zdobywając tym samym, skromną ale kultową, popularność, która trwała do pierwszej połowy lat 90. XX w. Natomiast w wieku obecnym, czyli XXI, i w drugiej połowie jego pierwszej dekady, Sievey postanowił odbudować popularność Franka i poprosił Ronsona (wówczas już statecznego dziennikarza) o skrobnięcie jakiegoś artykułu w celach promocyjnych i ku przybliżeniu jego persony nowemu pokoleniu potencjalnych fanów. Tak się stała, a artykuł ukazał się na łamach Guardiana, po czym ktoś postanowił skorzystać z zagrywki na The Fast and the Furious i zrobić z niego (tzn. z tego artykułu) film.

Za pisanie scenariusza wziął się sam Ronson, a także Peter Straughan, którzy już dobrze się znali dzięki wcześniejszej współpracy przy adaptacji The Men Who Stare at Goats. (Warto może dodać, że Straughan to całkiem uznany scenarzysta - jego napisana wspólnie z żoną adaptacja Tinker Tailor Soldier Spy nieźle pozamiatała w 2011.) Scenarzyści postanowili, że zamiast robienia filmowej autobiografii, przeniosą historię spotkania Ronsona i Sievey'a do teraźniejszości, po czym zmodyfikują ją do komediodramatu i zmieszają z co bardziej dziwnymi legendami o indywiduach muzyki pop, tym samym wystawiając komentarz na osobliwości, które kiedyś tam przemknęły przez przemysł fonograficzny.

Jak to wygląda w praktyce? Otóż film opowiada o Jonie (jakiś ryży koleś z filmów o Harrym Potterze), młodym mężczyźnie pędzącym przeciętne życie w niczym niewyróżniającym się, nadmorskim, mieście w Wielkiej Brytanii, który poświęca każdą wolną chwilę, i pełnie swojego intelektu, starając się opanować trudną sztukę komponowania piosenek popowych. Nie wychodzi mu to najlepiej, ale szczęśliwym zrządzeniem losu udaje mu się wyhaczyć pozycję klawiszowca w alt-indie-noise-popowym zespole, którego nazwy nikt nie potrafi wymówić, i który wydaje się przechodzić przez keyboardzistów równie skutecznie jak, swego czasu, Stonesi przez gitarzystów prowadzących. Jon szybko ulega czarowi grupy ekscentrycznych muzyków i anarchistycznej lekkości z jaką naginają muzyczną materię do własnych celów. Po czym bez wahania przystaje na ich prośbę o wyruszenie do Irlandii, gdzie zbunkrowani w małej chatce pośród malowniczej przyrody przystępują do długotrwałej, wyczerpującej i dziwacznej sesji nagraniowej mającej zaowocować debiutanckim longplejem. (Wszystko to przedstawione w scenach mających ewokować doświadczenia Magicznej Kapeli, która pod koniec lat 60. zamknęła się w domu w Los Angeles i pod wodzą Kapitana Don Van Vlieta Beefhearta pracowała, dziwacznymi sposobami, nad swoim legendarnym opus magnum - produkowanym przez Franka Zappę - Trout Mask Replica.) Ponieważ Jon jako jedyny członek zespołu wydaje się być normalnym człowiekiem, tzn. ma twittera i facebooka, więc poczuwa się w obowiązku by wykorzystać te nowoczesne narzędzia kulturowej zagłady w celu upamiętnienia swojej muzycznej przygody. Jego obecność w socjal mediach nieoczekiwanie generuje zainteresowanie hipsterskich mas, które zapraszają zespół na festiwal w Austin, Teksasie. Jon widzi w tym upragnioną szansę na zaistnienie w muzycznym uniwersum i wykłada tę koncepcję, względnie entuzjastycznie nastawionemu do całego pomysłu, Frankowi - czyli zamaskowanemu Brianowi Wilsonowi kapeli, w którego wciela się Michael Fassbender - i o wiele mniej entuzjastycznie nastawionej, do pomysłu i do Jona w ogóle, Clarze - gotycka Yoko Ono i wirtuoz thereminu, której twarzy udzieliła Maggie Gyllenhaal. W końcu jadą na ten festiwal i, w skrócie, zespół widowiskowo imploduje, nie potrafiąc znaleźć dla siebie miejsca na szerszych wodach muzycznego showbiznesu. Główną ofiarą jest oczywiście Frank, którego indywidualność tłamszona przez populistyczne zapędy Jona i chorobliwa społeczna nieudolność sprawiają, że traci niekwestionowaną pozycję lidera i w końcu czmycha niczym Peter Green z Fleetwood Mac (tylko, że bez LSD).

(Potem dzieją się jeszcze inne rzeczy, ale to już musicie obejrzeć film, żeby się dowiedzieć co, jak, z kim itd.)

Ok, więc zauważyłem, że omawiając to dzieło ludzie często powtarzają, że ten film to satyra na takie dziwaczne niezależne zespoły albo że bohaterowie są bardzo dziwni, albo że nie jest za bardzo jasne o co właściwie w tej historii chodzi. Ja, prawdę mówiąc, nie doświadczyłem żadnej z wyżej wspomnianych przypadłości.

Film nie jest satyrą, bo jest zdecydowanie zbyt łagodny i uprzejmy w portretowaniu zjawiska - to zdecydowanie nie jest Spinal Tap, znaczy się. Bohaterowie też nie są znowu jacyś tacy strasznie dziwni. Fakt, że jeden z nich zakrywa lico wielką sztuczną głową, a i reszta ma swoje szaleństwa, ale to wszystko jest przedstawione z PG ratingową pociesznością, nawet kiedy film robi się bardziej dramatyczny. Ogólnie jeśli chodzi o humor, który jest tutaj podawany, to zdecydowanie nie można powiedzieć, że przeciętny widz dostanie tu coś z czym będzie musiał się jakoś bardzo zmagać albo głowić czy twórcy przypadkiem nie napastują go zbyt niesmacznymi czy surrealistycznymi żartami. Np. jest sytuacja, w której nasi bohaterowie zostają zaskoczeni przez niemiecką rodzinę, której nagłe pojawienie się może przekreślić "trud" włożony w nagrywanie płyty. Ale okazuje się, że Frank to poliglota z perfekcyjnie opanowanym niemieckim i po paru szybkich scenach widzimy jak zamaskowany frontman zdobywa - odegrane w komicznie przejaskrawiony sposób - zaufanie i przyjaźń przybyłych Niemców. Jest też scena, gdzie Jon i Clara wdają się ze sobą w kłótnię, która szybko eskaluje, po czym nagle oglądamy ich post-spółkowaniu - zmęczonych, zadowolonych i, bardzo wyraźnie, wciąż nie znoszących się nawzajem. No i właśnie taki jest tutaj humor - jak w sitcomie. Tzn. w filmie jest też postać, która czuje pociąg do manekinów i potem popełnia samobójstwo, a zespół organizuje mu pogrzeb wikinga, ale twórcy nie jadą z tym nawet trochę po bandzie, chociaż dałoby się.

Natomiast co do przesłania, to wydaje się ono nie tylko oczywiste, ale wręcz przesadnie wbijane widzowi do głowy. Ogólnie chodzi o to, że tacy prawdziwi artyści jak Frank, to piękne, niezwykłe kwiaty, które powinniśmy podziwiać i pozwalać się im rozwijać w tych ich małych zamkniętych ekosystemach, gdzie mogą sobie same rozkwitać - otoczone mgiełką fantastycznej ekscentryczności. A nie powinniśmy narzucać im naszych, nieadekwatnych dla nich, hierarchii popularności i infantylnych definicji prawdziwego artysty i sukcesu. No i właśnie (SPOILER - dla filmu, który wyszedł pół roku temu i pewnie już go widzieliście) cała historia kończy się tym jak nasz bohater sobie uzmysławia te prawdy, naprawia wyrządzone przez siebie krzywdy i odchodzi w siną dal. Czyli innymi słowy, trochę to wszystko naiwne i sentymentalne.

Ale z drugiej strony, nie można temu filmowi odmówić pewnego uroku. Urok ten bierze się głównie stąd, że po pierwsze, jak już wspomniałam, filmowcy bardzo łagodnie - a można też powiedzieć, że ciepło i życzliwe - traktują cały ten fenomen dziwacznych muzyków, humorem ścierając ostre krawędzie. Przy czym wydają się to robić na tyle szczerze, że ciężko ich za to ganić. A po drugie, aktorsko jest naprawdę całkiem niezły. Dobrze wypadają i ryży koleś z Harry Pottera, i Maggie Gyllenhaal, i, zwłaszcza, Michael Fassbender - który gładko przechodzi od małomównej zagadki, zawiniętej w tajemnicy, pośrodku enigmy, która biega i skacze sobie na dalekim drugim planie, jednocześnie rzutując na plan pierwszy do najmilszego, najsympatyczniejszego, najbardziej wyluzowanego kolesia jakiego można sobie wyobrazić, do niezłego czubka. I to wszystko mając na sobie tą idiotyczną wielką głowę.

Czyli ogólnie to przyzwoity film jest i powinniście go obejrzeć... Albo jak nie chcecie, to nie. W końcu nie jestem waszą matką. Nie musicie robić tego, co wam każę.

-----


Ella Guru, Captain Beefheart & His Magic Band

1 komentarz:

Garret Reza pisze...

Ilość ciekawostek które tu podałeś mnie zamurowała.;o