czwartek, 25 czerwca 2015

komediowy czwartek #32






Morgan Murphy

Robię sobie przerwę w publikowaniu tych postów. Następna muzyczna środa i komediowy czwartek będzie dopiero za jakieś 2 albo 3 tygodnie.

środa, 24 czerwca 2015

muzyczna środa #32




Sabotaggio, Calibro 35 vs Beastie Boys


Get Carter, Calibro 35




Prologue, Calibro 35


Ragazzo Di Strada, Calibro 35 (Feat. Manuel Agnelli)

Calibro 35 to włoscy retro jazz funk greats coverujący i grający autorską muzykę inspirowaną soundtrackami do filmów poliziotteschi... Co oznacza w praktyce, że gdyby Steven Soderbergh kręcił kolejny film o Dannym Oceanie, a David Holmes nie miałby czasu, żeby stworzyć do niego muzykę, to ci kolesie by się nadawali, żeby go zastąpić.

Linki na bandcampa:
https://calibro35.bandcamp.com/music
https://calibro35rk.bandcamp.com/

środa, 3 czerwca 2015

muzyczna środa #29

(Kurka wodna. Wybaczcie, że w tym tygodniu tak późno, ale przez cały dzień mi się wydawało, że dzisiaj jest piątek.)


Am I Demon, Danzig


She Rides, Danzig

wtorek, 2 czerwca 2015

varia #3 - takie tam bzdury o superbohaterach i o byciu dupkiem na internecie, które wynudzą i zirytują normalnych ludzi mających zdrowy stosunek do swojego śmiesznego hobby (bez jaj, jeśli nie chcecie czytać wypowiedzi - teoretycznie - dorosłych facetów wymądrzających się na tematy, które nikogo nie obchodzą, to unikajcie tego tekstu)

Nie jestem nawet do końca pewny po co tutaj to zamieszczam. Napisałem to ponad tydzień temu i pomyślałem sobie, że cały temat nie jest tak naprawdę nikomu potrzebny, ale że akurat mi się nudzi to co tam...

No więc czytam sobie taki blog o popkulturze, co to się nazywa Mistycyzm popkulturowy (jest w mojej blogrolce) i ogólnie to jest całkiem dobry blog - dobrze pisany, z charakterem i mocnym punktem widzenia. Warto na niego zaglądać jak ktoś jest zainteresowany filmowymi adaptacjami komiksów, grami komputerowymi i różnymi geekowymi pierdołami, tylko że parę tygodni temu dostałem tam bana za komentarze (tutaj jest LINK pokazujący jak do tego doszło). Ogólnie to nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, że w końcu się doigrałem. Chyba każdy, kto miał (umownie użyjmy tutaj słowa) przyjemność obcowania ze mną przez dłuższy czas w komentarzach zdaję sobie sprawę, że bywam (umownie użyjmy tutaj słowa) natrętny. Albo bywam dupkiem, po prostu. I bywało, że moja dupkowatość dawała o sobie znać pod wpisami pojawiającymi się na tamtym blogu, ale to dlatego, że bardzo BARDZO często nie zgadzam się z opiniami autora. Jak najbardziej uważam, że są dobrze napisane i interesujące, ale się z nimi nie zgadzam.

Nie zgadzam się też z notką, którą ostatnio popełnił i która dotyczy jego reakcji na tekst innego blogera. A tak w ogóle to ciekawe, że krytykuje tego blogera za trywializowanie i nieakceptowanie polemik inicjowanych przez różne środowiska fanowskie, a ja dostałem od niego bana za dyskutowanie z nim w komentarzach. (I widzicie, znowu wychodzi ze mnie dupek.) W każdym bądź razie, ponieważ nie mogę komentować u niego, to postanowiłem skomentować jego tekst tutaj. Najpierw parę linków - pewnie powinniście je otworzyć i przeczytać jeśli chcecie wiedzieć o czym będę pisał.

Tutaj jest link do tekstu, który został skrytykowany na Mistycyzmie: http://geek.blog.polityka.pl/2015/05/18/protestem-w-sztuke-kto-ma-ksztaltowac-kulture/

Tutaj jest tekst z Mistycyzmu krytykujący powyższy tekst: http://mistycyzmpopkulturowy.blogspot.com/2015/05/un-cooltura.html

A tutaj mój komentarz do tych tekstów:

W tekście Mistycyzmu autor z geek blogu polityki jest przedstawiony jako kategorycznego anty-postępowiec walczący z przejawami feminizmu i zakusami internetowych bojowników o społeczną sprawiedliwość, którzy zaśmiecają rozrywkę swoimi ideologiami. Innymi słowy to taki prawicowy oszołom, który stoi na drodze postępu. Ale w jego tekście wcale nie ma zakazu dla feministycznych uwag względem popkultury. Podaje przykłady protestów przeciw seksistowskim przejawom kultury masowej, z którymi się całkowicie zgadza. Jest nawet pełne przyzwolenie na samo oprotestowanie i roszczenie pretensji względem kultury, tylko że podaje też przykłady takiego oprotestowania, które on uważa za przesadę. I fakt, że niektóre jego argumenty są płytkie i nieprzekonywujące, ale to samo można powiedzieć o ripoście Mistycyzmu.

Np.

Weźmy choćby przywoływany przez autora notki casus okładki z Batgirl nawiązującej do Killing Joke. Wbrew temu, co może się Zwierzchowskiemu wydawać, oburzenie tą okładką wynika nie tyle z powodu jej seksistowskiego wydźwięku, co niekoherentności z treścią samego komiksu i nawiązywaniu do epizodu z życia głównej bohaterki, od którego sam jego autor po latach się odżegnuje.

Zdecydowana większość uwag odnośnie tej okładki - a przynajmniej te, które widziałem - opierała się właśnie na seksistowskim wydźwięku i przemocy na tle seksualnym, a nieadekwatność do treści była dopiero na drugim planie. Poza tym to była okładka alternatywna związane z inicjatywą wydawnictwa i ten numer Batgirl posiadał też drugą, tradycyjną, okładkę. W tej wydawniczej inicjatywie chodziło o to by każdy ich komiks posiadał alternatywną okładkę z Jokerem. A w przypadku Batgirl definitywnym tekstem odnośnie jej relacji z Jokerem jest właśnie Killing Joke, więc ma jak najbardziej sens, że wydawnictwo zdecydowało się na nawiązanie do tej historii. Zdanie Moore'a, niestety, nie ma tutaj za bardzo znaczenia. To fakt, że nie przepada on za tą historią, ale odżegnuje się nie tyle od niej, co od całego swojego wczesnego dorobku publikowanego przez DC i od superbohaterów w ogóle. Jest to związane z tym, że wg niego DC żeruje na jego pomysłach nie respektując w należyty sposób jego autorstwa, więc nie ma w tym wielkiego zaskoczenia, że wydawnictwo kierowało się asocjacjami z popularnym komiksem, do którego mają prawa, a nie opiniami jego autora. (DC zachowało się tak nie pierwszy i, prawdopodobnie, nie ostatni raz - pomimo tego, że Moore nie jest bez racji w swoich pretensjach.) (Inna spraw, że chociaż Moore ma w swojej twórczości wiele silnych i interesujących kobiet, to ani przed, ani po Killing Joke nie miał specjalnych skrupułów w umieszczaniu kontrowersyjnej seksualnej przemocy w historiach tychże kobiet.) Osobiście rozumiem dlaczego ta okładka jest wg wielu osób niestosowna i wydaje mi się trochę dziwne, że autor z blogu polityki jest przeciw Spider-Woman Manary, a Batgirl Albuquerque'a jest wg niego ok. Jeśli dobrze rozumiem jego rozumowanie, to jedna jest prawie pornografią, a druga hołdem dla klasyki, więc to co przedstawia jest nieistotne. Ciekawe czy gdyby Manara narysował alternatywną okładkę do komiksu Swamp Thing, która w podobny, zseksualizowany, sposób przedstawiałaby Abigail Arcane (powiedzmy, oplecioną pnączami w lekkim motywie tentacle erotica), to czy akceptowałby również taką okładkę twierdząc, że nawiązuje do klasyki gatunku (czyli do Swamp Thing #34, w którym Abby i Swamp Thing - tytułowy avatar przyrody - uprawiają seks)? Powinienem się też pewnie przyznać, że śledząc te kontrowersje było mi raczej obojętne, co się stanie z tymi okładkami.

Po drugie - mam problem z samym określeniem „sztuka” wobec komercyjnych blockbusterów kinowych i taśmowo produkowanych komiksów. Nie chcę wchodzić tu w jakieś głębsze próby zdefiniowania sztuki, ale na potrzeby niniejszego wywodu przyjmijmy, że coś, co jest fast foodem dla mózgu sztuką (na ogół!) nie jest. Czy Joss Whedon tworząc Avengers: Age of Ultron wznosił się na wyżyny intelektualne, obnażył swoją duszę i dokonał głębokiej introspekcji, dostarczając nam projekcję swojej artystycznej wrażliwości przełożonej na celuloidową taśmę? Nie - stworzył superprodukcję, przy której (według niektórych) przyjemnie opróżnia się kubełek z popcornem, bo do tego filmy takie jak Avengers służą i po to są robione. Dlatego nie powinny znajdować się w nich rzeczy, które potencjalnie mogą zakłócić widzowi konsumpcję prażonej kukurydzy - jak na przykład seksistowskie żarty - bo coś takiego zniechęca część widzów, którzy następnym razem nie kupią biletów na seans, co sprawi, że dana franczyza przestanie być dochodowa, a taka jest jej główna funkcja.

To całe: te filmy nie są sztuką i ich wartość = jest temu jak skuteczne są w taśmowym produkowaniu bezmyślnej rozrywki, przy której przyjemnie opróżnić kubełek z popcornem, to chyba trochę niefortunny sposób postrzegania ich przez kogoś, kto poświęca im tyle uwagi i ma o nich takie opinie. Z tego co się orientuję, to na Mistycyzmie za złe blockbustery uważa się The Avengers, Guardians of the Galaxy i, jak przypuszczam, Age of Ultron. A są to kolejno najbardziej dochodowy film Marvela, nr 4 na liście i nr 3, czyli wygląda na to, że - wg przyjętych tutaj założeń - to jednak dobre filmy w swoim gatunku. Nie rozumiem też do końca skąd się wzięło przeświadczenie, że seksistowskie żarty zakłócają widzowi konsumpcje prażonej kukurydzy na tyle by wpłynąć na główną funkcję danej franczyzy? Może czegoś nie kojarzę, ale nie przypominam sobie żadnego hollywoodzkiego blockbustera, który musi uznać niepoprawny humor za przyczynę swojej finansowej klęski. Np. Guardians of the Galaxy, w którym były seksistowskie żarty, nie osłabił dochodowości Age of Ultron. (Ani swojej dochodowości - chyba nawet zaskoczyły bardzo pozytywnym wynikiem w box offisie.) Wspominany w tych tekstach Star Trek Into Darkness też wypadł finansowo lepiej niż poprzednik - jego reżyser dostał bardziej lukratywne oferty, a część trzecia przygód załogi Enterprise się robi as we speak. Rzeczywistość wygląda tak, że fani na internecie narzekają na takie rzeczy, a potem równie chętnie śpieszą do kina na następną część sagi, wspierając tym samym jej finansowy wynik i dbając by franczyzy spełniały swoje główne funkcje bez zarzutu.

Zwierzchowski z jakiegoś powodu stawia się w roli arbitra rozstrzygającego, które pretensje i roszczenia fanów są uzasadnione (goła pani doktor z drugiego Star Treka Abramsa), a które nie (seksistowskie żarty Whedona wkładane w usta Starkowi). Czemu rości sobie takie prawo? Kto mu je przyznał? Na jakiej podstawie wyznacza granice, co jest poważnym problemem, a co fanaberią zmanierowanych użytkowniczek tumblra? I dlaczego w ogóle zakazywać komukolwiek krytycznego komentowania dzieł kultury masowej (i jakiejkolwiek innej)?

To jego blog, więc ma chyba prawo do stawiania się tam w roli takiego arbitra. A podstaw wyznaczonych przez niego granic łatwo się domyślić, kiedy spojrzy się na podawane przez niego przykłady. Wygląda na to, że seksualizacja pań to coś, czemu mówi stanowcze nie, a do reszty spraw ma lżejsze podejście. Co jest postawą, z którą można się spierać - wydaje mi się - ale nie do końca widzę w jaki konkretnie sposób artykułując ją zakazuje krytycznego komentowania dzieł kultury masowej? Prędzej sugeruje, że posuwanie się dalej prowadzi do różnych dziwacznych rozwiązań i że to w geście krytykującego powinno być rozpoznanie i powstrzymanie się przed przesadą.

Tony Stark, który uczy się pokory, szacunku wobec innych ludzi i odpowiedzialności za swoje czyny. Tony z początku pierwszego Iron Mana i ten z końca Iron Man 3 to już zupełnie inne postaci.

Z tego co pamiętam, to on tam raczej zmienia to jak wykorzystuję swoje wynalazki. Jego sposób bycia i stosunek do kobiet wcale się aż tak od siebie nie różnią. Wg mnie to, że ta postać opowiada seksistowskie dowcipy nie jest aż takie niezwykłe.

Po piąte - Zwierzchowski porusza jeszcze jeden, szalenie złożony, temat ingerencji w ikony popkultury, by przypisać je do jakiejś mniejszości (seksualnej, etnicznej etc), po raz kolejny spłycając go i sprowadzając do efektownie brzmiącego chochoła, w którego można tłuc z bezpiecznej pozycji „obiektywnego” symetrysty:

Popkultura zaczyna być kastrowana. Marvel już teraz dwoi się i troi, by wyprzedzać ataki i potrafi od tak zmienić postać znaną ze słabości do kobiet w geja. A nie można po prostu stworzyć fajnej, nowej postaci homoseksualisty?

Można i trzeba - i takie postaci powstają. Kamala Khan i Miles Morales podbijają serca młodych czytelników komiksów. Problem polega na tym, że aby tego typu bohaterowie i bohaterki zyskały status ikon popkultury potrzeba czasu. Stado białych, heteroseksualnych umięśnionych Chrisów miało tego czasu mnóstwo i dlatego dzisiaj cieszą się oni rozpoznawalnością wśród szerokiej publiki, a inwestowanie we franszyzy, którym patronują jest w zasadzie pozbawione ryzyka. Dzisiejsza rzeczywistość społeczna (przynajmniej w tych cywilizowanych krajach) jest znacznie bardziej otwarta na różnorodności, co znajduje swoje odzwierciedlenie w kulturze masowej. Stąd te zmiany płci, koloru skóry i orientacji seksualnej naszych pupili - żeby każdy mógł znaleźć kogoś, z kim w jakimś stopniu mógłby się identyfikować. Niektóre tego typu zabiegi zostały przecież odebrane z entuzjazmem przeważającej większości zainteresowanych - Nick L. Fury sam się narzuca jako modelowy przykład, od siebie dodałbym jeszcze Starbuck z nowej wersji Battlestar Galactica. Czy jest to dobry sposób na zwiększenie różnorodności etnicznej, płciowej i genderowej bohaterów popkultury? Nie wiem - ale bardzo chętnie podyskutuję na ten temat. Zwierzchowski dyskutować natomiast nie chce, on chce, żeby ludzie, którym ten trend się podoba zamilkli i przyjęli wygląd lichy i durnowaty, by swym pojmowaniem sprawy nie peszyć twórców.

Tym co najbardziej rozczarowuje w tym fragmencie jest to, że nie odnosi się konkretnie do przykładu podanego na geek blogu polityki - do tego całego: Marvel już teraz dwoi się i troi, by wyprzedzać ataki i potrafi od tak zmienić postać znaną ze słabości do kobiet w geja. Ta postać znana ze słabości do kobiet, którą Marvel zmieniło w geja to chyba Iceman (no wiecie, Shawn Ashmore z filmów albo ten koleś, który miał fajne combosy w arcadówce X-Men: Children of the Atom, albo Val Kilmer w Top Gun - aka prawdziwy Iceman) I jak zapewne wiecie, Iceman jest mutantem, czyli w swoim fikcyjnym świecie obraca się w społeczności innych mutantów. W tym m.in. takich, którzy potrafią dosłownie czytać w czyichś myślach. I właśnie w ten sposób Iceman wyszedł z szafy, tzn. koleżanka wyczytała w jego myślach, że fantazjuje o chłopakach. Do tego jest tam jeszcze jakiś wątek z podróżowaniem w czasie, bo homoseksualny Iceman to nastolatek, który przybył z przeszłości, a współczesny, dorosły, Iceman póki co jest chyba jeszcze hetero, więc dochodzi jakiś paradoks czasoprzestrzenny, czy coś takiego... Zresztą nieważne. Powodem, dla którego byłem niepocieszony po przeczytaniu tych akapitów o ingerencji w ikony popkultury i nie wspomnieniu o Icemanie było to, że tuż przed tym ustępem jest:

większość przywołanych przez autora incydentów jest rezultatem właśnie tego, że twórcy nie trzymają się żadnych logicznych zasad i w imię fanserwisu i/albo wewnętrznego przymusu umieszczenie jakiegoś wydumanego one-linera są w stanie rozbić spójność logiczną danej postaci, wątku albo dzieła. I naprawdę nie widzę tu żadnego narzucania. Mam zrezygnować z wygłoszenia swojej opinii o jakimś tekście kultury w strachu, że biedny twórca poczuje się nią urażony albo uzna to za wywieranie presji?

No i właśnie, Iceman był hetero ze słabością do kobiet przez ponad 40 lat istniejąc sobie w fikcyjnym świecie, gdzie co druga osoba jest telepatą zdolną/ym w każdej chwili odkryć jego preferencje, tzn. że trzeba jego nagłą przemianę potraktować jako nie trzymanie się logicznych zasad i rozbicie spójności logicznej danej postaci, wątku albo dzieł w imię fanserwisu i/albo wewnętrznego przymusu; czy to już byłoby narzucanie i lepiej przymknąć na to oko, bo akurat taka przemiana odzwierciedla różnorodność dzisiejszej rzeczywistości społecznej i sprawia, że ktoś znajdzie pupila, z którym w jakimś stopniu może się identyfikować? Ciekaw jestem, co by tutaj zrobić? Może wyszłoby na to, że Tony’ego Starka też trzeba tak potraktować? Będzie pupilem dla ludzi opowiadających seksistowskie żarty. Też są w społeczeństwie, niech mają swojego superbohatera.

Powinienem sprecyzować, że nie ma nic przeciwko zmianom płci, koloru skóry i orientacji seksualnej komiksowych bohaterów. Tylko w przeciwieństwie do powyższych tekstów nie uważam ich ani za nic nowego (są praktycznie tradycją gatunku - w ostatnich piętnastu latach było ich od groma, a i przedtem wcale nie były rzadkością), ani za sposób na zwiększenie etnicznej, płciowej i genderowej różnorodności bohaterów popkultury. W komiksach, takie taktyki tak naprawdę nigdy nie doprowadziły do powstania rozpoznawalnej ikonicznej postaci, którą można by postawić obok Batmana czy Supermana. Nawet te przykłady, które padają w tekście są mocno dyskusyjne. Wymieniani tam są Kamala Khan i Miles Morales, z podkreśleniem, że to nowe postacie. A to nie jest do końca prawda. Postacie są niby nowe, ale wystarczy spojrzeć na ich superbohaterskie przydomki i tytułu komiksów, w których śledzimy ich losy (czyli Ms. Marvel i Ultimate Spider-Man), aby się zorientować, że także tutaj mamy do czynienia z, etnicznie przerobionymi, nowymi wersjami białych bohaterów. No i jasne, te postacie póki co są popularne, ale podobnie było z latynoskim Blue Beetle'em, Batwoman lesbijką, biseksualnym synem Wolverine'a, czy jego (znaczy się Wolverine'a) klonem wyglądającym jak nastoletnia dziewczyna. Oni wszyscy w końcu albo stracili na popularności, gdy dokonano roszad scenarzystów i rysowników tworzących ich historię. Albo komiksy, w których pełnili rolę gwiazd przestały się ukazywać i pozostało im co najwyżej granie drugich skrzypiec w opowieściach o bardziej popularnych, męskich, białych, hetero superbohaterach - często oryginalnych wersjach tych, zmodyfikowanych, postaci. Jeśli zaś chodzi o Nicka Fury'ego, to przyznaje, że gro populacji utożsamia tę postać z Samuel L. Jacksonem, ale z drugiej strony ciężko to uznać za wielki sukces rasowej dywersyfikacji zdominowanego przez białych wycinka popkultury. Być może jestem trochę uprzedzony, bo zawsze wolałem jego oryginalną, białą, wersję, która raczej przypominała Lee Marvina, ale czarny Nick Fury to zdecydowanie drugoplanowa postać - zarówno w komiksach, gdzie bardzo prawdopodobnie zakończy swój żywot wraz z unicestwieniem alternatywnego uniwersum, na potrzeby którego został stworzony; jak i w filmach, gdzie najczęściej zajmuje się pojawianiem w scenach post-crdeitsowych, w których nawołuje bohaterów pierwszoplanowych do zwarcia szyków przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, tym samym pełniąc funkcję przypisu w narracji skupionej na białym bohaterze. No raczej daleko temu wszystkiemu do wzorowo otwartej na różnorodności kultury masowej. Emblematyczne superbohaterskie instytucje zdecydowanie mają pod tym względem jeszcze dużo do nadrobienia. I pomijając społeczne zmiany itd., to wystarczy spojrzeć na to, jak to się stało, że bankrutujące wydawnictwa z lat 90. są utożsamiane z regularnie najbardziej dochodowymi filmami XXI w., żeby zorientować się, że mniejszości zasługują na coś lepszego w tej popkulturowej menażerii. W końcu tekstem pierwotnym, który otworzył furtkę wszystkim obecnym, wysokobudżetowym, superbohaterskim blockbusterom jest Blade. Film który był pierwszą adaptacją komiksu Marvela zwieńczoną finansowym sukcesem i który pchnął do przodu karierę Davida S. Goyera - współscenarzysty Batmanów Chrisa Nolana - miał pełnoprawnego, autonomicznego, czarnoskórego bohatera.

Ok i to chyba tyle mojego mądrzenia się. Jaki z tego morał? Nie wiem, nie ma chyba żadnego morału... No, może tylko taki, żebyście przestali czytać komiksy nim najdzie was ochota, by pisać o nich na internecie. Bo z tego przeważnie nie wychodzi nic mądrego.

-----


Wordy Rappinghood, Tom Tom Club