piątek, 31 lipca 2015

Ostatnio widziałem film, który mi się podobał... Ale w sumie to nie za bardzo - "Tusk"

Tusk (2014), reż. Kevin Smith, pol. tyt. Kieł, IMDb, FILMWEB, trailer.
Przyjrzymy się dzisiaj filmowi, który szturmem podbił serca widzów i krytyków na całym świecie... Tzn. tak naprawdę to nie wiem, może Tusk (bo o nim mowa) tych serc wcale aż tak dużo nie podbił, ale niektórym się podobał. Buffy, która prowadzi poczytnego horror-bloga, napisała entuzjastyczną recenzję i umieściła go tuż poza podium swojego rocznego zestawienia. Simply, samotny rewolwerowiec komentarzy blogowych (od niedawna publikujący na TBTS-ie), także nie szczędził pochwał. Człek zwany Śmiercią również zamieścił powyższy tytuł w swoim rocznym podsumowaniu. Natomiast Surgeon może wyrażała się odrobinę chłodniej, ale mimo to uznało to dzieło za godne polecenia. A więc to są aż... eee... cztery osoby! Sami widzicie, zachwyt i uznanie na całej linii... Ok, na pierwszy rzut oka ta liczba nie oszałamia, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że w sumie znam - internetowo - z jakieś osiem osób, które specjalizują się w horrorach, w tym m.in. tą czwórkę, to to wcale nie jest aż tak mało. Chyba? ... Jakby nie było, w każdym razie ja pomyślałem sobie, że spróbuję utemperować trochę te powszechne zachwyty.

Ale po kolei, najpierw przygotujcie się na garść informacji dotyczących tej produkcji.

Gdybyście nie wiedzieli, to za reżyserkę, pomysł i scenariusz odpowiada Kevin Smith, który, jak wiadomo, był w latach 90. prominentną osobą w amerykańskim środowisku filmowym. Jako młody, niezależny scenarzysta/reżyser/auteur/samouk znikąd zyskał szybką, oszałamiającą popularność, która postawiła go, obok Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza, w nowej ekscytującej fali amerykańskich filmowców i dała wierne grono młodej entuzjastycznej publiczności. Szumne hasła w stylu "głos pokolenia" zostały rzucone, nowe aktorskie gwiazdy odkryte i wypromowane (to chyba Smith jest uznawany za kowal sukcesu Bena Afflecka i... no wiecie, tego drugiego), a barwna kariera trwała w najlepsze, wraz z mniej lub bardziej typowymi wzlotami i upadkami. Jednak te naprawdę dobre czasy skończyły się gdzieś tak w okolicach 2009, kiedy Smith zaliczył serię kasowych flopów i Bruce Willis był względem niego bardzo niemiły podczas pracy na planie. To w efekcie doprowadziło do frustracji, porzucenia hollywoodzkich majorsów i przejścia na częściową filmowo-reżyserską emeryturę. Po tym Smith znalazł sobie inne celebryckie zajęcia, które od tej pory miały dominować w jego twórczo-publicznym życiu. Były to m.in. własny reality show i rosnące w siłę podcasterskie imperium. A tak się składa, że Tusk, recenzowany tutaj film, również opowiada o młodym człowieku (granym przez Justina Longa [Galaxy Quest; Waiting...; Herbie: Fully Loaded]), który, zgnębiony meandrami i niepowodzeniami kariery komika, znajduje się obecnie w zawodowym zenicie właśnie za sprawą odkrycia się na nowo w podcasterskim medium.

Podcasty, jakby ktoś nie wiedział, to, głównie, takie luźne gadane audycje radiowe, tylko że zamiast słuchania w radiu ściąga się je z internetu. Idąc dalej tym radiowym porównaniem, podcast Longa jest z grubsza, a przynajmniej tyle ile z niego widzimy, jak audycje Howarda Sterna, Opie'ego i Anthony'ego albo z naszego podwórka... eee... Nie wiem? Wojewódzkiego z Figurskim, może? Czyli mam tutaj na myśli to, że odznacza go (tzn. tego filmowego podcasta) niewybredny humor i naśmiewanie się z różnych osób czy sytuacji (często zaczerpniętych z youtubowych filmików). Główny bohater wydaje się być całkiem szczęśliwy w pełni akceptując swoją personę rozbawionego wrednego śmieszka prowadzącego popularny program i czerpiącego z tego różne - nie do końca czyniące go sympatyczną osobą - korzyści. Widzimy m.in. jak w celu pozyskania świeżych materiałów do obśmiania, nie zważając na uczucia innych, udaje się do Kanady, gdzie poprzez serię zbiegów okoliczności spotyka Michaela Parksa (Twin Peaks; Death Wish V: The Face of Death; Walker, Texas Ranger). Te zbiegi okoliczności okazują się nie należeć do najszczęśliwszych, bo Michael Parks to pojebany psychopata z obsesją na punkcie morsów (ssaków morskich; nie osób uprawiających zimowe kąpiele w wodzie), który ma względem Longa mało przyjemne, body modyfikujące, plany.

Ciekawe jest tutaj to, że film nie tylko opowiada o podcasterze, który wyśmiewa innych, ale został też wymyślony podczas prawdziwego podcastu, w którym prowadzący się z czegoś wyśmiewali. W tym wypadku, tym czymś było internetowe ogłoszenie oznajmiające, że właściciel mieszkania zaoferuje wolne od czynszu lokum jeśli najemca zgodzi się, ku uciesze gospodarza, przebierać na kilka godzin w kostium morsa. Smith i Scott Mosier (długoletni producent Smitha, z którym współpracuje od czasów swojego debiutu) hipotezują podczas swojej rozmowy o tym jak mogłaby wyglądać taka sytuacja mieszkaniowa i o stanie umysłu, i motywach, kierujących tym internetowym entuzjastą zwalistych ssaków morskich. Dochodzą tym sposobem do pomysły na film, który ma przypominać The Human Centipede, a następnie proszą swoich słuchaczy o zadeklarowanie, czy życzą sobie aby taki film powstał i obiecują spełnienie ich woli. No i jak widać, większość słuchacze życzyła sobie aby powstał, no bo oto jest.

Ok, skoro już jesteście uzbrojeni w tą podstawową wiedzę, to mogę wam już powiedzieć dlaczego ten film jest średnio dobry.

Tym co na początku rzuca się w oczy jest to, że Smith już ostatnio coś takiego nakręcił. Wcześniej napisałem, że reżyser jest obecnie na częściowej emeryturze, ale słowo "częściowej" jest tutaj kluczowe, bo to wcale nie znaczy, że przestał robić filmy. Produkcje sygnowane jego nazwiskiem wciąż powstają, tylko że za mniejsze pieniądze, bardziej niezależnie i z większą swobodą artystyczną. Na takich warunkach nakręcił, wydanego w 2011, Red State - satyrycznego horror akcyjniaka - i zarówno Red State jak i Tusk mają w obsadzie Michaela Parksa grającego niebezpiecznego, dziwacznego świra, a także zaskakująco nieskrępowaną swobodę w umieszczaniu bohaterów w sytuacjach, które szybko źle się dla nich kończą. Poza tym, Red State miał nagłe pojawienie się Johna Goodmana (Matinee; Death Sentence; Transformers: Age of Extinction) w drugiej połowie filmu, a Tusk ma tak z Johnnym Deppem (Cry-Baby; Fear and Loathing in Las Vegas; Into the Great Wide Open). Red State miał tanią strzelaninę, który wygląda jakby mogła być w The Marine 3: Homefront, a Tusk ma tani kostium morsa zrobiony przez Roberta Kurtzmana (Predator; From Dusk Till Dawn; Wishmaster). No i oba filmy cechuje bardzo wyraźne celowanie w bycie budzącym skrajne reakcje dziełem kultowym, które dla mnie osobiści pachnie desperacją i niedojrzałością, i które owocuje czymś, co wydaje się być puste i pozbawione treści.

Z tego co spostrzegłem, to niektórzy fani upierają się, że treści i przesłania tu jednak są, ale ja, podczas seansu, co i rusz drapałem się po głowie i zadawałem sobie pytanie, czy rzeczywiście można traktować porwanie i przemianę głównego bohatera w morsa jak jakiś poważny moralitet, w którym protagonista płaci za swoją niefrasobliwość i przywary? Bo mi się to jakoś nie widziało, a film jakby starał się mnie przekonać, że jednak - pomimo całej absurdalności scenariusza - można. Całe szczęście ten dylemat został rozwiany wraz z pojawieniem się napisów końcowych, gdzie widz ma okazje posłuchać fragmentu podcasterskiej rozmowy, która spłodziła ten twór. Otóż, jak się okazuje, całe to dramatyzowanie i powaga przebijająca się w tej szalonej historii jest kolejną zgrywą twórców - więc treści i przesłania tu raczej nie ma, jest tylko takie dowcipne: "Hej, facet zmieniający ludzi w morsy jest całkiem zabawny, ale jeśli potraktujemy to zmienianie poważnie, z gore, traumą ofiary i smutną muzyką w tle, to wtedy to będzie jeszcze zabawniejsze." - z tym że jak dla mnie to raczej nie wypaliło. Co nie znaczy, że nie rozumiem logiki stojącej za takim humorem albo że film nie jest śmieszny. Bo jest. Ale głównie w związku z tradycyjnymi zagrywkami Smitha, tj. wulgarnymi i/lub pojechanymi dialogami i sytuacjami (jak np. scena kiedy postać odgrywana przez Deppa rozmawia z udającym upośledzonego Parksem... no wiecie, ta która wydaje się być zaimprowizowana, bo rozłazi się jak scena między Chasem i Murrayem w Caddyshack), i to jest nawet śmieszne, ale łączenie komedii z horrorem nie wychodzi tu IMO zbyt dobrze. W związku z tym film wydał mi się raczej hermetyczny. Rozumiem, że słuchacze Smithowych podcastów, którzy zrywali boki zapoznając się z pomysłem i potem glosowali za jego zekranizowaniem, mogą być tym wszystkim zachwyceni. Albo to że sam Smith, po całym przedsięwzięciu, odzyskał wiatr w kinematograficznych żaglach i zaraz zabrał się za tworzenie kolejnych dwóch czy trzech filmów o podobnej estetyce. Ale dla nieobleczonego takim bagażem odbiorcy Tusk może być głupi i bez sensu.

-----


Jabberwocky, Donovan


The Walrus and the Carpenter, Donovan

5 komentarzy:

Patryk Karwowski pisze...

Fajnie "udokumentowałeś" tekst podlinkowanymi informacjami. Nie widziałem jeszcze Tuska, bo najpierw powinienem nadrobić "Red State". Ciekawi mnie jaka logika szła za wyborem tytułów dla Johna Goodmana i Deppa w nawiasach :) Bo są tam tytuły gdzie byli na pierwszym planie i rzeczy, w których jak rozumiem pojawili się z czapy :)

Daniel Muszyński pisze...

Tak naprawdę to nie ma tam za wiele logiki - to po prostu filmy (i teledysk), które widziałem i pomyślałem sobie, że zabawnie będzie je wymienić jakby ci aktorzy byli znani właśnie właśnie za nie, a nie za Piratów z Karaibów i filmy Cohenów :)

Patryk Karwowski pisze...

"zabawnie będzie je wymienić jakby ci aktorzy byli znani właśnie właśnie za nie" A to przepraszam. Nie załapałem :)

Buffy1977 pisze...

Czyli jednak nie za bardzo Twoja specyfika. Jak już Ci pisałam kwestia gustu;)
Przesłanie do mnie przemówiło, ale nie to, o którym piszesz - mówię o tym momencie, w którym twórcy dają do zrozumienia, że jedyną cechą odróżniającą ludzi od zwierząt jest okrucieństwo. Niby nic oryginalnego, ale taki morał zawsze do mnie trafia, bo wyznaję identyczny pogląd.
Inne elementy, jak wiesz też mnie przekonały - pojechany film, który ma w sobie jakiś urok. Specyficzny, ale kurczę, wciągnął mnie.

PS. Dzięki za info o publikacjach Simply. Nie wiedziałam, że pisze recki (nie chwalił się). Dobrze wiedzieć, bo będzie co czytać.
PPS. Dzięki za reklamę, ale drobna poprawka - nie specjalizuję się w kinie grozy.

Daniel Muszyński pisze...

"Czyli jednak nie za bardzo Twoja specyfika. Jak już Ci pisałam kwestia gustu;)"

No chyba miałaś rację :) W sumie to nie potrafię dokładnie powiedzieć co mi przeszkadza w tym filmie, ta nowa Human Centipede mi się podoba, a to w sumie podobny film.

Co do przesłania, to mi to "okrucieństwo ludzi" wydaje się być doczepione - najpierw mieli pokręconą historię z dziwakiem od morsów, a potem stwierdzili, że taki filozoficzny morał będzie do niej pasował, więc go dodali. IMO nie traktują go (tzn. tego morała) poważnie, więc ja też go tak nie traktuję. Podobnie jest z samokrytyką prześmiewczej mentalności, która wydaje się być pokazana w tym filmie. Bohater filmu to podcaster tak jak Smith, więc można odnieść wrażenie, że karci samego siebie i swoich słuchaczy za beztroski i bagatelizujący cudze nieszczęścia stosunek, który może występować u twórców i odbiorców komedii polegającej na drwieniu z innych. Ale taki morał też wydaje mi się doczepiony. Ogólnie to przesłania mnie nie przekonują, a historia nie jest dla mnie aż taka zabawna, więc film wydaje mi się eksploatacyjny.

"Dzięki za reklamę, ale drobna poprawka - nie specjalizuję się w kinie grozy."

No, może nie jakoś naukowo/profesjonalnie, ale w sumie tyle w tym siedzisz, że można powiedzieć, że swoje wiesz :)